Brexit Brala

"Crazy God" - reż. Grzegorz Bral - Teatr Pieśń Kozła

Grzegorz Bral definitywnie przeszedł na drugą stronę mocy. Język angielski dominował już we wcześniejszych Szekspirowskich inscenizacjach Teatru Pieśń Kozła. W Makbecie nawiedzona kreacja Anny Zubrzycki przekraczała jednak ograniczenia języka i nadawała przedstawieniu wymiar uniwersalny. Pieśni Leara, bardzo odległe od tragedii Szekspira, narracyjnie porządkowała genialna muzyka Macieja Rychłego, znosząc wszelkie bariery językowe.

Najnowszy spektakl szekspirowski Brala, zatytułowany Crazy God, adresowany jest już wyłącznie do widowni anglojęzycznej, najlepiej brytyjskiej i raczej burżuazyjnej, takiej, która wie, że Szekspira znać wypada.

Podczas oglądania tego multimedialnego widowiska na olbrzymiej scenie Teatru Polskiego we Wrocławiu nie mogłem się uwolnić od wspomnienia sprzed kilkudziesięciu lat. Bardzo zamożna para niemieckich biznesmenów zaprosiła mnie na kameralną kolację do ich wspaniałej willi w Meinerzhagen, sypialni grubych ryb z Zagłębia Ruhry. Na wstępie pani domu zapytała, jakiej muzyki chciałbym słuchać. Nie wiedziałem, co odpowiedzieć, żeby gospodarzy nie urazić. Zapytałem więc: „A co pani ma?" „Mam wszystko" – odpowiedziała miła pani i z rozbrajającym uśmiechem wskazała na półkę ciągnącą się wzdłuż całego salonu. Stały tam idealnie skatalogowane płyty ze zbiorami najsławniejszych fragmentów muzycznych na każdy temat i w każdym stylu. Nie myliła się, miała wszystko. Nawet Round Midnight Theloniousa Monka i fragment kwartetu smyczkowego Grażyny Bacewicz.

Crazy God to taki właśnie zbiór popularnych cytatów, nieco chaotycznie ułożonych. Muzyka nie porządkuje tego świata, jest raczej ilustracyjna, niesamodzielna, chwilami wręcz nudna i wtórna. Artyści Teatru Pieśń Kozła śpiewają oczywiście znakomicie, jak zawsze. Piękne polifonie na głosy to ich znak rozpoznawczy. Często jednak śpiew milknie i na przód sceny wychodzi aktor lub aktorka w celu wygłoszenia monologu lub dialogu. Robią to zwykle z wielkim zaangażowaniem i patosem, szczególnie kiedy wypowiadają sławne fragmenty z Hamleta Szekspira. W tym kontekście najlepiej wypada scena z tekstami Alicji Bral, odpowiedzialnej za dramaturgię całego przedsięwzięcia. Trzy świetne performerki wykrzykują po kolei i po angielsku, że są samotne i nie są Ofeliami. Zapętlona scena powtarza się kilka razy. To najżywszy i najoryginalniejszy fragment przedstawienia. Scena z tymi trzema naprawdę wybitnymi performerkami dowodzi, że Bral mógłby robić wspaniały i nowatorski teatr... no ale wybrał Brexit.

Nowy spektakl Teatru Pieśń Kozła wyklucza osoby bez biegłej znajomości języka angielskiego. Monologi i dialogi z Hamleta, a także fragmenty postmodernistycznej sztuki Die Hamletmaschine Heinera Müllera i poematu Howl Allena Ginsberga recytowane są z dużą ekspresją, ale też bardzo statycznie, jak arie w klasycznej operze – jeden z tekstów ojciec Hamleta nawet śpiewa operowym głosem, chyba tenorem. Kontrapunktem do nieruchomo recytujących aktorów są dynamiczne i sprawne technicznie popisy tancerzy. Dominują wirowania derwiszów. Pojawiają się też elementy tańca nowoczesnego, a nawet kultu opętania. Prawie naga, zgwałcona dziewczyna przemienia się w stwora z obrazów Bacona. Rozczochrany i półnagi dzikus skacze po scenie niczym Kaliban w Burzy. Przed premierą Bral oficjalnie zapowiedział, że jego kolejną inscenizacją będzie ostatni dramat Szekspira, więc może nastąpiło „przebicie" z Burzy i ten Kaliban przypadkiem zaplątał się pomiędzy Hamletów i Ofelie.

