Był sobie Bóg

"Bóg", Teatr Polonia w Warszawie

Poniedziałkowego wieczoru na deskach Teatru Rozrywki w Chorzowie "objawił się... "Bóg" Woody\'ego Allena w reżyserii Krystyny Jandy (Teatr Polonia).

Ale spokojnie - tego rodzaju objawieniom nie będzie końca. Tak więc druga taka okazja zdarzy się jutro o tej samej porze i w tym samym miejscu. "Bóg" to spektakl, który nie ma końca i to dosłownie. Schizokrates (Cezary Żak) wraz Kretynikiem (Maria Seweryn) układają sztukę, która - no właśnie - nie ma końca. Schizokrates -jak sam mówi - próbował co prawda pisać sztukę, zaczynając od końca, ale wtedy nie mógł wymyślić początku. I tak w koło. A wszystko po to, żeby zdobyć pierwsze miejsce w konkursie dramatycznym w niby-Atenach.

Laury chwały bez wątpienia "należą" do Cezarego Żaka (Schizokrates). Głównie ze względu na ogromne wyczucie sceny przejawiające się w każdym nawet najdrobniejszym geście oraz charakterystyczne poczucie humoru. Gra z dystansem może brzmi dzisiaj dosyć górnolotnie, ale rzeczywiście w jakiś sposób oddaje sposób kreowania postaci przez Żaka. Zwłaszcza kiedy aktor zaczyna pogrywać sobie z widownią i okrasza swoją quasi-grecką tyradę aluzjami do miejscowych antagonizmów typu Chorzów - Sosnowiec. Także Maria Seweryn w roli Kretynika okazała się nader przekonująca. Aktorka odgrywając sztukę w sztuce Schizokratesa stworzyła wyrazistą postać Niewolnika, który rezygnuje z wolności i marzy tylko o tym, żeby nie przetłuszczały mu się włosy. Podobny profesjonalizm wykazała w sztuce reżyserowanej przez Jandę i wreszcie w sztuce samego Woodego Allena, do którego zresztą "dzwoni" ze sceny. Bo autorów jest tutaj rzeczywiście sporo. A i tak wszystko jest fikcją jak głosi "przesłanie" sztuki. I jak to się mówi: koniec końcem każdy coś gra.

Niezastąpiony jest również Chór w powiewających różowych fatałaszkach (co za subtelna aluzja do antycznego homoseksualizmu). W każdym razie aktorzy-chórzyści podbili publiczność zwiewną garderobą i "dmuchanymi" gitarami. Choreografia wręcz "doskonała". Zwłaszcza gdy ów męski Chór tańczy na kracie, z której to wydobywa się strumień powietrza i unosi im... szaty. Pomysł ciekawy, ale po czasie trochę się wyczerpuje. Do najzabawniejszych scen należy moment, kiedy jeden aktor z Chóru gubi różową parasolkę, po czym wraca po nią, udając, że właściwie go tam nie ma. Takich ogranych wpadek jest dużo więcej, ale wszystkie tworzą bardzo zgrabną całość. To taka reżyserska żonglerka pomysłami firmowana zresztą wilekim nazwiskiem Jandy.

A propos firmowania. W spektaklu pojawia się szereg aluzji do tzw. mecenasów tudzież sponsorów teatru, a tym samym konieczności reklamowania przez postaci-aktorów albo restauracji, albo firmy kurierskiej. Tak, w spektaklu zjawia się również postać kuriera. Aktor przynosi telegram i obwieszcza, że Bóg umarł. Cóż, ten telegram nie należy do najświeższych, ale zawsze to jakieś przesłanie, nawet jeśli takie trochę w duchu nietzscheańskim. Bo co duch to duch. A Bóg? Mimo wykrętów Niewolnik ostatecznie dostarcza Królowi informację potwierdzającą istnienie Boga (Piotr Machalica jako pan
i władca okazał się naprawdę dobry. Jego królewskiej mości nie umniejszał nawet dmuchany tron). Jak się okazuje, to wcale nie jest dobra wiadomość. W takiej sytuacji Król będzie musiał odpowiedzieć za swoje zbrodnie, a Niewolnik za złą wiadomość ma stracić życie. Bo Zeus dyndający na sznurku niekoniecznie przyniesie mu wybawienie.

Spektakl został zagrany nie tylko z dystansem, ale i z humorem niepozbawionym allenowskiej ironii. Część pierwsza spektaklu wydaje się serią barwnych ripost pomiędzy Schizofrenikiem a Kretynikiem na tle niemal pustej sceny. Część druga obrasta nieco w przesadę, a dialog rozmywa się w jaskrawych kolorach scenografii i kostiumów. Tu palma, tam kolumna. Od czasu do czasu jakiś zabawny akcent albo postacie typu: Pytia i Kasander Nowakowie, ale wszystko tylko po to, żeby za chwilę utonąć w chaosie i programowym bezsensie.

W takich sytuacjach mówi się, że spektakl się rozwija. Ale, jak się okazuje, nawet świadome operowanie kiczem może być nużące. Ciekawe, ilu widzów zgodziło się z Doris, gdy powiedziała: "znudziła mnie ta sztuka". Mnie znudziła trochę panna z Podlasia, która marzyła tylko o "łorgaźmie". Postać jako epizod nawet zabawna, ale na dłuższą metę mimo wszystko zaczyna być męcząca. Jej wstawki przestają już bawić i stają się nie tyle zbyteczne, co raczej natrętne. Ale aktorsko nawet nieźle. Do szczególnie udanych należy scena podciągania rajtuzów (taki teatr kobiecy). Według założeń: "to miała być rozrywka".

No właśnie Bóg" to nie tylko teatr w teatrze, ale przede wszystkim rozrywka w Rozrywce. I dlatego warto udać się na tę sztukę do teatru. Na Boga - idźcie ludzie na "Boga"! Dodatkowym argumentem może być komplet publiczności na widowni. Cóż, był sobie "Bóg" i po "Bogu" okazuje się, że każda widownia jest lub może stać się tylko garstką aktorów grających w innych sztukach jeszcze innych autorów.

Aleksandra Skiba
Dziennik Teatralny Katowice
17 grudnia 2008

Książka tygodnia

Straszny Dwór, czyli sarmackie korzenie Niepodległej
Państwowy Instytut Wydawniczy
Jacek Kowalski

Trailer tygodnia