Bogu świeczkę i diabłu ogarek

"Dziennik czeczeński Poliny Żerebcowej" - reż. Iwan Wyrypajew - Muzeum Powstania Warszawskiego

Na rocznicę Powstania Warszawskiego, wielkiego, ofiarnego zrywu Polaków wymierzonego przeciwko niemieckiemu najeźdźcy, Muzeum Powstania Warszawskiego wystawiło spektakl "Dziennik czeczeński Poliny Żerebcowej" o czeczeńskich wojnach, wyreżyserowany przez mieszkającego obecnie w Polsce Rosjanina Iwana Wyrypajewa. Na moje pytanie podczas konferencji prasowej, jak do tego doszło, reżyser odpowiedział, że dyrektor muzeum zaprosił go do reżyserii i dał mu wolną rękę. Zatem mógł sobie wybrać do reżyserii, co zechce. Wybrał więc "Dziennik czeczeński", co ma jakoby uniwersalizować temat, przypominać, iż ciągle gdzieś toczy się jakaś wojna, a więc że jest to sprawa globalna.

"Spektakl ma formę "czytanki". Przy pulpicie stoi aktor (Andrzej Seweryn) i przy akompaniamencie fortepianu, na którym gra dziewczynka, czyta fragmenty dziennika pisanego w latach 1994-2004 przez Polinę Żerebcową. Według reżysera, autorka rozpoczynała pisanie pamiętnika jako 9-letnia dziewczynka, a kończyła, mając lat dziewiętnaście. W dzienniku opisuje swoje dzieciństwo i wchodzenie w dorosłość w kontekście dwóch wojen, jakie toczyły się w Czeczenii. Trudno uwierzyć w dziecięcy zapis części pamiętnika. Ogląd świata, sformułowanie myśli i wiedza na temat dokonujących się zdarzeń wyraźnie wskazują na stylizację. Uważam, że to utwór literacki stylizowany na dziecięcą perspektywę i pisany przez osobę dorosłą. Ale najistotniejsze jest to, że w spektaklu wystawionym na rocznicę Powstania Warszawskiego, i to w takim miejscu, które ma obowiązek upamiętniać bohaterskich Polaków, którzy oddali życie za Warszawę, a zarazem za Ojczyznę, nie ma mowy o jakimkolwiek wspomnieniu czy nawiązaniu do Powstania Warszawskiego. Mało tego, nie pojawia się nazwa naszej stolicy, nie pojawia się też słowo "Polska" i oczywiście nie ma śladu niemieckiego okupanta. Nie ma Warszawy, nie ma powstańców i nie ma Niemców. Na moją uwagę, że ten spektakl nie ma nic wspólnego z Powstaniem, z uszanowaniem pamięci o bohaterstwie Polaków oddających życie za wolność, że ten spektakl oddala w niebyt wydarzenie historyczne, jakim było Powstanie Warszawskie, a tym samym rozmywa, a nawet zdejmuje winę z Niemców, Wyrypajew odparł, że nie trzeba mówić o polityce, ale trzeba mówić o dziecku.

Owszem, w "Dzienniku czeczeńskim" oglądamy okrutny świat wojny przedstawiany oczami dziecka. Jest to obraz wstrząsający. Ale o dzieciach i wojnie można mówić przecież także na przykładzie Powstania Warszawskiego. Mali chłopcy roznoszący pocztę, łącznicy, dziewczynki sanitariuszki. Ilu ich poległo. Ilu dorastało w tych nieludzkich warunkach pełnych okrucieństwa wojennego. Nie neguję wartości "Dziennika czeczeńskiego". Ale przecież taki spektakl można zagrać w każdym teatrze i w każdym terminie. Natomiast tutaj, w MPW, w rocznicę tej bohaterskiej, krwawej ofiary Polaków, zamiana Warszawy na Czeczenię to nie tylko wielce niestosowne, ale wręcz nie do przyjęcia. To policzek wymierzony powstańcom.

Po wojnie, przez długie lata PRL, kiedy Moskwa "pisała" nam naszą historię, cenzura polityczna nie pozwalała mówić prawdy o Powstaniu. Teraz, kiedy żyjemy w wolnej Polsce, wydawałoby się, że już nic nie stoi na przeszkodzie, by prawda i pamięć o Powstaniu i powstańcach nie napotykały oporu.

Tymczasem okazuje się, że środowisko tzw. totalnej opozycji (w której bierze czynny udział ogromna część środowiska artystycznego) nadal stosuje cenzurę, która obecnie nazywa się polityczną poprawnością. W ramach tejże politpoprawności np. w stosunku do najeźdźców, którzy napadli na Polskę, nie używa się nazwy "Niemcy", lecz "naziści". A jak pokazuje spektakl - nawet ucieka się od tematu powstańczego.

Przykro, że w Muzeum Powstania Warszawskiego, które z jednej strony jest organizatorem tak wspaniałego wydarzenia, jak wspólne śpiewanie pieśni powstańczych na pl. Piłsudskiego, parę godzin później wystawia się spektakl niemający nic wspólnego z Powstaniem. Natomiast w podtekście odczytuję wyraźną sugestię dotyczącą problemu imigracji. Nie tylko czeczeńskiej. Jak widać, Jan Ołdakowski, dyrektor MPW, stawia z jednej strony Panu Bogu świeczkę, ale zaraz z drugiej - diabłu ogarek.

Temida Stankiewicz-Podhorecka
Nasz Dziennik
7 sierpnia 2017
Portrety
Ivan Wyrypajew

Książka tygodnia

Trailer tygodnia

"Edyta Stein" - Synago...
Roberto Skolmowski