Bohema z dystansu

Opera Wrocławska w trudnych dla kultury czasach postawiła na najwyższą jakość wykonawstwa sztuki operowej.

Dzięki transmisji na żywo jednego z najsłynniejszych dzieł Giacomo Pucciniego, „Cyganerii", telewidzowie mieli okazję – i przyjemność – obcowania ze operą na światowym poziomie. W listopadowy weekend dwukrotnie wystawiono na żywo klasyczną inscenizację „La Bohème" w reżyserii Waldemara Zawodzińskiego, jednak w dostępnej dla wszystkich formie streamingu internetowego. Młoda i świetna obsada nadała spektaklowi sprzed kilkunastu lat nową jakość.

Niekwestionowaną bohaterką wieczoru była Adriana Ferfecka wcielająca się w rolę Mimì. Mimo bardzo młodego wieku – dwudziestu ośmiu lat – śpiewaczka ma już na koncie pierwsze nagrody w kilkunastu europejskich konkursach wokalnych oraz debiuty w teatrach tej rangi co Deutsche Oper w Berlinie, Teatro dell'Opera di Roma w Rzymie czy w weneckim Teatro La Fenice. Nie dziwi się tym osiągnięciom nikt, kto jej posłucha – Ferfecka dysponuje idealnie czystym i pięknym w barwie sopranem, który nie tylko góruje nad wszystkimi w scenach zbiorowych, lecz wybrzmiewa także doskonałym piano. Pełna wyrazu gra aktorska, zwłaszcza w scenach dramatycznych, oraz klasyczna uroda prawdziwej primadonny zjednują artystce serca wszystkich słuchaczy.

Piotr Buszewski w roli Rodolfo w niczym nie ustępuje swojej scenicznej partnerce. Również dwudziestoośmioletni, kształcił się muzycznie w Warszawie, Rzymie, Nowym Jorku i Filadelfii, debiutował między innymi w Bostonie, San Diego, Lipsku i Hong Kongu, a w ubiegłym roku został finalistą prestiżowych przesłuchań dla debiutantów w Metropolitan Opera. Jego miękki, ciepły tenor pięknie porusza się w bardzo wymagającej partii Rodolfa, łącznie z brawurowym wykonaniem jednej z najsłynniejszych i najtrudniejszych arii tenorowych świata, „Che gelida manina". Buszewski jest też niezwykle swobodny na scenie, świetny aktorsko, przystojny i seksowny, gibki, obdarzony niezwykłą pewnością siebie. To artysta prawdziwie światowy!

Towarzyszami marzycielskiego poety Rodolfa są malarz Marcello – w tej roli występuje Adam Zaremba, muzyk Schaunard – Tomasz Rudnicki, i filozof Colline – Jerzy Butryn. Ten wspaniały zespół żartuje, śpiewa, a nawet tańczy (!) z wigorem i fantazją, choć odgrywają wiecznie głodnych i zmarzniętych. Chyba dobrze się razem bawili na próbach! Zaremba spisał się w roli zazdrosnego, namiętnego Marcella, zaś Butryn wzruszył piękną interpretacją arii „Vecchia zimarra, senti", w scenie poprzedzającej śmierć Mimì, kiedy to serce Rodolfa pęknie z żalu, a wszyscy telewidzowie zapłaczą rzewnymi łzami.

Partię Musetty, trzeciej najważniejszej roli w „Cyganerii", powierzono doskonałej sopranistce koloraturowej, Marii Rozynek-Banaszak. Podobnie jak odtwórcy dwóch głównych ról, śpiewaczka jest wspaniała wokalnie i aktorsko. Obdarzona świetną figurą oraz dużym temperamentem, brawurowo wykonała „Walc Musetty", czyli arię „Quando m'en vo", która jest wizytówką tej roli i po części całej opery.
Bo o czym opowiada „La Bohème"? O życiu młodych artystów-idealistów... Targają nimi namiętności, rządzi nimi nieprzeciętna wrażliwość, a oni piszą, tworzą, śpiewają, malują, występują, szukają sponsorów, zalegają z czynszem, nie mają na jedzenie, rozpaczają, śmieją się, kochają i umierają. Czy życie współczesnych artystów bardzo się różni od bytowania paryżan sprzed stu pięćdziesięciu lat? W roku 2020 chyba nie.

Inscenizacja Zawodzińskiego, który stworzył również scenografię i kostiumy, trzyma się klasycznego wyobrażenia o życiu bohemy artystycznej tamtych czasów. Może odrobinę za bardzo. Czepkom i sukniom przydałby się współczesny sznyt.

Rozpowszechnienie na portalach społecznościowych informacji o przedstawieniu „Cyganerii" online pozwoliło realizatorom zgromadzić przez ekranami kilka tysięcy widzów. Na początku pierwszej z dwóch transmisji organizatorzy borykali się z problemami technicznymi – brakowało polskich napisów oraz synchronizacji dźwięku z obrazem. Na szczęście po kilku minutach sytuację opanowano i przez kolejne dwie i pół godziny wygłodniali melomani cieszyli się pełnią fonii i wizji.

Bassem Akiki, młody dyrygent i kompozytor libańskiego pochodzenia, który od niedawna pełni funkcję dyrektora muzycznego Opery Wrocławskiej, świetnie poprowadził zespół muzyków rozsadzonych w kanale orkiestrowym i w części dostosowanej do tego powierzchni dla widowni, zgodnie z zalecaniami dystansu społecznego. Śpiewacy wystąpili więc w warunkach odmiennych od zwykłego przedstawienia – nie musieli trzymać się zasady frontowej postawy wobec widzów, bo widzów nie było, dyrygenta mieli zaś dalej od siebie. Akiki, wszechstronnie wykształcony i doświadczony zdobywca wielu prestiżowych nagród w Polsce i na świecie, i w tych warunkach poradził sobie doskonale. Może dlatego, że studiował również filozofię?

Bo w każdej sytuacji dystans mieć warto.

Agnieszka Kledzik
Dziennik Teatralny Warszawa
23 listopada 2020

Książka tygodnia

Biała jak mleko, czerwona jak krew
Społeczny Instytut Wydawniczy Znak
Alessandro D'Avenia

Trailer tygodnia

Romans wschodni
Victoria Vatutina i Olga Bilas
Koncert spina w harmonijną całość kla...