Byłem na „Klątwie"

"Klątwa" - reż. Oliver Frljić - Teatr Powszechny w Warszawie

Sfera wiary jest reżyserowi całkowicie obojętna, a może nawet obca. Frljić bawi się w profanację, jego teatr nie posiada zdolności bluźnierczej.

Aktorka Barbara Wysocka dzwoni w prologu sztuki w zaświaty do Bertolta Brechta, prosząc o radę, jak wystawić dramat Stanisława Wyspiańskiego. Brecht sugeruje po namyśle, żeby zwrócić się z tym pytaniem do papieża, wszak to Polska. Wysocka do papieża nie dzwoni. „Klątwę" jednak wystawiono. Ale już od prologu wiem, że będzie to przedstawienie „nierzeczywiste". A z dramatu pozostanie tylko tytuł – czego nie żałuję, bo Wyspiański to dla mnie autor trzech arcydzieł: „Wesela", „Wyzwolenia" i „Nocy listopadowej". A „Klątwa"? Nigdy nie mogłem przez nią przebrnąć.

Prześwietlony przez policję

Byłem zatem w końcu na tej inkryminowanej „Klątwie" w warszawskim Teatrze Powszechnym, obejrzałem ostatnie, przedwakacyjne przedstawienie. Wracałem tego dnia z Łodzi. Pociąg opóźnił się nieco. Po osiemnastej wysiadam na dworcu Warszawa Centralna, biegnę do tramwaju, siedemnastka jest od razu, jadę do przystanku Metro Rondo ONZ, to zaledwie dwie minuty. Biegiem po schodach ruchomych i nieruchomych, jest peron. Czekam, minuty się dłużą, wsiadam wreszcie. Wysiadam na przystanku Metro Stadion Narodowy. Zbliża się 19.00. Nie zdążę, myślę sobie, bo znaleźć prawidłowe wyjście z tego skomplikowanego labiryntu, a potem dojść do Powszechnego – to nie taka prosta sprawa. Rozglądam się, które schody wyprowadzą mnie z podziemi na Zamoyskiego. Oczywiście, wybrałem nie te, co trzeba, jestem na powierzchni, i widzę biało-czerwony Narodowy. Nie tu miałem wyjść... Więc niczym rasowy czterystumetrowiec ruszam do teatru, sadzę wielkie susy, zdyszany podbiegam, widzę napis „Teatr Powszechny im. Zygmunta Hübnera", za cztery dziewiętnasta, zdążę...

Nie, co to? Przed teatrem zasieki, policja, ochrona, choć tego dnia żadnych manifestacji nie było, ale ta ostrożność była całkowicie zrozumiała po ostatnich wydarzeniach, kiedy ktoś z wykrzykujących narodowe hasła wrzucił do sali teatralnej w kierunku publiczności jakieś śmierdzące środki, ktoś inny wcześniej odpalił race, a jedna osoba została poparzona. Strzeżonego Pan Bóg strzeże, nawet w Powszechnym. Żeby wejść trzeba albo mieć bilet, albo być na liście zaproszonych. Nie mam biletu, nie ma mnie na liście. Za dwie dziewiętnasta.

Wprosiłem się na to akurat przedstawienie w ostatniej chwili, bo przecież biletów dostać nie sposób. Ważna Osoba z Teatru Powszechnego zapomniała zapewne w tych emocjach wpisać mnie na listę. Więc dzwonię do Ważnej Osoby, na szczęście odbiera. Halo, słuchaj, nie chcą mnie wpuścić – jęczę do słuchawki. Teraz to Ważna Osoba biegnie do mnie, a ja stoję obok policjanta; jest minuta po dziewiętnastej. Spokojnie, uśmierza moje zdenerwowanie Ważna Osoba, zaczniemy grać za jakieś dwadzieścia minut, a może jeszcze później. Wchodzę do budynku, a tam przed wejściem na salę kolejne zasieki, a właściwie kontrola. Ogromna kolejka widzów. Po raz pierwszy w życiu przed rozpoczęciem sztuki zostałem „prześwietlony" przez policję od stóp do głowy, no, powiedzmy – do szyi, torbę też mi „zlustrowano", czy jakichś niebezpiecznych materiałów nie wnoszę. Wyglądało jakby na „Klątwę" przyjechał pan prezydent w towarzystwie pani premier (żart!). A to Polska właśnie, pomyślałem.

