Buntuję się, więc jestem

9. Studencki Ogólnopolski Festiwal Teatralny Kontestacje

Bunt wyrażany w słowach, ruchach, gestach. Próba pokazania siebie, swoich problemów i marzeń. Podczas Ogólnopolskiego Festiwalu Teatralnego ,,Kontestacje" scena stała się przestrzenią, w której młodzi aktorzy sprzeciwili się współczesnym realiom i krytycznie spojrzeli na wartości uznawane za najważniejsze. Niektórzy znaleźli własną drogę, inni wciąż szukają. Teatr stał się manifestem niezależności, a zarazem medium, który ten manifest przekazuje. Motyw domu (być może przypadkowo) dominował.

9. edycję Kontestacji Teatralnych otworzył spektakl ,,Partytury rzeczywistości" (premiera 26 kwietnia 2013, poznańska Scena Robotnicza) w reżyserii i wykonaniu Katarzyny Pawłowskiej i Macieja Adamczyka. Przedstawienie zaprzecza klasycznej dramaturgii. Na ekranie z tyłu sceny wyświetlona jest cienka linia, pokazująca przepływ energii. Performerzy starają się przekazać impuls, ukształtować z niego swoje myśli, złapać go. Energię daje się wyczuć także na widowni. Potem jednak linia robi się prosta i impuls ginie. Zapala się światło. Artyści opowiadają o oscyloskopach i falach elektromagnetycznych, a za chwilę przemieniają się w ciekawych ludzi w nieciekawym talk-show. Wyśmiewają bezsens świata celebrytów. Mimo licznych nawiązań do postaci z pierwszych stron gazet, performerzy mówią swoim własnym językiem, co jest jak najbardziej zaletą spektaklu. Niestety oskarżenia w stronę masowej kultury proponowanej przez media dziś już nie zwracają uwagi. Temat nie zaskakuje, większość twórców teatralnych ucieka się do tego samego chwytu: żeby skrytykować rzeczywistość, wystarczy wyśmiać świat pseudoartystów i popkulturę. Performerzy nie zrobili tego źle, zarzutem jest jedynie sztampowość przekazu. Tylko ziemniak z furią siekany na scenie przez aktorkę (Katarzyna Pawłowska) wyróżnia ,,Partytury". Przez chwilę nawet uwierzyliśmy, że przygotowywanie frytek, znaku kultury współczesnej, może być fascynującym zajęciem. Performerzy kładą sobie w końcu kawałek brzozy na głowie, aby odzyskać spokój i odprężenie. Przenoszą się do ,,lasu" i znów na ekran powraca linia energii. Szkoda tylko, że potem znika na dobre. Coraz większa fragmentaryczność przedstawienia, mimo dużej swobody przechodzenia od jednego obrazu do drugiego, przeszkadza. Spotykamy niespełnione gwiazdy rocka, fankę ślepo zapatrzoną w swojego muzycznego idola słuchającego Abby i plażowiczów na typowym, wakacyjnym grillu. Aktorzy próbują rozczytać współczesną rzeczywistość, przedstawiając ją w jaskrawych barwach. Chwilami, zwłaszcza w scenie, kiedy Pawłowska odgrywa rolę wiernej, niezbyt inteligentnej fanki, obraz jest przerysowany. Na końcu aktorzy chowają się w foliowe worki. Moment ich rozrywania i zastanawiania się, co właściwie jest komedią, a co tragedią, pozwala zapomnieć o mało intrygujących poprzednich dwóch scenach. Czy jest to kabaret? W jakimś stopniu na pewno. Artyści posługują się w swoich spektaklach strategią parodii i pastiszu, mieszają arcydzieła z kiczem. Partie komediowe spektaklu naprawdę mogły rozbawić. Do momentu, kiedy dwójka artystów jest jeszcze performerami, przedstawienie intryguje, potem oglądamy tylko aktorów. Może chwilami bunt przerósł to, co było najważniejsze, ale nie jest łatwo mierzyć się ze współczesnością. ,,Partyturom rzeczywistości" chodziło o wytworzenie relacji międzyludzkich i udało się, można było poczuć przepływ energii na widowni. Spektakl otworzył festiwal w dobrym stylu.

