Byle jakoś przez te dni szczęśliwe przebrnąć

"Szczęśliwe dni" - reż. Antoni Libera - Teatr Dramatyczny w Warszawie

„Powierzchnia ziemi porosłej spaloną słońcem trawą, z wybrzuszeniem w kształcie małego kopca. Maksymalna prostota i symetria. Rażące światło. Kiczowaty horyzont imitujący do złudzenia głębię przestrzeni, w której daleko zbiegają się ze sobą płaszczyzny równiny i bezchmurnego nieba." Tak dokładnie brzmią słowa z pierwszego aktu „Szczęśliwych dni" Samuela Becketta. I dokładnie tak wygląda pierwsza scena spektaklu Antoniego Libery. Nigdy nie byłam zwolenniczką przenoszenia na deski teatru każdego przecinka ze sztuki. Jednak istnieją wyjątki, gdy sztukę napisze mistrz, a wyreżyseruje persona nie mniejsza.

W dramacie Becketta nic nie jest przypadkowe. Winnie (Maja Komorowska) to skrót od imienia Winifred, gdzie „win" w język angielskim oznacza „wygrywać, zwyciężać". Nasza bohaterka ma więc niezachwiane poczucie, że każdy jej dzień, na który składają się małe rzeczy i niezbyt znaczące wydarzenia należy wygrać i zwycięsko przeżyć. Jej mąż Willie (Adam Ferency) to mężczyzna około sześćdziesiątki, który śmieszy publiczność swą niemocą i chroniczną niechęcią do czegokolwiek. Willie jest skrótem od imienia William (Wilhelm), a w języku angielskim „will" to rzeczownik „wola" i czasownik „chcieć". Beckettowski Willie chce jedynie oglądać wytartą pocztówkę z pewną urodziwą damą, która bynajmniej nie jest jego ukochaną żoną. Trochę to przewrotne, ale nie dziwi. W końcu mamy do czynienia z teatrem absurdu.

Ostry szkolny dzwonek zapowiada nowy dzień. Poczciwa Winnie wydobywa się ze swojego kopca, patrzy szczęśliwe przed siebie i mówi: „I znowu cudowny dzień". Po dłuższej pauzie szczęście na twarzy gaśnie. Za chwilę pada jedna z kluczowych kwestii dramatu: „No i co teraz?". Wyraża ono zakłopotanie bohaterki, Winnie nie wie, co ma dalej robić... Przez ponad godzinę pierwszego aktu publiczność staje się niemym świadkiem na pozór mało znaczących wydarzeń z życia Winnie. Bohaterka raz po raz wyjmuje przeróżne rzeczy ze swego kuferka: grzebień (mocno przy tym rozmyśla, czy dziś już się czesała), pistolet (dobrze zawsze mieć go przy sobie, niech leży), buteleczkę z resztką czerwonego płynu (medykament na ogólne przygnębienie, spadek sił i brak apetytu) itp. Wydaje się, że tak poprowadzoną fabułą trudno zaciekawić najwytrwalszego nawet widza, ponieważ przez wspomnianą godzinę nie dzieje się nic ponad to. Jednak nie można mylić się bardziej. Znakomita gra Mai Komorowskiej nie pozwala oderwać uwagi od jej na pozór nudnej bohaterki. Czaruje publiczność dobrotliwym poczuciem humoru, gestami odsłaniającymi bezradność, zakłopotanie i niezdecydowanie Winnie. Czytając „Szczęśliwe dni", nie powinien dziwić przychodzący na myśl obraz Mai Komorowskiej jako Winnie. Aktorka głęboko utożsamiając się ze swoją postacią, tak bardzo się z nią scaliła, że dla widzów spektaklu Libery beckettowska Winnie na zawsze już będzie miała je twarz.

Spektakl ujmuje prostotą, wyrazistością i naglącym czekaniem na gwałtowny rozwój akcji, który nie następuje. Po krótkiej przerwie drugi akt zaczyna się podobnie, jak pierwszy. Ostry dzwonek i oto mamy z powrotem naszą Winnie, a zza kopca wygląda ukryty Willi, którego oszczędność w słowach jest wymowna – mówi albo mało, albo wcale. Jedna jest jedna różnica – rzeczony kopiec, który podczas pierwszego aktu sięgał Winnie do pasa, teraz wsysa ją jeszcze bardziej. Bohaterka pyta swego męża: „Willie, nie masz nigdy takiego poczucia, jakby coś cię wsysało? Nie musisz czasami uczepić się czegoś?". Pewnie, że musi. Każdy musi. Tylko co zrobić, gdy w pobliżu nie znajdujemy niczego do uczepienia? No tak, (słowa również znamienne – w sztuce wypowiadane przez bohaterkę pięciokrotnie oznaczają stoickie pogodzenie się z losem) nie pozostaje nic innego jak czekanie do kolejnego dzwonka na sen. A potem kolejny szczęśliwy dzień.

Dni mijają bezpowrotnie, aż do dzwonka, a przecież nic, albo prawie nic nie zostało powiedziane. Oglądanie spektaklu Libery wymaga wielkiego skupienia. Zupełnie tak, jak czytanie Becketta. Choć akcja nie pędzi jak szalona, bardzo łatwo przegapić to, co najważniejsze. Maja Komorowska świetnie pokazuje, że spękana ziemia, po której wszyscy stąpamy, z biegiem coraz bardziej pochłania każdego z nas.

Paulina Aleksandra Grubek
Dziennik Teatralny Warszawa
14 stycznia 2014
Portrety
Antoni Libera

Książka tygodnia

Nice, cosie i duchy. Eseje o sztuce
Pewne Wydawnictwo
Michał Krawczyk

Trailer tygodnia

"Powrót" - reż. Michał...
Michał Zdunik
Bywa tak, że odwiedzamy dom rodzinny ...