Carat XXI wieku

Dziady - reż: Lech Raczak - Teatr im. H. Modrzejewskiej w Legnicy

Legnica przypomniała "Dziady". Odpomniała właściwie. Pięć lat po premierze, mickiewiczowski klasyk ponownie wrócił na deski Teatru im. Modrzejewskiej w Legnicy. Poza zmianami w obsadzie - kilku aktorów doszło, kilku odeszło oraz inną lokalizacją spektakl nie uległ większym zmianom

Jacek Głomb, otrzymując od Lecha Raczaka propozycję wystawienia „Dziadów”, długo wahał się z decyzją. Sam podkreślał w jednym z wywiadów: „Jestem wdzięczny reżyserowi za determinację w realizacji tego projektu, nawet wbrew dyrektorowi. Musimy być inni, musimy mieć własny sposób na opowiadanie świata (…)”. Realizacja tego tekstu to zawsze ryzyko. Teatr legnicki dzięki nowej ofensywie sygnowanej hasłem: „Masz najlepszy teatr w Polsce. Czemu w nim jeszcze nie byłeś?” postanowił ponownie podjąć trud wystawienia tego złożonego i trudnego realizacyjnie dramatu. Dziś zmieniła się lokalizacja legnickich „Dziadów”. Pięć lat temu była to Scena na Piekarach. Niestety, w ubiegłym roku teatr musiał pożegnać się z tą siedzibą. Tegoroczne spektakle znalazły swoje miejsce na Nowym Świecie w Legnicy. 

Nowy klimat i surowe mury ponad stuletniej kamienicy spełniły moje oczekiwania co do neoromantycznego entourage’u. Neoromantycznego, bo w istocie – „Dziady” Lecha Raczaka to spektakl nowszej generacji niż ta „mesjańsko-polityczna”, którą znamy ze szkół. Choć – i tu jest lekki zgrzyt – ta nowa jakość słabo koreluje z XIX-wiecznym oryginalnym zaśpiewem. Nie dziwię się Raczakowi – bo zmiana języka na bardziej współczesny mogłaby być bardzo ryzykowna. To jest tylko moja mała uwaga – szybko wypowiadane kwestie, szczególnie młodych aktorów – Bulanda, Kotyński, Krzyk – burzą rozumienie sztuki. Dramat Mickiewicza to symfonia metafor i widziadeł. Trudno jest znaleźć znak równości między nastawieniem na wizualność z równoczesnym wyczuciem mickiewiczowskiej frazy. Strona wizualna w tym spektaklu wciąga i wbija w fotel. Nie raz złapałem się na tym, że spojrzenia „Guślarza XXI wieku” w osobie kobiety Joanny Gonschorek czy Pawła Wolaka (Senator) zawstydzały mnie i straszyły swoim emocjonalnym rozedrganiem. Warstwa słowna to materia mniej atrakcyjna – szczególnie dla młodego widza i tutaj – tak uważam – można było zrezygnować z pewnych kwestii, bo i tak giną one w szaleńczym biegu.

Naistotniejszym zabiegiem interpretacyjnym – obok wspomnianej warstwy wizualnej – to swoiste „rozczłonkowanie” Konrada Gustawa. Tutaj mamy wielu Gustawów. Ma on twarz Jakuba Kotyńskiego, Bartosza Bulandy, Roberta Zawadzkiego, Łukasza Węgrzynowskiego i Lecha Wołczyka (Stary Konrad Gustaw). Bohater mickiewiczowski mówi dziś głosem młodego pokolenia, zbuntowanego często, ale rzadko w imię tych idei co pierwowzór. „Dziady” Raczaka pokazują, że dzisiejszy Gustaw ma dość polityki, zniewolenia, ale też starczego zrzędzenia. Dzisiejszy Konrad Gustaw chce iść swoją droga, a właściwie drogami. Ten zbiorowy głos dodaje siły przedstawieniu, czyni go żywym przez zerwanie z mesjanizmem. Dzisiejsze młode pokolenie ma dość schematów, nie myśli o „rzędzie dusz”, ale uwikłane jest w percypowanie złego przez DOBRE i dobrego przez ZŁE. Aksjologia dzisiejszego świata nie ma poparcia w autorytetach – głoszą socjologowie. Na antynomii „czarne – białe” zasadza się ta interpretacja - białe koszule, w jakie ubrano Gustawów i czarne kostiumy diabłów. Mamy tu dwie persony diabelskie, w które wcielają się Ewa Galusińska i Paweł Palcat. W tych twarzach przejawia się cały „carat” współczesnego świata. Nie diabelskie, petersburskie berło dusi dziś Polaków, ale nietolerancja, przekrzywiony duch narodowy i bezsens głęboki od uzależnień. To walka z systemem – nową zmorą XXI wieku – jest treścią legnickich „Dziadów”.

Duże wrażenie zrobiła na mnie muzyka Lecha Jankowskiego, surowa, pełna ciemności i średniowiecznego uroku. Duży nacisk choreograficzny kładzie legnicki teatr na fizyczność – jest tu jej dużo. Aktorzy biegają boso po zimnych deskach, wyginają się i skaczą niczym zwierzęta w klatce – szczególne uznanie w tym kontekście dla Galusińskiej. Przestrzeń spektaklu rozciąga między lewym a prawym tunelem, przypominającym klatkę dla nieczystych dusz czyśćcowych. Galusińska zasługuje na drugi plus – obok sprawności fizycznej poraża też aktorskim kunsztem – jest diablicą pierwszej kategorii. Duże wrażenie robi Wolak jako Senator. Więcej należałoby wymagać od Bartosza Bulandy czy Jakuba Kotyńskiego, którzy odgrywają swoje kwestie papierowo i bez „iskry”.

Przy okazji nowych odczytań „Dziadów”, jako obserwator teatru radia, przypomnę o słuchowiskowej realizacji Pawła Sztarbowskiego i Pawła Łysaka z 2009 roku. Ta antyromantyczna interpretacja przypadła mi do gustu przez wyrazistość, folkloryzm i trzeźwość wobec oczekiwań słuchaczy. Jeśli w przedstawieniu legnickiego teatru Gustawem Konradem staje się grupa młodych, żadnych „sensu”, tak tutaj improwizacja Gustawa (autentyczny jak zawsze Andrzej Chyra) zostaje bez litości przewinięta jak taśma magnetofonowa. Cóż – refleksja nasuwa się jednoznaczna: „Dziady” będziemy tak długo czytać, jak długo przepływać one będą przez nas. Wszyscy jesteśmy Konradami, tylko na multum różnych sposobów i to w tej inności jest recepta na wolność współczesnego świata. „Zrozumieć siebie w świetle sztuki” - to hermeneutyczne prawidło towarzyszyło także Raczakowi. Pamiętaj, CO wystawiasz, lecz nade wszystko – dla KOGO.

Janusz Łastowiecki
Dziennik Teatralny Legnica
23 kwietnia 2012

Książka tygodnia

Ale musicale! Złote stulecie 1918-2018
Wydawnictwo Marginesy
Daniel Wyszogrodzki

Trailer tygodnia