W piątek opowieści o marzeniach i determinacji w ich spełnianiu, ciąg dalszy. Spektakl Marcina Zarzecznego ,,Zwierzenia bezrobotnego aktora" wziął się z frustracji artysty, nie mogącego odnaleźć się w zinstytucjonalizowanym świecie. Tekst oparty na osobistych doświadczeniach Zarzecznego obejmuje: moment decyzji wyboru zawodu, wspomnienia z okresu studiów i problemy z uzyskaniem zatrudnienia. Jak przyznał aktor, wszystkie monologi były autentyczne. Oprócz jednej sceny, w której rzeczywiście dało się wyczuć pewien fałsz. Artysta opowiadał, jak udomowił swoją samotność, a po zakupie ziemniaków (motyw ziemniaka powraca) spotkał kobietę, której poświęcił kilka lat życia. Etiuda, nieco poetycka, nie pasowała do konwencji przedstawienia. Widzieliśmy aktora z perspektywy zawodowej, jego prywatność nas nie obchodziła, w dodatku wymyślona. Zarzeczny potrafił mówić o ważnych rzeczach w lekki sposób, starał się patrzeć na trudne sytuacje z humorem i dystansem. Przez cały spektakl celnie wykorzystywał autoironię. Tekst napisany w nieklasyczny sposób, w większości był improwizacją, główny nacisk położony został na budowanie relacji bohatera z widzem. Widownia właściwie stała się przyjaciółmi, psychologami, którzy mają wysłuchać narzekań bezrobotnego, wyłączając przy tym telefony komórkowe. Aktor telefonu nie wyłączy, bo może ktoś zadzwoni z propozycją etatu. Stała posada w teatrze to marzenie drugorzędne. Artysta przede wszystkim desperacko szukał domu i chciał, żeby stał się nim teatr. Suszarka, papieros i okulary przeciwsłoneczne, czyli podstawowe rekwizyty spektaklu, świetnie uwydatniły komizm sceny wyobrażania sobie ,,co będzie, jeśli się uda". Chciałoby się więcej takich abstrakcyjnych, z pozoru nie łączących się przedmiotów. Aktor samym słowem i treścią przekazu nie zawsze bowiem potrafił zatrzymać uwagę widzów. Na pewno Zarzeczny popisał się warunkami wokalnymi, ,,Makbet" po czesku w jego wykonaniu świadczy o wszechstronności performera. W czasach kryzysu i braku pracy problem bezrobocia dotyczy wielu osób. Młodzi, wykształceni ludzie zderzają się po studiach ze smutną rzeczywistością. Dobrze, że na koniec Zarzeczny pokazał, że tak naprawdę jest spełniony, w końcu gra i występuje na scenach całego świata. Sam sobie zorganizował pracę, pozostał optymistą. To dobrze, bo po niektórych scenach widz mógł zarazić się jego frustracją.

Spektakl ,,Przygaszeni – przeżyj to sam" (premiera 8 czerwca 2013r., Lublin) odbył się w kamienicy przy ulicy Jezuickiej 17 - jednym z bardziej obdartych budynków na Starym Mieście, bez światła i ogrzewania. Naprzeciwko ludzie ubrani w eleganckie stroje wieczorowe wchodzą do rozświetlonego Teatru Starego. Kontrast uderza. W kamienicy nie ma obitych bordowym materiałem krzeseł, widownia siedzi na ławkach w sypialni i w salonie. Spektakl ma strukturę otwartą. Między dwoma malutkimi pokojami przemieszczają się kobieta i mężczyzna – małżeństwo niespełnionych aktorów. Postaci są bardzo wyraźnie zarysowane. Komizm cały czas przeplata się z tragizmem. Kornelia (Katarzyna Tadeusz) i Zbigniew (Dariusz Jeż) wydają się być nieprzystosowani do dzisiejszych realiów, nie pasują do reszty świata. Marzy im się występować na takiej scenie jak naprzeciwko – w Teatrze Starym. Pozostają jednak w swoim własnym, małym świecie. Całe ich życie wydaje się być teatrem, sypialnia przypomina garderobę, w salonie na stole leżą książki i scenariusze, a bohaterzy zamiast rozmowy, wolą odegrać scenkę ze spektakli, w których kiedyś grali. Ich rozrywką jest alkohol i ćwiczenie zadań aktorskich. Ani na chwilę rozmowa nie schodzi na inny temat niż teatr. Starają się zrozumieć zasady, jakimi dziś rządzi się kultura. Poruszają przy tym, w nie dosłowny sposób, ostatnie głośne dyskusje na temat słynnej już okładki miesięcznika kulturalnego ZOOM, czy kontrowersyjnego przedstawienia Klaty w krakowskim Teatrze Starym. Wychodzą z lubelskiego podwórka i tworzą opowieść uniwersalną. W spektakl z klasą i subtelnością wmieszała się polityka. Bieżące wydarzenia z życia Lublina i z Polski połączono z motywami ,,Fausta" Goethego, dzięki temu przedstawienie zyskuje wielowymiarowość. W spektaklu przestrzeń gry i widowni nakłada się. Wymaga to od aktorów szczególnych umiejętność, widzowie bardzo szybko zauważą jakikolwiek fałsz. Publiczność tworzy część akcji. Korzysta z tych samych krzeseł i kanap, może otwierać szafki, przeglądać książki, albumy, śledzi aktorów za pomocą kamer i projektorów rozmieszczonych w pokojach. W końcu niespełnieni aktorzy decydują, że teatr zrobią w domu. Zamiast biletów będą sprzedawać cegiełki. Rzeczywistość miesza się w fikcją (widzowie, żeby wejść na spektakl, kupowali symboliczne cegiełki). Motyw domu podczas Kontestacji powraca, tym razem jest to ciepłe miejsce stabilizacji i komfortu psychicznego. Spektakl nie banalny, porusza wiele aktualnych kwestii ze świata polityki i kultury. Robi to zupełnie inaczej, zarówno pod względem miejsca, jak i sposobu komentowania współczesności. Joanna Lewicka, reżyserka ,,Przygaszonych", przekracza teatralne konwenanse i pokazuje teatr oparty na interakcji. Konsekwencji w budowaniu teatralnego obrazu i profesjonalizmu nie można przedstawieniu odmówić. Zobaczyliśmy idealny przykład umiejętności przekazania ważnych treści przez zabawę.