Zostałem wprowadzony na balkon, miałem dużo miejsca, swobody. Doskonała widoczność, widzę z góry tylko pierwszy rząd z publicznością, ale scena odsłania się przede mną w pełnej krasie. Ważna Osoba nie chciała mnie chyba narażać na trudne sytuacje, dlatego mnie tam usadowiła. Widać, że wyczuwa doskonale polskie konteksty i polskie niuanse.

Zaczyna się. Przestawienie trwa godzinę i dwadzieścia cztery minuty. Ogląda się jednym tchem, bez chwili nudy. Koniec. Brawa mocne, choć tym razem bez wstawania z miejsc.

Antyklerykalizm jaskiniowy

Po pierwsze, jest to znakomicie skonstruowane przedstawienie. Oliver Frljić to artysta „czujący" scenę, szalony, nieokiełznany, prowokator. Ale co z tego wszystkiego wynika? Czy rzeczywiście reżyser chciał poddać krytyce Kościół katolicki w Polsce, i nie tylko w Polsce? Czy pragnął wyśmiać współczesny teatr, szydząc z modnych reżyserów „tłukących" raz po raz wielogodzinne spektakle, które mają pobudzać – przepraszam za wyrażenie – „do dyskursu", tylko nie wiadomo o czym. Aktorzy kpią z własnych ról. Zresztą Frljić kpi także z siebie (szalony monolog Michała Czachora).

Swoją drogą, Frljić zabił jakąkolwiek możliwość sensownych skandali w polskim teatrze. No bo czym go teraz przebić? Owszem można, tylko, że będzie to już grafomania i kabotyństwo. Czy zatem „Klątwa" z Powszechnego pobudza do jakiegoś dyskursu? A może to tylko efektowna wydmuszka?

Zgadzam się z Dominikiem Gacem, który napisał w „Teatrze", że „trudno znaleźć adekwatny język do opisu sztuki rozpostartej między prymitywnym skandalem, solidnym artystycznym rzemiosłem a arbitralnym nawiasem fikcji, satyry, ironii i tego wszystkiego, co usprawiedliwia wulgaryzmy ciskane w twarz widowni. Czy to teatr łamiący bariery? Test na tolerancję?". Zgadzam się też z Gacem, że spektakl wrzuca nas w sferę religii, nie dotyka jednak wiary. Powiem więcej, po spektaklu odniosłem wrażenie, że sfera wiary jest reżyserowi całkowicie obojętna, a może nawet obca. Frljić bawi się w profanację i dlatego – tu też zgoda – jego teatr nie posiada zdolności bluźnierczej.

No, dobrze, ale załóżmy, że nie o sprawach duchowych miał być to spektakl, tylko o skrzeczącej rzeczywistości kościelnej i polskim „tu i teraz". Jeśli tak, to jest to spektakl powierzchowny i plakatowy, a jego „publicystyka" sięga poziomu najwyżej „Faktów i Mitów". Ks. Józef Tischner pisał kiedyś o swoim marzeniu: o mądrym antyklerykalizmie, który jest ozdrowieńczy; tymczasem dominuje „antyklerykalizm jaskiniowy", często pogardliwy i po prostu tak samo nienawistny, jak „antyateizm" fundamentalistów religijnych.

To ciekawe, jak bezradni są artyści i lewicowi publicyści podejmujący krytykę Kościoła, jak nie potrafią wyjść poza utarte schematy. Na przykład Joanna Wichowska, dramaturżka przedstawienia, powiada w wywiadzie dla pisma „Didaskalia", że Kościół „formatuje myślenie ludzi w Polsce". Naprawdę innych formatów nie ma? Nawet jeśli dotykają trudnych, niekiedy tragicznych tematów (bezkrytyczny kult polskiego papieża, co symbolizują tandetne pomniki, jedna z takich okropnych figur Jana Pawła II pojawia się na początku „Klątwy"; pedofilia wśród duchownych; konflikt aborcyjny), to robią to w sposób tak zideologizowany, że często rozmowa jest mocno utrudniona albo niemożliwa. Powiadają wtedy: my atakujemy Kościół, a nie wiarę.

Czasami przybiera ten antyklerykalizm formy karykaturalne. Na przykład „Krytyka Polityczna", żeby zaatakować hipokryzję Kościoła, wydaje książkę eksksiędza Krzysztofa Charamsy, który – jak pamiętamy – ośmieszył polskie media, a potem zrobił przed kamerami kiczowaty coming out. I w ten sposób polska lewica chce rozprawić się z Kościołem. Zwalczać hipokryzję Kościoła Charamsą to jest pomysł iście diabelski, dlatego skazany na porażkę.

