Boska Komedia w kilku ujęciach

6. Międzynarodowy Festiwal Teatralny BOSKA KOMEDIA

Boska Komedia, bez względu na jakość i obfitość programu, każdego roku jest dużym wydarzeniem teatralnym. Ze świecą szukać na co dzień tak zapełnionych teatrów i pełnych determinacji widzów, by zobaczyć wymarzone spektakle. Przegląd najlepszych polskich inscenizacji – poza konkursem przedstawień Boska Komedia oferuje showcase oraz przegląd prapremier i debiutów w jednym – jest bowiem jedynym skonstruowanym w ten sposób i na tak szeroką skalę festiwalem w Polsce. Ambicje przedsięwzięcia są zatem duże, a zainteresowanie nim nie mniejsze.

Zainteresowanie nie zawsze jednak przekłada się na jakość konkursu. Programy Boskiej Komedii bywały lepsze i gorsze w różnych latach, a ich poziom nie zależał tylko od jakości teatru danego roku. Formuła wymyślona przez Bartosza Szydłowskiego, która była utrzymywana podczas pierwszych edycji – wybór najlepszych spektakli danego sezonu przez najwybitniejszych polskich krytyków – nie tylko dawała podstawy do oceny tego, jak dany rok „wypadł" na scenie, ale także odzwierciedlała w ramach konkursu, co w polskim teatrze najlepsze. Odkąd to, które spektakle są pokazywane, jest arbitralną decyzją dyrektora, program nie zawsze przedstawia tego, co w powszechnym odbiorze najciekawsze.

Lekki „Nietoperz"

Tegoroczny program był jednak obfity i interesujący. Zwycięzcą szóstej edycji został spektakl Kornela Mundruczo „Nietoperz". Czy zasłużenie? Biorąc pod uwagę reakcję widowni, zdecydowana większość musiała być zadowolona z werdyktu międzynarodowego jury. Przedstawienie TR Warszawa poruszało problem eutanazji, choć w formie nie dość oczywistej: operetki lub opery buffo. Aktorzy swobodnie łamali, jak zazwyczaj u węgierskiego reżysera, konwencje ról, w których realizm mieszał się z groteską, stylizacja z sarkazmem. Przystępna, lekkostrawna forma miała być tylko opakowaniem dla realnego oskarżenia oraz krytyki współczesnego świata wraz z jego nihilistycznymi wartościami. W rezultacie dostajemy bardzo przyjemny w odbiorze – inteligentny, lecz w żaden sposób nie bolesny – pean na rzecz miłości i poświęcenia. Kłóci się to po trosze z krytyką, której dokonuje Mundruczo, wprowadzając postać bezwzględnego dyrektora szpitala. Na takie niuansy niewielu jednak zwraca uwagę: całość spektaklu przedstawia bowiem w najlepszej formie to, co u węgierskiego reżysera najlepsze – trangresywność gatunkową, lekkość, mocno zarysowaną współczesność i dobre aktorstwo. Wartość emocjonalna i ciężar tematu stają się wartością drugorzędną.

Zjawiskowa „Courtney Love"

Inaczej postępuje nagrodzona za reżyserię Monika Strzępka w „Courtney Love" – obok „Nietoperza" i „Carycy Katarzyny" jednym z największych zwycięzców festiwalu. W produkcji Teatru Polskiego z Wrocławia doceniono ponadto scenografię Michała Korchowca i – poza regulaminowo – cały zespół aktorski. Spektakl duetu Demirski–Strzępka trudno jest zamknąć w krótkim fabularnym czy interpretacyjnym opisie. „Courtney Love" mieści bowiem w sobie wiele: krytykę współczesnego świata – kapitalizacji jego kultury (na „polskim podwórku" nieuchronnie wynikającej z transformacji systemowej) i komercjalizacji sztuki, stanowi jednocześnie obraz pokolenia wyczerpanych ideałów i pustego buntu. Pretekstem do poruszenia tych tematów staje się zaś historia Kurta Cobaina oraz jego żony, Courtney Love – co najmniej kontrowersyjnie odbieranej przez fanów lidera Nirvany. Spektakl Demirskiego i Strzępki (w równej mierze jest tu bowiem ważne autorstwo samego tekstu sztuki) jest niebanalny i intensywny na każdym poziomie: gdyby skupić się tylko na publicystycznej, pretekstowej warstwie fabularnej, należy zauważyć niejednoznaczność prezentacji tytułowej postaci. Twórcy nie próbują nadać relacjom Love i Cobaina jednolitego wymiaru – zauważają złożoność relacji pary, opierającej się nie tylko na wzajemnym stosunku, lecz w równym stopniu złożonej z podejścia do życia, muzyki i szołbiznesu. Unikają też ugrzęźnięcia w publicystycznych koleinach, które stwarzały ryzyko dla takiego tekstu.

