Być albo nie być Borysa Szyca

"Hamlet" - reż. Maciej Englert - Teatr Współczesny w Warszawie

Najlepszym weryfikatorem wszystkiego jest czas. Jeżeli coś jest co najmniej dobre, to ma szanse zaistnieć trochę dłużej niż rozbłyskająca gwiazda, sensacja sezonu, czy chwilowe zainteresowanie mediów. Ponad dwa lata temu, Teatr Współczesny w Warszawie zdecydował się na ciekawy krok. Wystawił jedno z najbardziej klasycznych dzieł teatralnych - "Hamleta" - ale w obsadzie, która przed premierą była w Warszawie żywo komentowana. Tytułową rolę, o której marzy każdy rozpoczynający karierę aktor na całym świecie, miał grać Borys Szyc, który ani nie był początkującym aktorem, ani nie jest kojarzony ściśle z deskami scenicznymi, a tym bardziej z postaciami neurotycznych i rozedrganych emocjonalnie młodzianków, zmagających się z problemami egzystencjalnymi. Raczej wprost przeciwnie. Do tej pory wcielał się (i to głównie w kinie) w - owszem - młodych ale bardzo gniewnych, szemranych, czy wręcz bandyckich "wilczków". A tu HAMLET!?! Stąd poruszenie i pełno ocen jeszcze przed premierą. Z reguły, mówiąc bardzo delikatnie, wątpiących w możliwość udźwignięcia roli. No i proszę: minęły ponad dwa lata, zaczął się trzeci sezon, a Borys Szyc ciągle zastanawia się: "być albo nie być!?".

Podpowiadam: BYĆ! Dlaczego? Oto moje argumenty:

- pełna widownia świadczy o tym, że spektakl podoba się! Bardzo istotnym uzupełnieniem niech będzie fakt, że przeważa na niej młodzież, która chociaż przychodzi grupowo ale bez nauczycieli, wychowawców, opiekunów, czy rodziców. Nie tylko przychodzi ale wytrzymuje prawie cztery godziny (z jedną przerwą), bez standardowych brewerii mających z reguły miejsce w czasie zorganizowanych, odgórnie narzuconych wyjść do teatrów, kin, muzeów, itp. Oczywiście, zdarzają się rozmowy (ale krótkie i ciche), co i raz rozbłyskają ekrany telefonów, smartfonów, ajfonów, czy podobnych wynalazków (ale znowu na króciutko i bezgłośnie). Wszystko to świadczy o tym, że "odwieczne" - grane na całym świecie od ponad 400 lat - arcydzieło, trafiło do kolejnego pokolenia. Twórcy tej inscenizacji, a więc: reżyser (Maciej Englert), scenograf (Marcin Stajewski) i autor muzyki (Zygmunt Konieczny), mogą sobie pogratulować.

Englert zaryzykował z obsadą i decyzją o małej ilości skrótów w tekście i wygrał. Stajewski zastosował sprytny trick zlikwidowania kilku rzędów krzeseł i wydłużenia proscenium, co w ogóle umożliwiło wystawienie pełnoobsadowej wersji "Hamleta". Niedawno, na wiosnę tego roku, 500 metrów od Teatru Współczesnego, w Teatrze Syrena można było obejrzeć "Hamleta" w wykonaniu JEDNEGO aktora [Roger Westberg - Hamlet, A Stand Up (Szwecja)], który zagrał wszystkie postacie, łącznie z kobiecymi!!!! Jednak tamten spektakl choć rewelacyjny, był genialnym żartem scenicznym. Natomiast ten we Współczesnym jest jak najbardziej na serio i jego twórcy mogą się cieszyć, że znaleźli klucz umożliwiający trafienie do młodych.

- oczywiście, z najlepszych nawet pomysłów nic nie wyjdzie, jeśli nie znajdzie się ich wykonawców. Wiadomo, że w tym spektaklu jest kilka ról pierwszoplanowych. O Hamlecie (Borys Szyc), było już powyżej - zdecydowany plus! Ale właściwie wszystkie pozostałe role są zagrane rzetelnie i co najmniej poprawnie. Wyróżniłbym dwóch aktorów: Sławomira Orzechowskiego i Piotra Bajora.

Orzechowski proponuje rzadko graną wersję postaci. Jego Poloniusz jest bardziej ojcem dla Ofelii i Laertesa, niż królewskim szambelanem. Oczywiście, że pełniąc tę funkcję musi zachowywać się tak, a nie inaczej. Oczywiście, że bardzo wielu przypadkach wybiega przed szereg w wyścigu po królewskie łaski ale jednak cały czas to głównie jest ojciec. I dlatego jego postać jest bardziej prawdziwa i zrozumiała, żeby nie rzec sympatyczna.

Natomiast Piotrowi Bajorowi wcielającemu się w drugoplanową postać Korneliusza, oprócz odnotowania dobrej gry, należy się wyróżnienie za przekaz tekstu, czyli dykcję i podawanie tekstu. Właściwie tylko w jego przypadku cały tekst jest doskonale słyszalny i zrozumiały. We wszystkich pozostałych przypadkach tak niestety nie jest. Wydaje się, że są trzy powody takiego stanu rzeczy:

- pierwszy obiektywny, to zaburzenie naturalnej akustyki sali, będącej przed wojną kaplicą (salą parafialną), a więc pomieszczeniem specjalnie zaprojektowanym do dobrej słyszalności. Jej zaburzenie mogło powstać w wyniku wspomnianej już rozbudowy proscenium i ustawieniem na nim dekoracji;

- drugą przyczyną jest dosyć częste wypowiadanie kwestii w głębi sceny, bądź tyłem do widowni, gdzie głos ucieka w kulisy i horyzont.

- jest jeszcze trzeci powód, najsmutniejszy, a uwypuklony przez dwie poprzednie! To słaba dykcja, kiepska emisja głosu (oprócz Szyca) i paradoksalnie - szybkość wypowiadania tekstu. Paradoksalnie dlatego, że jest to cecha charakterystyczna młodych i najmłodszych pokoleń. Bełkot podawany z prędkością karabinu maszynowego. Wydawać by się mogło, że skoro spektakl cieszy się takim powodzeniem u nastolatków, nie powinno być z tym żadnego problemu. A jednak! Co i rusz z widowni dochodził szept: "co on powiedział?", "Co? Co on gada?", "Ty! Nic nie rozumiem / nie usłyszałem!".

Oczywiście, że w przypadku tej sztuki wszyscy wiedzą o co chodzi ale chyba nie o to chodzi?!

Ten minus absolutnie nie przekreśla wartości dodanej, jaką jest Hamlet w reżyserii Maciej Englerta, w Teatrze Współczesny, z Borysem Szycem w roli tytułowej.

Krzysztof Stopczyk
http://kulturalnie.waw.pl
28 października 2014

Książka tygodnia

Wpadnij, to pogadamy...
Wydawnictwo Universitas
Krzysztof Orzechowski, Łukasz Maciejewski

Trailer tygodnia