Zupełnie inny wizerunek domu zaprezentował Teatr Art. 51 w spektaklu ,,Plan B" (premiera 24 maja 2013r., Miejski Ośrodek Kultury w Zgierzu). Twórcy połączyli w nim dwie konwencje: filmową i teatralną. Niestety ta pierwsza jest o wiele bardziej wyrazista i konkretna. W nagraniu filmowym oglądamy kilkuletniego chłopca, który czytając tekst z kartki, powoli akcentuje każdą sylabę. Jego wypowiedź porusza ważne tematy, jednak nie zwracamy uwagi na treść. Przejęzyczenia i zabawne reakcje chłopczyka stały się lekkim i dowcipnym wprowadzeniem do przedstawienia. Na scenie widzimy kontynuację krótkiego filmu, jedna z kobiet (Agata Drewnicz-Kaczmarek) czyta bajkę dla dzieci o trzech świnkach, które budowały swoje domki. Przerywa jej kolejna kobieta (Justyna Zielińska), śpiewająca jeden wers piosenki ,,W moim magicznym domu", polerując przy tym krasnala. I tu pojawia się rysa, obrazy w żaden sposób nie łączą się. Aktorki zastanawiają się, czym dla nich jest dom: na kredyt, wynajęty, z oknami na południowo-wschodniej ścianie, panelami w salonie, z niepraktyczną podłogą w kuchni. W typowo polską rzeczywistość wpleciono nawet opowieści kobiet, które straciły domy w wyniku wojny w Syrii i zamieszek w Egipcie. Może lepiej było pozostać na polskim podwórku i nie przedstawiać mało wiarygodnych historii bezdomnych na świecie. Scena, kiedy jedna z kobiet krzyczy przez megafon, druga przebija balony, trzecia tańczy w rytm ,,Mój jest ten kawałek podłogi" obrazuje niespójność spektaklu. Każda jest z innego świata, z innym wyobrażeniem o własnych czterech ścianach. Zabrakło konsekwencji i naturalnej sugestywności, jaką mogliśmy oglądać u Lewickiej. U siebie każdy jest panem, ma władzę absolutną. Nikt nie narzuci nam, jaki dywan, czy meble mamy kupić. Pokazanie takiej perspektywy podkreśla, że dom to nie tylko parę cegieł. Ważniejsze jest poczucie bezpieczeństwa związane ze świadomością, że gdzieś w świecie są ludzie, do których można wrócić. Definicja obcego, czyli każdego, kto wychodzi na ulicę, powinna stać się głównym tematem ,,Planu B". Przekaz ten ginie jednak w wielości zastosowanych przez twórców spektaklu środków. Aktorki w końcu przerywają grę i stwierdzają, że muszą iść do domu. W tym momencie widzimy projekcje nagrane w ich rzeczywistych mieszkaniach podczas typowych prac domowych. Wreszcie sceny zaczęły współgrać, każda aktorka pokazana jest w innym pomieszczeniu, robi co innego, ale różnorodność nie przeszkadza. I tu spektakl mógłby się zakończyć. Na scenę wychodzi jednak jeszcze jedna z aktorek (Anna Perek) i pyta: czym jest dla nas dom, co czujemy, gdy do niego wracamy, ulgę czy wręcz przeciwnie, chcielibyśmy, żeby zniknął? Pytania, które niebezpiecznie uderzają w moralizatorski ton, bardziej pasowałyby na początek spektaklu, naprowadzałyby widza na tok rozumowania twórców sztuki. Sama fabuła przedstawienia powinna zadać te pytania. Mówione wprost nie zmuszają do myślenia. Przydałaby się wersja B tego spektaklu.