„Klątwa" nie istnieje bez protestów

„Klątwa" rzeczywiście nie jest atakiem na wiarę, ale też nie jest atakiem na Kościół. Frljić kwestionuje w ogóle sens religii, uznając ją za jedno ze źródeł zła w świecie. Nic nowego, to wszystko niby już było. Ale nie można tego głosu lekceważyć, choć w sposób oczywisty wizje reżyserskie mogą oburzać. I dlatego porównuję Frljicia do Alejandro Jodorowsky'ego, szaleńca kina.

Frljić to jednak prawdziwy artysta, a nie kiczowaty autor „demaskatorskich" książek. To Jodorowsky teatru. Tak naprawdę nie odbieram „Klątwy" jako spektaklu publicystycznego, to raczej szalona, odlotowa fantasmagoria. Oglądamy poszczególne sceny i widzimy, że reżyser ciągle jakby dystansował się od tego, co przed chwilą pokazał. Frljić – podobnie jak znany chilijski filmowiec – jest skandalistą nieuznającym żadnych świętości, surrealistą mieszającym w swoich spektaklach piękno plastyczne obrazów, przenikającą, somnambuliczną muzykę z ohydą, perwersją (słynne fellatio), wyuzdaniem i okrucieństwem (porażający monolog Karoliny Adamczyk o aborcji).

Frlijć stworzył swój własny kogel-mogel światopoglądowy i estetyczny, areligijny; stworzył swoją „religię teatralną". „Klątwa" to połączenie kiczu z arcydziełem, kabaretu i frenetycznego śmiechu z dramatem i momentami grobowej ciszy. Zastanawiam się, czy za parawanem artystycznej dezynwoltury, obsesyjnych wizji, swoistego psychodelizmu jego sztuki, nie kryje się artysta beznadziejnie zbuntowany, dla którego alternatywą staje się destrukcja. Może to przejaw bezradności artysty? Bo przecież „Klątwa" nie istnieje bez protestów.

Nie myślę o atakach fizycznych na teatr i aktorów, bo to przestępstwo kryminalne, bandytyzm. Nie chodzi mi też o żenującą postawę prezesa telewizji publicznej, który wyznacza czas pokuty aktorce Julii Wyszyńskiej, po którym będzie mogła ona wrócić na ekrany telewizyjne (ot, taka karencja od pana prezesa, represja godna minionej epoki, i też nie we wszystkich jej fazach). A zatem nie o tych „reakcjach" na sztukę chcę tu pisać, lecz o tych wszystkich modlitwach przed teatrem: o nawrócenie reżysera, aktorów i dyrekcji (pojawiały się zresztą na Zamoyskiego przedziwne grupy religijne, niekoniecznie katolickie); o tych artykułach w prasie odsądzających Teatr Powszechny od czci i wiary, że antypolski, antychrześcijański, bluźnierczy. To wszystko reżyser przewidział, świadomie w to brnął, co sam przyznaje w wywiadach.

A zatem protesty nie są konsekwencją spektaklu, lecz jego częścią. Uczucia religijne są nieuchwytne, nie da się ich zadekretować, zawsze ktoś będzie urażony, ktoś zaprotestuje. Pojawią się też politycy, którzy postanowią upiec na tym ogniu swoją pieczeń. Nie ma zatem „Klątwy" bez protestów. Wyobraźmy sobie sytuację, że ich nie ma. Co wtedy? Wtedy „Klątwy" po prostu też nie ma. To takie przedstawienie jest. Frljić osiągnął swój cel i wyjechał.

Nie mam ochoty dyskutować

Akceptuję formę tego przedstawienia, ale nie treść. Traktuję „Klątwę" jako fascynujące, obłędne widowisko świetnego artysty, po którym nie mam zbyt wielkiej ochoty dyskutować ani o papieżu, ani o pedofilii w Kościele, ani o Kościele w ogóle, ani o nacjonalizmie (fanatyczny katolik poszukuje wśród widzów muzułmanina), ani o reżyserach i dramaturgach, którzy myślą, że tworzą „dyskursywny" teatr.