A o co chodzi z tytułowym szalonym bogiem? Osobną rolę w spektaklu kreuje tancerz przebrany za artystę kathakali. Początkowo tańczy na tle ściany z migającymi literami, na podeście ponad pozostałymi artystami. Z wysokości śledzi ludzi i wykonuje gesty typowe dla tradycyjnego indyjskiego teatru. W państwie duńskim źle się jednak dzieje. Klaudiusz ginie otruty. Pojawia się jako duch i nawołuje syna do zemsty. Hamlet zamiast hamletyzować gwałci Ofelię – co jest ukazane przez taniec wirującego derwisza z nagą dziewczyną w czarnych majtkach, zsuwającą się po jego fallicznym, spoconym torsie. Wtedy też chyba padają lekko wulgarne cytaty z Die Hamletmaschine, ale nie po niemiecku, tylko po angielsku. Potem wszyscy krzyczą: „Moloch!". Ktoś recytuje adekwatny fragment poematu Howl Ginsberga. Na to hinduski bóg schodzi między aktorów. Trochę tupie. Chyba ze złości. Tymczasem inny derwisz wiruje z łańcuchami, a Królowa tańczy przed łuczniczkami. Bóg wraca na wysokości, ale tylko po to, żeby się rozebrać z kostiumu i zniknąć na dobre. Ma dość tych Ofelii-nie-Ofelii i Hamletów-derwiszów. Na koniec artyści wpychają na scenę trzy konstrukcje z olbrzymimi kołami. Do kół mocują się dwaj mężczyźni i jedna kobieta, a trzej inni aktorzy kręcą nimi. Koła się rozświetlają. Wygląda to trochę jak trening kosmonautów w NASA. Brawa na stojąco...

Sławny amerykański reżyser Oliver Stone ze swego filmu o wojnie trojańskiej wykastrował Homerowych bogów i zamienił Iliadę w banalny hollywoodzki gniot. Bral odwrotnie, wprowadził boga hinduskiego tam, gdzie go nigdy nie było, czyli do Hamleta. Skutki tego zabiegu okazały się łatwe do przewidzenia. Bóg uciekł, choć obrazy w spektaklu do samego końca były bardzo ładne.

Wysoka urzędniczka lokalnego banku, siedząca za mną, była zachwycona. Rozpoznała nawet monolog „Być albo nie być", choć aktor recytował po angielsku. Podobały jej się też kostiumy. Przypominały ubiory postaci w Gwiezdnych wojnach. Szczególnie na początku, kiedy aktorzy siedzieli na błyszczących metalowych fotelach. Wszyscy młodzi i tacy piękni.

Podziwiając kolejne wirowania, wspominałem podobne występy w tureckich kurortach. Tam też wszyscy wirowali. U Brala oprócz młodzieńca z nagą dziewczyną na ramionach wirowali też inni, nawet Ofelia, zanim oznajmiła, że nie chce być Ofelią. Kilka tygodni wcześniej, podczas Przeglądu Piosenki Aktorskiej, na tej samej scenie Teatru Polskiego wielki dyrygent Jordi Savall w swoim programie również zacytował taniec derwisza. Zaprosił więc na scenę autentycznego sufiego. Ten najpierw pomodlił się i zdjął buty, potem ucałował swój płaszcz i dopiero wtedy zaczął wirować. Nikt na widowni nie miał wątpliwości, że ten taniec był równocześnie modlitwą. Twarz derwisza promieniowała radością. Wiedział, dlaczego wiruje. Nie tylko ja poczułem się zaszczycony możliwością obcowania z tańczącym mistykiem. Derwisz zjednoczył nas wszystkich w radosnym doświadczeniu duchowym.

Crazy God to typowy produkt kultury konsumpcyjnej i postmodernistycznej. Siedemnastu artystów z czternastu krajów nadaje przedsięwzięciu charakter globalny. Sławne cytaty sugerują głębię myślową, profesjonalni artyści sankcjonują pomysły reżyserskie, a głośna muzyka wzmacnia działanie kolejnych obrazów. Nowa produkcja Brala wpisuje się świetnie w globalną „kulturę spektaklu". Obrazy zastępują sensy, a cytaty – myślenie. Zabawna inauguracja festiwalu poświęconego ludziom wykluczonym.

___

Mirosław Kocur - reżyser teatralny, historyk i teoretyk teatru. Profesor na Uniwersytecie Wrocławskim i w Państwowej Wyższej Szkole Teatralnej im. Ludwika Solskiego w Krakowie, absolwent Politechniki Wrocławskiej (1979) oraz Wydziału Reżyserii Dramatu krakowskiej PWST (1986). Publikuje m.in. w „Teatrze" i „Dialogu".

Mirosław Kocur
teatralny.pl
15 lipca 2016
Portrety
Grzegorz Bral

Książka tygodnia

Niebieska Księga z Nebo
Wydawnictwo Pauza w Warszawie
Manon Steffan Ros

Trailer tygodnia