Za punkt kulminacyjny 9. Kontestacji można uznać (choć nie w centralnym dniu) spektakl grupy Krzyk ,,Osad" (premiera 3 grudnia 2012 r., Poznań). Zobaczyliśmy idealnie współgrający teatr fizyczny i metafizyczny. ,,Osad" w reżyserii Marka Kościółki prezentuje w niewybredny sposób świat młodych, zdolnych ludzi, ich walkę o niezależność w środowisku, które podlega układom. Naiwny artysta (Mariusz Bolałek) próbuje wdrapać się na szczyt blasku i sławy, gdzie w rzeczywistości panują brutalne zasady. Nie jest łatwo się tam dostać. Nie można pozwolić sobie na wątpliwości, zawahanie. ,,Albo z nami, albo przeciwko nam" – pozostała czwórka ,,ze szczytu" wyznacza zasady istnienia w ich lepszym świecie. Jeśli ,,z nami", wcześniej trzeba przeżyć szereg upokorzeń, jeśli przeciwko, grupa cię zniszczy. W spektaklu ,,Osad" młodzi ludzie zadają pytania o zwykłą ludzką życzliwość. Czy żeby coś zdobyć, trzeba najpierw się sprzedać? Mocne uderzenie buntu zaowocowało fizycznym teatrem czerpiącym chwilami z Gombrowicza. Młody, naiwny artysta przebrany za clowna na wrotkach, w wojskowym hełmie wygląda groteskowo, ale strój wyraża tragizm jego postaci. Podkreślenie fikcji indywidualności, a przede wszystkim wyraźnego artystycznego ,,upupienia" daje ostrzeżenie. Aktorzy wydają się powtarzać za Gombrowiczem, że należy przeciwstawiać się formie, by nie opanowała człowieka. Niestety, nieprzyjęcie maski społecznej oznacza wyrzucenie na margines. Nie jest łatwo być niezależnym. Teatr Krzyk pokazał konflikty z instytucjami, biurokracją i codzienny trud walki o samych siebie. Zobaczyliśmy drapieżny bunt w najmocniejszym tego słowa znaczeniu, tylko co dalej? Trzeba zachować równowagę w negowaniu świata, jeśli odrzucimy całą rzeczywistość, zaprzeczymy też sobie, a na pewno skażemy się na samotność. Nie wystarczy wszystkim i wszystkiemu zaprzeczyć. Zabrakło pomysłu na próbę naprawy skażonej rzeczywistości. Mimo to Krzyk pokazał trafną, autotematyczną refleksję o sztuce offowej. Efektowna dynamika gry aktorskiej, przemieszczanie się aktorów, zmienianie poziomów gry (od podłogi, po wdrapanie się aktorów na skrzynię) jest próbą rozerwania zbyt ciasnej przestrzeni. Spektakl nie dzieje się w standardowym układzie teatralnym scena - widownia. Publiczność otacza aktorów, powodując tym samym efekt zamkniętej powierzchni. Opowieść, którą stworzyła grupa z Maszewa, niekoniecznie musi odnosić się jedynie do świata teatru. Spotykamy się z nią wiele razy w życiu. Odrzucenie, nadzieja, oszustwo – tym pojęciom podporządkowane jest całe przedstawienie.

Dziewiąta edycja Kontestacji zgromadziła spektakle różnorodne, reprezentujące różne części Polski. Teatry zaprezentowały nam swoje propozycje rozumienia rzeczywistości i sposoby jej zaprzeczania. Jedni sprzeciwiali się światu przez jego naśladownictwo, drudzy negowali i odrzucali istniejące wartości. Tegoroczna edycja miała przemyślany program, skupiona była wokół podobnych motywów, dzięki czemu mogliśmy porównać i wybrać, który obraz wycinka rzeczywistości najbardziej nam odpowiada. Spotkaliśmy teatr niebanalny, niegrzeczny, inteligentny, który, jeżeli kiedykolwiek stanie się dramatycznym teatrem repertuarowym, poniesie klęskę.

Aleksandra Pucułek
Dziennik Teatralny Lublin
9 grudnia 2013

Książka tygodnia

Rzecz w teatrze Jana Klaty
Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego
Michalina Lubaszewska

Trailer tygodnia