Demirski i Strzępka stawiają mnóstwo pytań, nie dając prostych i jednoznacznych odpowiedzi. Obrywa się, jak zwykle w twórczości duetu, wszystkim – od twórców, przez producentów, po fanów. Czy jednak na każdym z tych etapów komercjalizacja nie zabiła niegdysiejszego buntu i walki o konkretną sprawę? Czy miłość do muzyki i sztuki musi wykluczać chęć podobania się i zarobku? Czy duże festiwale nie zabijają indywidualności odbioru, złożoności relacji pomiędzy muzyką a słuchaczem? Czy ktoś jeszcze chce, a przede wszystkim – czy potrzebuje, tak rozumianej muzyki, dziś sprowadzonej do poziomu sprzedawanego towaru? Co zatem dziś znaczy być artystą? „Courtney Love" można, oczywiście, oderwać od prostego kontekstu muzyki i postawić pytania szerzej: o sztukę, miejsce w niej artysty, o ideały. Co ważne, w spektaklach Demirskiego i Strzępki nadal słychać echa niegdysiejszego buntu, który – wedle ich diagnozy – w dzisiejszej sztuce już nie istnieje.

Pogubiony „Morrison/Śmiercisyn"

Kolejnego muzycznego bohatera wziął na warsztat Paweł Passini w spektaklu „Morrison/Śmiercisyn" z Teatru Lalki i Aktora w Opolu. Spektakl o tyle wyczekiwany, że tekst napisał nagrodzony na tegorocznym festiwalu w Gdyni Artur Pałyga. Tym bardziej dziwi, że nie sprawdza on się na scenie – mimo że pobrzmiewają w nim ciekawe interpretacyjne tropy, w których wizyjność miesza się z doraźnością. Przybranie takiego materiału w poetycko-metafizyczyny sztafaż staje się jednak mieszanką wybuchową, ocierającą się o kicz i banał. Znakomita scenografia oraz ciekawe wykorzystanie projekcji multimedialnych nadaje scenie onirycznego charakteru – wyraźnie wyczuwalna jest w tym aspekcie inspiracja filmem „The Doors" Olivera Stone'a. Nijak ma się to jednak do nadrzędnej, w pewnym momencie, warstwy fabularnej: historii zespołu, który nie może się przebić w szołbiznesie, ponieważ nie jest „dość zbuntowany". Ten wątek mógł niemało powiedzieć tak o dzisiejszym stanie (pop)kultury, jak również o samym wpływie tytułowego bohatera nie tylko na samą scenę muzyczną, ale także na odbiór kulturowo-biznesowego świata. Temat zatrzymuje się jednak na rozmowach wokalisty z producentem, nachalnym i bezpośrednim informowanie, że „trzeba być jak Morrisson" oraz nieudanej próbie performowania przez zespół buntu. Rewolucyjne nastawienie do rzeczywistości zaczęło być modne, a bez kontrowersji, otoczki oraz zainteresowania medialnego nie ma szans na karierę – zdaje się mówić reżyser, a ja powątpiewam, czy taka teza jest bardzo odkrywcza.

Postać Morrissona przez większość spektaklu stanowi tło dla tej historii. Gdyby taka pozycja bohatera pozostała konsekwentnie poprowadzona do końca, byłby to zabieg intrygujący – pokazujący, na ile stał się gwiazdą wbrew sobie. Ledwie zarysowana warstwa publicystyczna ustępuje jednak miejsca pretensjonalnej i dość schematycznej warstwie „poetyckiej", snującej się wokół samego Morrissona i jego wizji. Świetnie potencjał i rezultat takiego myślenia o konstrukcji bohatera pokazuje scena, w której gwiazda rocka spotyka „strażnika drzwi". Natychmiast w widzu uruchamia się odwołanie do Kafki, samego zespołu, a jednocześnie w wymowny sposób pokazany zostaje charakter postaci – jego nieodparta chęć transgresji. Cóż z tego, jeśli po chwili usłyszymy nazwisko Kafki bezpośrednio, potem zaś odpowiedni fragment z „Procesu", a następnie, jak w takiej sytuacji zachowałby się bohater i co to oznacza. Niech się zatem reżyser zdecyduje: głębokie, wizualne i poetyckie wizje czy edukacyjno-publicystyczna opowiastka? Wszystkiego po trochu jest za dużo, nawet jak na samego Morrissona.

To zatem, co nie udało się Passiniemu – udało się Strzępce. W pokazywanym w ostatnim dniu festiwalu „Love & Information" – bardzo dobrym spektaklu dyplomowym studentów IV roku Wydziału Aktorskiego PWST we Wrocławiu – udowodniła, że to, co zarzucano jej od dawna – możliwość znużenia się formą, którą stosuje, nie ma racji bytu. Poniekąd, dzieje się tak ze względu na świetne teksty, na których Strzępka opiera swoje przedstawienia, tym razem – nareszcie przetłumaczonym dramacie Caryl Churchill.

Boska Komedia, niegdyś reprezentująca kilka ważnych ośrodków teatralnych, pokazuje, że dziś dobry polski teatr nie ma swojej stałej siedziby. Mimo że zdarzają się ewidentne potknięcia (wyjątkowo słaba reprezentacja krakowskich ośrodków, które kilka lat temu stanowiły istotną część konkursowego programu pokazuje stan krakowskich scen teatralnych), to Boska Komedia pokazała, że od polskiego teatru nadal można wiele oczekiwać i wymagać, a także że warto do niego chodzić. Nie tylko raz do roku.

Magdalena Urbańska
Dziennik Teatralny Kraków
19 grudnia 2013

Książka tygodnia

Ze szczytów Alp…Dramat i teatr szwajcarski w XX i XXI wieku
Wydawnictwo Uniwerystetu Łódzkiego
Karolina Sidowska, Monika Wąsik

Trailer tygodnia