Był zwiastunem niepodległości

"Irydion" - reż. Andrzej Seweryn - Teatr Polski w Warszawie

Wybrany na stulecie Teatru Polskiego "Irydion" w reżyserii Andrzeja Seweryna jest jak najbardziej na miejscu. Wszak tym dramatem Zygmunta Krasińskiego scena ta rozpoczęła swoje życie teatralne 29 stycznia 1913 roku. Był to wówczas fenomen, chyba nigdzie wcześniej niespotykany. Nasza Ojczyzna jako państwo nie istniała, rozebrana na trzy części i podzielona między zaborców od ponad stu lat nie znajdowała się na mapie świata, ale polska kultura przez ten cały okres niewoli żyła i karmiła kolejne pokolenia Polaków, utwierdzając ich w tożsamości narodowej, religijnej, kulturowej.

I właśnie dzięki polskiej literaturze, polskiej muzyce, polskiemu malarstwu i dzięki polskiemu Kościołowi, który był podczas rozbiorów depozytariuszem wartości, jakie niosła wówczas polska kultura - duch patriotyczny w naszym Narodzie był tak żywotny. Polacy choć w kilku pokoleniach urodzeni w niewoli, znali doskonale swoją kulturę, mimo rusyfikacji i germanizacji mówili piękną polszczyzną, kochali swoją Ojczyznę i nigdy nie przestali wierzyć w odzyskanie niepodległości Polski.

Dlatego gdy Arnold Szyfman przystąpił do realizacji swojego pomysłu budowy prawdziwie polskiej prywatnej sceny narodowej, Polacy nie poskąpili grosza. Największe rody arystokratyczne, ziemiaństwo, majętni Polacy wyłożyli pieniądze. Teatr miał się nazywać "Narodowy", lecz nie zgodziły się na to władze rosyjskie. Nazwano go więc, i też nie bez kłopotów, Teatrem Polskim. Ale wiadomo było, że to scena narodowa.

Tworzenie wielkiej sceny narodowej miało charakter o wiele głębszy aniżeli tylko budynek teatralny. To była manifestacja polskości. Polacy jak gdyby już przeczuwali nadejście za kilka lat listopada 1918 roku. Wystawiony na otwarcie tej sceny "Irydion" miał być niejako prologiem do owego wyczekiwanego, wytęsknionego dnia niepodległości. Dawał nadzieję Polakom. Krasiński w swoim historiozoficznym dramacie zastosował kostium historyczny: Grecja - Rzym, czyli Polska - Rosja. Widzowie odczytywali symbolikę i metafory zawarte w dramacie Krasińskiego i rozumieli aluzyjność dzieła.

Irydion jest Grekiem pałającym nienawiścią do Rzymu, który pozbawił Grecję niepodległości. Jego celem jest doprowadzenie do zniszczenia Rzymu jako mocarstwa. Krok po kroku realizuje to zadanie.

Jego doradca to Masynissa, szatan w ludzkiej postaci, który kieruje działaniami Irydiona oraz wyborem jego drogi, czatując na sposobny moment, by przejąć władzę nad jego duszą. Usypia bohatera na wiele stuleci, a po jego obudzeniu traci nad nim władzę, bo dzięki modlitwom Kornelii Irydion uwalnia się od wyniszczającej go zemsty. A to, że tak bardzo ukochał swoją ojczyznę, jest mu policzone do zbawienia. Do obudzonego z letargu Irydiona, a za jego pośrednictwem do Polaków w dobie rozbiorów, Chrystus kieruje wezwanie i obietnicę: "Idź i ufaj imieniowi mojemu (). Po długim męczeństwie zorzę rozwiodę nad wami - udaruję was, czym aniołów moich obdarzyłem przed wiekami - szczęściem - i tym, co obiecałem ludziom na szczycie Golgoty - wolnością!".

"Irydion" dzisiaj

Przedstawienie Andrzeja Seweryna jest szalenie nierówne. W części pierwszej nie brakło dość chaotycznych działań sytuacyjnych. Część druga jest zdecydowanie lepsza pod względem dramaturgicznym. Ale i w jednej, i w drugiej muzyka jest nie do zniesienia. Przeszkadza w odbiorze spektaklu, zaciera dialogi i relacje między postaciami. Kto to wymyślił?

Irydion w wykonaniu Krzysztofa Kwiatkowskiego jest nieprzekonywający. Nie ma w nim siły emocji, żaru niezbędnego w tej postaci. Anna Cieślak w roli Elsinoe, siostry Irydiona, to pomyłka obsadowa. Trudno się zorientować, kogo i co właściwie gra. A już prowokowanie erotyczne swego brata i sceny kazirodcze nie mają żadnego uzasadnienia - ani artystycznego, ani innego. Krystianowi Modzelewskiemu jako cesarzowi Heliogabalowi wyraźnie przeszkadza płachta, którą okrywa prawie nagie ciało. Kto mu aż tak źle podpowiedział dobór stroju? Nie rozumiem też, dlaczego tak ważną postać jak Masynissa, w dobrym wykonaniu Jerzego Schejbala, reżyser chowa gdzieś po kątach, trzyma w cieniu, że prawie go nie widać, a przecież to on, szatan dziejów, pociąga tu za sznurki. Dobra rola, choć nieduża Olgierda Łukaszewicza jako biskupa Wiktora oraz Marty Kurzak odtwarzającej postać Kornelii. Zasadniczo jednak widać zaniechanie reżysera przy pracy nad słowem, nad dykcją aktorów.

Co się tyczy zaś czytelności poszczególnych postaci, owszem, nie wszystko jest tu komunikatywne. Sam dramat Krasińskiego nie jest łatwy, ale publiczność w 1913 roku jakoś nie miała z tym problemów. Niech więc niektórzy, zwłaszcza tzw. awangardyści, oponenci klasyki, nie próbują nam wmówić, że tekstami klasyków nie można rozmawiać z dzisiejszym widzem. Jeśli zaś chodzi o inscenizację Andrzeja Seweryna, mimo różnych uwag, jedna rzecz nie powinna budzić żadnych kontrowersji ani artystycznych, ani politycznych. Mam na myśli epilog zaprezentowany w sposób godny najwyższego uznania. To najpiękniejsza plastycznie, najgłębsza intelektualnie i najlepsza artystycznie scena w całym przedstawieniu.

Oto po ostatnim dialogu Irydiona i Masynissy, szatana symbolizującego zło, pogardę, niszczenie i mającego za jedyny cel walkę z Bogiem, scena wyciemnia się całkowicie i delikatny snop światła powoli ukazuje ustawiony w tyle sceny krzyż. Mocny, piękny, trwały. Dominujący nad całością. Niezniszczalny, choć próby w tym kierunku nie ustają. To w nim jest zbawienie, to w nim jest ocalenie, to w nim jest nadzieja na podniesienie się z każdego upadku. Indywidualnego czy zbiorowego. Pośród wielkiego skupienia na widowni, nagle, z off-u słyszymy przejmujące słowa Chrystusa zawarte w epilogu dzieła Krasińskiego wypowiadane głosem Andrzeja Seweryna. Spokojnie, wyraźnie, zdecydowanie. Pięknie. O szczęściu i wolności obiecanej nam na szczycie Golgoty.

Temida Stankiewicz-Podhorecka
Nasz Dziennik
4 lutego 2013

Książka tygodnia

Ale musicale! Złote stulecie 1918-2018
Wydawnictwo Marginesy
Daniel Wyszogrodzki

Trailer tygodnia