Bohaterki bez pazurów

"Kieszonkowy atlas kobiet" reżyseria: Waldemar Śmigasiewicz Teatr Powszechny w Warszawie

Książka Sylwii Chutnik "Kieszonkowy atlas kobiet" gryzie czytelnika boleśnie i długo nie pozwala wyrzucić się z pamięci. Odwrotnie jest z jej adaptacją przygotowaną w Teatrze Powszechnym.

Chutnik umieściła swoje bohaterki w konkretnej sytuacji. Tłem dla wszystkich jej opowieści jest tętniący życiem bazar przy Banacha i ulica Opaczewska, przy której stoi kamienica zamieszkana przez panią Marię, małą Marysię, panio-pana Mariana i Czarną Mańkę. To miejskie życie, na równi z osobistymi historiami bohaterów Chutnik, stanowi o sile jej powieści.

Tymczasem adaptacja Waldemara Śmigasiewicza idzie najprostszą drogą. Zamiast barwnej miejskiej mozaiki „atlasu” dostajemy cztery monologi wygłaszane przez bohaterów w tym samym miejscu: niewielkiej obskurnej klitce z jednym oknem. I nie pomogą tu wnoszone co jakiś czas ceratowe kraciaste torby, tekturowy wózek czy przeznaczone do sprzedaży na bazarze gary. To elementy stylizacji, zbyt sztucznej, żeby faktycznie poczuć cały smród i ubóstwo tego świata, tak przekonująco opisanego przez Chutnik.

Taki rodzaj adaptacji scenicznej wyrządza krzywdę materiałowi wyjściowemu. W „Kieszonkowym atlasie kobiet” są szaleństwo i syf, krew i ropiejące rany, bunt przeciw rzeczywistości, ale i niespodziewana czułość dla tego marginesu społeczeństwa, o którym zazwyczaj najwygodniej zapomnieć. Chutnik patrzy na swoich bohaterów ostro, zmienia perspektywę czytelnika, prowadzi go od uczucia obrzydzenia i zniechęcenia do niespodziewanego współczucia.

Tymczasem w wersji scenicznej tych zmian perspektywy, ostrości i szaleństwa po prostu zabrakło. Zostały papierowe monologi i czułostkowość zamiast czułości. Śmigasiewicz pozbawił wersję sceniczną wszelkich kontrowersyjnych elementów tej prozy. W efekcie dostajemy postacie, które w założeniu mają budzić jedynie współczucie. A budzą, przynajmniej we mnie, uczucie scenicznego fałszu.

Bardzo mi przykro, ale nie wierzę ani jednemu słowu Pauliny Holtz przedstawiającej dramat Czarnej Mańki przy dyskretnej muzyczce stylizowanej na utwory podwórkowej kapeli. Nie wierzę w gnijącą za życia od wojennych traum panią Marię, z której Joanna Żółkowska robi elegancką starszą panią. Ani w panio-pana Mariana, którego Kazimierz Kaczor gra z widocznym przerażeniem, bojąc się najwyraźniej, że wejście w skórę seksualnie niedookreślonego bohatera zaszkodzi jego wizerunkowi.

Trochę próbuje ratować sytuację Anna Moskal. W roli Marysi Kozak – buntowniczki, która chce podpalić ten świat, żeby ruszyć go z miejsca – chwilami wydobywa energię potrzebną tej inscenizacji. Ona jedyna rzeczywiście wydaje się wierzyć w postać, którą gra.

Ale przede wszystkim mi przykro z powodu kompletnie niewykorzystanego w spektaklu Adama Woronowicza. Ten Narrator i swoisty techniczny wnoszący na scenę kolejne rekwizyty to postać dodana przez reżysera, która tylko pokazuje brak pomysłu na wystawienie „Atlasu...”.

Szkoda tego przedstawienia, tym bardziej że właściwie nie wiadomo, dla kogo jest ono zrobione. Bo wielbiciele książki Chutnik wyjdą z niego zapewne rozczarowani. Inni zaś oburzą się faktem, że tego typu teksty wystawiane są w Teatrze Powszechnym.

Jednym i drugim lepiej polecić lekturę książki. Daje ona znacznie więcej niż czas spędzony na widowni Małej Sceny Powszechnego.

„Kieszonkowy atlas kobiet”, dramat według powieści Sylwii Chutnik, reż. Waldemar Śmigasiewicz, wyk. Adam Woronowicz, Paulina Holtz, Joanna Żółkowska, Kazimierz Kaczor, Anna Moskal, Teatr Powszechny, Warszawa, ul. Zamoyskiego 20, tel. 022 818 25 16, najbliższe spektakle: wtorek – środa (10 – 11.03.), godz. 19.30

Agnieszka Rataj
Rzeczpospolita
9 marca 2009

Książka tygodnia

Trailer tygodnia

Film balkonowy
Paweł Łoziński
Czy każdy może być bohaterem filmu? C...