Brazylijski serial już nie cieszy

"Romeo i Julia" - reż. G. Kania - Teatr Powszechny im. Zygmunta Hübnera w Warszawie

Na imię wciąż mają Romeo i Julia, lecz gdyby nie kulturowy ciężar archetypu, bohaterowie spektaklu Grażyny Kani wtopiliby się pewnie w tłum przechodniów na ulicach Warszawy. Do języka Szekspira na deskach Teatru Powszechnego wkrada się bowiem współczesność - śmieszna i ponura zarazem, wulgarna lub po prostu boleśnie żałosna

Reżyserka z pomysłem wykorzystuje uniwersalność słynnego dramatu o konsekwencjach starcia szalonej, młodzieńczej miłości z destrukcyjną nienawiścią. Pozostając wierna Szekspirowskiemu przesłaniu, próbuje odczytać klasykę przez pryzmat dzisiejszych czasów. Zaskakuje smakowitymi aluzjami ukrytymi w barwnych dialogach czy drobnych szczegółach rozwiązań formalnych, nawet jeśli nie wszystkie okazują się równie udane. W połowie tempo rodem z gangsterskiej ekranizacji Baza Luhrmanna trochę siada. Spod nawarstwionych znaczeń zaczyna wychodzić pewna archaiczność tekstu tylko ubranego we współczesny kostium, co nie przeszkadza w pozytywnej ocenie inscenizacji. W ostatecznym rozrachunku dostajemy przecież intrygujące spojrzenie na dobrze znaną historię.

Romeo i Julia w wersji Grażyny Kani łączą w sobie naiwność oraz egzaltację zbuntowanych dzieciaków ze zblazowaniem trzydziestoparolatków zagubionych w świecie dorosłych. Grani przez przesadnie ekspresyjnego Jacka Belera i bardziej przekonującą od kolegi Katarzynę Marię Zielińską, miotają się między własnymi pragnieniami a decyzjami innych. Tragikomiczny ton opowieści nadają więc chwilami wyraziste postaci drugoplanowe - skacowani kompani Romea (Michał Sitarski wraz ze Sławomirem Packiem podśpiewującym "Jesienną deprechę" zespołu Kury), kibicujący zakochanym ojciec Laurenty (Jacek Braciak powracający na scenę po długiej nieobecności) i rozerotyzowana Marta (świetna Eliza Borowska). Na uwagę zasługuje Anna Moskal jako neurotyczna matka Julii.

W jednej z pierwszych scen rodziny Capuletich i Montecchich rzucają się na siebie z pięściami jak zwaśnieni Pawlak i Kargul u Sylwestra Chęcińskiego. To wiele mówi o adaptacji "Romea i Julii" z Teatru Powszechnego. Chociaż kierunek interpretacji tak naprawdę wyznaczają tu dwa elementy scenografii: dominujący nad sceną napis "Love"- symbol komercjalizacji uczuć, a także długa, biała kanapa. Odpowiednio przesuwana, staje się balkonem Julii, murem, celą ojca Laurentego itd. Scenograf Stephan Testi we współpracy z Kanią zbudował przestrzeń bardzo umowną, niosącą wiele znaczeń - przypominającą skrzyżowanie klubowej strefy lounge z osobliwą poczekalnią.

Przez większość czasu aktorzy, zamiast udawać się za kulisy, siedzą na kanapie bez ruchu. Niczym zaklęci obserwatorzy życia, wycięci z "Mody na sukces", budzący się z letargu, emocjonalnej wegetacji, by raz jeszcze odegrać rolę, którą są już wyraźnie zmęczeni. Na co czekają? Może na pogrzeb tytułowych kochanków, przeczuwając tragiczny finał ich romansu - przesądzony przecież od chwili, gdy Romeo i Julia ujrzeli się po raz pierwszy. Bo w przerażającej pustce uczuciowej, bez wzorców lepszych od tych z seriali czy domów rodzinnych, nie mają szansy ani czasu na więcej, niż tylko szaleńczo się w sobie zakochać. I umrzeć z miłości, właściwie jej nie zaznawszy.

Piotr Guszkowski
Metro
7 czerwca 2013

Książka tygodnia

Koniec półświni. Wybrane utwory i teksty o teatrze
Wydawnictwo Korporacja Ha!art
Helmut Kajzar

Trailer tygodnia

Uspokój się
Letnia Akcja Teatru