Być legendą

„Nazywam się Tamara Biakov i jestem legendą" - reż. Ewa Błaszczyk - Teatr Studio i Muzeum Powstania Warszawskiego

„Nazywam się Tamara Biakov i jestem legendą" mówi Ewa Błaszczyk w przejmującym monodramie na scenie Teatru Studio. I ja jej wierzę, choć Tamara nigdy nie istniała. Wymyślił ją autor sztuki, dramaturg pokolenia trzydziestolatków, Jacek Górski.

Aby opowiedzieć o traumie nie do uniesienia, stworzył postać naznaczoną: Tamara jest dzieckiem Żydówki urodzonym w warszawskim getcie, które ojciec-Niemiec najpierw wywiózł do Berlina, potem do Nowego Jorku, wykształcił, od antysemityzmu uchronił, ale jego bólu nie zagłuszył. Wyrwana z korzeniami dziewczynka bez matki, naznaczona samotnością i nieznająca własnych krewnych, pozostaje opętana strachem i egoistycznym pragnieniem zaistnienia, aby zagłuszyć doznane krzywdy, pytania bez odpowiedzi, poczucie winy, że oni umarli, a ona żyje. Dowiadujemy się tego wszystkiego powoli, stopniowo wchodząc z Tamarą w jej opowieść o niej samej niemieszczącej się we własnej skórze.

Otwarcie przedstawienia to podniosła i szlachetna, pełna okrucieństwa i patosu baśń. Na scenie nie ma nikogo, ale na ekranach widzimy Madame Butterfly w krwistoczerwonym kimonie i słyszymy doskonały, poruszający do głębi sopran. To finalna scena z opery Pucciniego, kiedy zdradzona i zhańbiona Cio-Cio-San śpiewa po raz ostatni, że żyć już nie może, i popełnia jigai. Japońskie kobiety krępowały sobie nogi, by nie odnaleziono ich w pozycji nieprzystojnej, i przecinały ostrym nożem tętnicę i żyłę szyjną. W ten sposób samobójczyni mogła zachować honor w sytuacji bez wyjścia. Spodziewamy się zatem równie podniosłej historii, w końcu w tytule jest legenda...

Chwilę później na scenę wychodzi Ewa-Tamara i beznamiętnym głosem podsumowuje, ileż to razy już zabijała się na scenie. Jest światowej sławy śpiewaczką operową, pławi się w sławie i luksusach, żartuje, uwodzi. Lecz po pewnym czasie jej pewne siebie gadulstwo przerywa jej własny rozpaczliwy krzyk. To nie będzie honorowe samobójstwo. To nie jest historia, z której można wyjść z honorem, i nawet śmierć nie jest rozwiązaniem, bo nie ma przebaczenia, choć jest ogromny głód miłości. Jest przekleństwo kobiety bez ciepła, z obcością, rywalizowaniem, strachem przed utratą mocy, starością, śmiercią.

Drastyczne zmiany nastroju następują w sztuce kilka razy. Kontrastem jest zmysłowe, lubieżne wręcz opowiadanie Tamary o jej bujnym życiu seksualnym – i tej samej Tamary obrzydzenie wobec własnego ciała, tej skóry zawsze zbyt ciemnej, żydowskiej, nieczystej. Kontrastem jest jej małżeństwo z mężczyzną bezgranicznie jej oddanym, którego nie kocha, choć go potrzebuje – i romans z kilkadziesiąt lat młodszym beztroskim chłopcem, który nigdy jej nie zrozumie, lecz przecież w miłości nie ma to znaczenia. Kontrastem jest nieutulona, gryząca tęsknota za nieznaną matką i całą wymordowaną rodziną – i jednocześnie odrzucenie, znienawidzenie własnych dzieci. Kontrastem biel i puder – i czarne, szatańskie moce targające duszą diwy. Tamara jest uosobieniem udręczenia, nigdy nie zazna spokoju i nigdy sobie nie wybaczy.

Ewa Błaszczyk nie tylko zagrała tytułową rolę i wyreżyserowała tę sztukę, ale i stworzyła do niej scenografię. Białe, lodowate wnętrza i zamontowany na suficie monitoring sprawiają wrażenie szpitala psychiatrycznego. Pod koniec przedstawienia nabrałam przeświadczenia, że kończy się ono tak, jak słynny „American Psycho" – główna bohaterka nigdy nie była słynną śpiewaczką, nigdy nie miała ojca, męża, dzieci, przygód i romansów, lecz jest niespełna rozumu nieszczęśnicą, i to wszystko dzieje się tylko w jej głowie...

Ten monodram to popis aktorskiego kunsztu. Podziwiam Ewę, za całokształt, od lat. Za jej niezłomność. Za to, że ciągle wychodzi na scenę i odczarowuje niezrozumiały ból ubierając go w sztukę. Za to, że prowadzi klinikę Budzik, dając nadzieję wielu.

Przedstawienie miało swoja premierę 1 sierpnia ubiegłego roku i powstało w koprodukcji Teatru Studio z Muzeum Powstania Warszawskiego. Sam scenariusz pozostawił we mnie uczucie pustki, ale nie dlatego, że opowiada o czymś potwornym. Wydał mi się, mimo wspaniałej gry i reżyserii, zbyt mało poruszający. Może temat dzieci Holocaustu jest już nazbyt wyeksploatowany, a może w kontekście autentycznej i bliskiej wojny historia nieistniejącej żydowskiej dziewczynki ze Stanów wydaje się nieadekwatna.

Na koniec znów był sopran i tym razem była to Callas. Ta operowa klamra spinająca spektakl paralelą losów prawdziwej diwy, greckiej dziewczynki ze Stanów, oraz polskiej matki walczącej o dobro, piękno i życie, napełniają historię Tamary Biakov uniwersalnymi emocjami i wartościami.

Agnieszka Kledzik
Dziennik Teatralny Warszawa
29 marca 2022
Portrety
Ewa Błaszczyk

Książka tygodnia

Stanisława Walasiewicz. Medaliści
Wydawnictwo Bosz
Redakcja: Marzena Jaworska

Trailer tygodnia

Ballady i romanse
Gabriel Gietzky
Cóż może być bardziej romantycznego, ...