Bydgoszcz – Toruń

Wojciech Majcherek - felietony

W sobotę obudziłem się z myślą, a co by tu robić w tak piękny, słoneczny dzień? A może by tak pojechać do Bydgoszczy? W Bydgoszczu – jak mawiał minister Rostowski – w samo południe w Teatrze Polskim miała być pokazana Balladyna – w reżyserii znanej scenografki, Justyny Łagowskiej. Dlaczego akurat o godzinie 12 w sobotę? – nie wiem, ale też nie dziwią mnie terminy grania spektakli w naszych teatrach, odkąd swego czasu w Tarnowie oglądałem Czekając na Godota również w sobotę, ale o 13.

Poza tym do Bydgoszczy, jak do Boliwii w piosence Stachury, droga prosta, można dojechać bez wielkiego pośpiechu. Bydgoszcz ma jeszcze jedną sympatyczną cechę dla teatromanów, mianowicie tabliczki kierujące do Teatru Polskiego są tak ustawione, że można dotrzeć na miejsce bez korzystania z nawigacji satelitarnej. Inne miasta teatralne mogłyby z Bydgoszczy brać przykład, chyba że im tak bardzo nie zależy, aby odwiedzać ich teatry.

W sobotnie południe na Balladynie zjawiła się grupa widzów, wśród których była klasa – na oko – szkoły podstawowej, ale też trochę starszych osób. Miło było zobaczyć red. Marcysiak, a i dyr. Churskiego spostrzegłem. Spektakl zaczął się od swego rodzaju koncertu, w którym wystąpiła dwójka aktorów, później mieli oni pojawić się w rolach Balladyny i Grabca. Towarzyszyła im też dwójka muzyków. W programie przeczytałem, że za muzykę odpowiada Robert Piernikowski. Po spektaklu chciałem zadzwonić do Agnieszki Szydłowskiej, jedynej mi znanej osobiście znawczyni współczesnej muzyki z prośbą, aby scharakteryzowała twórczość artysty, który jest jej z pewnością znany. Ostatecznie sięgnąłem do wiedzy internetowej, gdzie uzyskałem informacje, że Piernikowski „stylistycznie porusza się na krawędziach post hiphopu, noise'u, minimalu oraz improwizowanej elektroniki. Skutecznie unika klasyfikacji, wyraźnie definiując własny język artystyczny". Zorientowałem się, że mniej więcej to słyszałem, ponieważ w dźwiękach płynących ze sceny dużo było tzw. bitu. To charakterystyczne „łup, łup" łaskotało stopy. Dzieci na widowni też zaczęły kiwać rytmicznie głowami, chociaż sprawiały wrażenie zaskoczonych. Nie wiem, co pomyślały ich nauczycielki. Jak się twórcom pokojarzył wiersz Słowackiego z tym „łup, łup" nie jestem w stanie dojść. Być może Justyna Łagowska zainspirowała się Weselem Jana Klaty, w którym jak wiadomo występuje zespół heavy-metalowy Furia.

Gdyby cała Balladyna została wykonana jako swego rodzaju musical „post hiphopowy" można by uznać, że w tym szaleństwie jest jakaś metoda. Ale po tym prologu aktorzy zaczęli odgrywać sceny z dramatu. Mówili przy tym kwestie różnych postaci np. Goplana połączyła się z Matką, a Pustelnik nawet dialogował z Balladyną jako Alina. Oczywiście wykorzystano środki, w których lubuje się nowy teatr, a więc kamerę, która przechodziła z rąk do rąk i dawała dodatkowy obraz postaci. Był też nieodzowny mikrofon na stojaku, ponieważ jeszcze niektóre partie śpiewano, a nawet tańczono w nieskomplikowanym układzie choreograficznym. Ogólnie rzecz biorąc niewątpliwie miała ta Balladyna tzw. klimat. Można by dodać nawet określenie: niepokojący. Co zostało do myślenia po tym spektaklu? A może głowa tu była tylko potrzebna do kiwania?

Kiedy po dwóch godzinach wyszedłem z Teatru Polskiego, stwierdziłem, że jak już jestem w Bydgoszczy, to może bym zobaczył, co słychać w Toruniu? W końcu miasto jest opodal. Zajechałem więc tam, zaszedłem na Bulwary Filadelfijskie, gdzie spacerowicze zażywali relaksu w promieniach słońca. Oczywiście udałem się też do Teatru im. Horzycy, gdzie o 18 grano Edypa Tyrana w reż. Wojtka Klemma. Tutaj może nie było aż tak bardzo nowocześnie jak w Bydgoszczy, choć reżyser wraz z dramaturgiem (nie z Sofoklesem) także miał wiele pomysłów interpretacyjno-inscenizacyjnych, mniej lub bardziej świadomie groteskowych. O co zaś generalnie chodziło? Może rację miała pewna starsza pani, którą podsłuchałem, gdy po przedstawieniu wyznała koleżankom: „Zrozumiałam tyle, że to było o Kaczyńskim".

Swoją drogą: do licznych powodów, dla których lepiej byłoby, aby obecna nasza władza przestała rządzić, należy dodać i ten, że może twórcom sprawiłoby ulgę, gdyby nie musieli już uprawiać teatru aluzji.

Pełen więc wrażeń wróciłem do domu z tej teatralnej wycieczki. Dzisiaj nigdzie nie jadę, bo jak śpiewały Czerwone Gitary: „niedziela będzie dla nas".

PS. Brat zwrócił mi uwagę, że „Niedziela będzie dla nas" śpiewali Niebiesko-Czarni. No tak, on lepiej pamięta te bigbity.

Wojciech Majcherek
Blog Wojciecha Majcherka
14 kwietnia 2018

Książka tygodnia

Słownik biograficzny teatru polskiego, tom III: 1910-2000
Instytut Sztuki Polskiej Akademii Nauk,
Praca zbiorowa

Trailer tygodnia