Te wszystkie tematy „Klątwy" giną w szaleńczych wizjach reżysera, trzymającego konsekwentnie przez cały spektakl rytm i tempo. Bardzo by chciano, żeby ten spektakl traktować publicystycznie, ideologicznie. Już od pierwszej recenzji, w której krytyk napisał o tym, czego w tej sztuce nie ma, a raczej zrodziło się w jego zideologizowanej wyobraźni, wiadomo było, że dyskusja brnie donikąd. Niestety reżyser swoimi wywiadami nie dopomógł sprawie. Powstała medialna burza, jakby obok sztuki. Burza jak to burza, przechodzi, gdzieś trzaśnie piorun, gdzieś pojawi się krótka błyskawica, poleje deszcz, a potem cisza, trzeba tylko na ulicy omijać kałuże, dopóki nie wyschną.

Dwa wątki w „Klątwie" poruszyły i zaciekawiły mnie najbardziej, także w wymiarze „publicystycznym", a nie tylko artystycznym. Jeden na tak, drugi na nie. One najpełniej wybrzmiały.

Pierwszy wątek dotyczy sojuszu tronu z ołtarzem. Taki alians jest zawsze zabójczy; szczególnie dla ołtarza. Krzyże przerabiane przez aktorów na kałasznikowy, i ostateczne ścięcie krzyża na końcu sztuki, tę klęskę przejmująco symbolizują. Tron złączony z ołtarzem to droga na zatracenie. Podobny wątek istnieje także w „Świętej górze" Jodorowsky'ego. Oto poznajemy producenta broni, który produkuje karabiny dla wszystkich wyznań – w ten sposób powstaje krucyfikso-, menoro- i buddokształtna broń. Krzyż nie jest w „Klątwie" profanowany. To świat, to ludzie go profanują, zapominając że jest on znakiem absolutnej Miłości. Frljić o tym bezwzględnie i brutalnie przypomina.

To tylko fikcja?

Drugi wątek to wspomniany już monolog aborcyjny Karoliny Adamczyk. Scena odrażająca wręcz, z aksjologicznego punktu widzenia odrzucam ją całkowicie. Jej brutalność wyraźnie kontrastuje z rozdzierającą ciszą podczas krótkich wyznań aktorów, grających ofiary pedofilii duchownych. Aktorka pokazuje zmiędlone zdjęcie USG, na jej brzuchu widać napis „1000 zł". Kobieta wykrzykuje, że jest w trzecim miesiącu ciąży i zamierza dokonać aborcji w Holandii, bo katolicka Polska jej to uniemożliwia. Poprosi kobiety na widowni o to, aby podniosły ręce, jeśli dokonały aborcji. Ktoś podniósł rękę. Aktorka gratuluje odwagi. Moda na aborcyjny coming out przejawem odwagi? To łamanie tabu? Mam co do tego – delikatnie mówiąc – duże wątpliwości.

Wreszcie aktorka wypluwa z siebie – i to było najgorsze – informację, że ten płód po aborcji to ona przywiezie do Polski i rzuci na widownię teatralną. Potem zaraz ktoś powie w następnej scenie, że teatr to fikcja; no nie bierzmy – proszę państwa – tego dosłownie. Mam wrażenie, że w tym momencie twórca robi z widza idiotę. W ogóle ta maniera dekonstrukcyjna Frljicia jest podawana zbyt nachalnie. To wszystko fikcja, powiada reżyser, nie bierzcie tak dosłownie wszystkiego; no patrzcie, ja sam siebie dekonstruuję, Michał Czachor przekuwa przecież swoim przyrodzeniem moje zdjęcie. Dekonstruujmy się zatem, ale nie wszyscy może mają na to ochotę? Chyba z tego powodu w okienku kasy teatralnej można było przeczytać, że spektakl „zawiera sceny odnoszące się do zachowań seksualnych i przemocy, które pomimo ich satyrycznego charakteru mogą być uznane za kontrowersyjne".

A mnie się zdaje, że sceny aborcyjnej argumentem „z fikcji" nie da się obronić. Jak mogła czuć się na widowni matka dziecka, żadna tam dewotka, tylko mądrze wierząca kobieta, która urodziła dziecko z zespołem Downa, i po pierwszym, zrozumiałym szoku, dziś jest szczęśliwą matką? Taka właśnie kobieta słuchała tego monologu; proszę, niech twórcy przekonają ją, że to tylko fikcja była. A może jednak brak wrażliwości? To ma być scena o wolności kobiet, o ich samostanowieniu?

Po jej obejrzeniu poczułem się bardzo nieswojo jeszcze z jednego powodu. Do tej pory myślałem mimo różnic światopoglądowych i filozoficznych, że wszyscy, wierzący i niewierzący, zgadzamy się w jednym: aborcja jest złem. Spektakl zaś sugeruje, że aborcja jest dobrem, czymś oczywistym. Może twórcy tak nie uważają, może ich krzywdzę taką opinią, ale przedstawienie nie daje szans, żeby sądzić inaczej. To była moja największa przykrość w czasie oglądania „Klątwy". Nie żadne tam fellatio, tak nielubiane przez prawicowe portale, tylko właśnie wątek aborcyjny.

Nie oczyszcza, lecz rozjątrza

Prof. Leszek Kołakowski wykpiwał delikatnie i dowcipnie prowokację w sztuce. Mówił o tzw. dekonstruktywizmie. Oto dziś artysta może umieścić (zainstalować) deskę nieheblowaną w błocie i podpisać całość: „Wszechświat kontemplujący sam siebie" albo „Miłość nieodwzajemniona", zresztą wszystko jedno, jak to podpisze. W „Sesji kastingowej" Krzysztofa Zanussiego młody aktor próbuje się zaangażować w galerii sztuki jako żywa rzeźba siedząca na zielonym fotelu, obcinająca sobie paznokcie u nóg. Instalacja „po byku" – można by rzec. „Artysta tak sobie wyobraził, że człowiek sobie siada i siedzi" – wyjaśnia dyrektor galerii. Całość instalacji nazywa się „Obcinanie cztery". Na pytanie aktora o ideę tej kreacji, pada odpowiedź, że przecież wszystko coś znaczy.

Oliver Frljić poszedł dalej w prowokacji, żadne tam nieheblowane deski, czy zielone fotele. Nie, on tworzy dzieła na granicy ludzkiej wytrzymałości psychicznej. W jego intuicji aksjologicznej zapewne niosą wiele znaczeń i idei, nieodkrytych przez przeciętnego widza.

Nie wszystko, co jest prowokacją, która towarzyszy sztuce od zawsze, godzi w poczucie dobra i piękna. Prowokacja jest jakąś odwrotnością patosu i w sztuce wolno się nią posługiwać. Nie wyklucza ona refleksji, ale wszystko zależy od tego, jaka to prowokacja i jaka refleksja. George Orwell pisał, że jeżeli zależy nam na wolności, to warto stawać w obronie nawet poglądów ekstremistycznych oraz idei, z którymi się nie zgadzamy: „Za nie warto cierpieć", pod warunkiem że nie promują faszyzmu i komunizmu. To efektowna figura retoryczna, ale czy możliwa do realizacji? Chyba nie. Osobiście uważam, że Orwell miał rację. Wolności w sztuce, wolności słowa – trzeba bronić za wszelką cenę. I dlatego uważam za niedopuszczalne stosowanie wobec Teatru Powszechnego represji prawnych, politycznych i ekonomicznych.

A poza tym, jeśli symbolem szatana ma być „Klątwa" Olivera Frljicia, to znaczy, że nie rozumiemy, kim on jest naprawdę. A szatan to poważna sprawa. Dobrze go widzieć poza nami, wtedy poprawiamy sobie samopoczucie i żyjemy w nierzeczywistości. Skoro zło jest wokół nas, nie ma go w nas. W oblężonej twierdzy przycupnęły anioły, które za murem i za fosą widzą tylko diabła.

Czy warto było zatem biec na łeb, na szyję, żeby zdążyć na „Klątwę"? Przecież gdyby Ważna Osoba nie odebrała telefonu, policjant nie wpuściłby mnie do teatru. Jednak warto było. Bo jak napisał Wojciech Ziemilski w „Didaskaliach", spektakl Frljicia jest „katalizatorem", wydobywającym na wierzch „procesy trwające od dawna". Z tym, że kataliza Frljicia nie oczyszcza, niestety. Nie prowadzi ani do porozumienia, ani do dialogu. Raczej rozjątrza i konfliktuje jeszcze bardziej – i to był chyba cel reżysera.

Zresztą ja żadnego oczyszczenia nie oczekiwałem. Skandal zagęszczony aż do granic wytrzymałości powoduje u mnie finalnie zadziwienie i zobojętnienie. Poznałem za to jednego z ciekawszych, furiackich i zagadkowych artystów współczesnego teatru.

ks. Andrzej Luter
laboratorium.wiez.pl
22 lipca 2017
Portrety
Oliver Frljić

Książka tygodnia

Pomarli
Wydawnictwo Czarne
Waldemar Bawołek

Trailer tygodnia