Chcę zmian

Rozmowa - Jacek Bończyk

O piosenkach, które nie pozwalają o sobie zapomnieć, ucieczkach przed samym sobą i walce z łatwą śmiesznotą mówi aktor i reżyser, który w teatrze Syrena przygotowuje spektakl "Nie dorosłem. Piosenki Stanisława Staszewskiego" Premiera 27 kwietnia

Długo dojrzewała w panu myśl o zajęciu się piosenkami Stanisława Staszewskiego?

Jacek Bończyk: Bardzo długo. Pierwszy raz zetknąłem się z nimi w dzieciństwie. Mój ojciec i wujowie podczas imprez z zakrapianą mocno herbatą śpiewali smutne męskie kawałki typu „Ty albo żadna". Nie wiedziałem wtedy, że to teksty Staszewskiego. Została po nim przecież tylko jedna kaseta.

Amatorska, nagrana w Paryżu...

Tak. Znajoma go poprosiła. I on - a nigdy tego nie robił - włączył magnetofon. Powiedział, że nagrywa, chociaż to obraza w dobie najświętszego Hi-Fi, ale on to „cznia". I, że jeśli ktoś tam kiedyś odkryje te piosenki i „dorobi jakąś korbę do zarabiania szmalcu", to świetnie. Zaśpiewał, a przywieziona do Polski kaseta stała się kultowa.

Później o tych piosenkach właściwie zapomniano. Do 1993 r., kiedy wyszła płyta „Tata Kazika".

Wtedy one zostały szerzej dostrzeżone. I ja znowu ich słuchałem. A w 1997 r. Wojtek Kościelniak wyreżyserował galę Staszewskiego na Przeglądzie Piosenki Aktorskiej, w której brałem udział. Jeszcze się „prześliznąłem" po tych utworach, ale one zaczęły do mnie wracać. Poza tym powoli dowiadywałem się więcej o Staszewskim.

Jak pan widzi tę postać?

Dla mnie to był facet, który po okrucieństwach wojny próbował się jakoś w szaroburej rzeczywistości bezskutecznie odnaleźć. Zachwycił się jej zabarwieniem na czerwono, później dostrzegł, że tu nie pasuje. I marzył, żeby wyjechać gdzieś, gdzie jest jaśniej i gdzie jest wolność. Pojechał do Paryża, a tam się okazało, że też nie pasuje.

Świat był dla niego za mały?

On istniał tylko wtedy, kiedy miał audytorium. Pod przykrywką zabawy, groteski mówił ludziom, jak widzi świat. A nie znajdował sensu w życiu, w byciu, w pracy, w budowaniu czegokolwiek. Może po tym, jak przeleżał całą noc w Mauthausen na stercie trupów, nie umiał inaczej. Czytam go jako niezdiagnozowanego depresjonika. Człowieka, który leciał w dół i miał tego świadomość, ale uważał, że nic lepszego się nie zdarzy. Bardzo pragnął miłości, ale uciekał przed sobą i przed rodziną, znajomymi. Dla niego nie było Boga, dobrego ustroju, dobrej sytuacji, która mogła go dźwignąć. Stąd taki sarkastyczny sceptycyzm. Nawet tuż przed śmiercią - a wiedział, że to nastąpi, i nie chciał się leczyć - napisał „A gdy będę umierał", gdzie drwi ze wszystkiego i szydzi.

Po co właściwie przywoływać jego twórczość dziś?

Ja to robię, żeby przypomnieć niesamowite teksty i człowieka, który był - obok Młynarskiego, Kaczmarskiego - jednym z lepszych tekściarzy. Tylko oni w przeciwieństwie do niego funkcjonowali w szerokim obiegu. Chciałbym pokazać jego kunszt i to, że chociaż roi się w jego tekstach od kurwów, złodziejów i proletariuszy, to bogate, przemyślane, fantastycznie napisane utwory. O konsekwencjach rewolucji jak „U Marianny", o przemocy w ujętej w cudzysłów rodzinie jak w „Notorycznej narzeczonej", specyficznej polskiej dumie jak w „Balu kreślarzy".

To nie będzie łatwy spektakl?

Nie. Za dużo jest w tej chwili łatwej śmiesznoty. Przeszkadza mi to, że ludzie idący do kina czy do teatru są nastawieni na to, że zawsze będą jaja. Że nie pamiętają, iż nie wszędzie można wejść z szeleszczącym batonem i colą w plastikowym kubku. Wkurza mnie to. Chciałbym mieć wpływ na jakąś zmianę proporcji. Więc się tak pewnie będę rzucał. A jeśli ktoś powie: ale to nie jest śmieszne albo że ludzie są dziś zmęczeni i chcą czegoś lekkiego - trudno. Liczę na inteligencję, dobry gust i na to, że człowiek siada na widowni, żeby się czegoś dowiedzieć, coś przeżyć. Żeby usłyszeć coś, z czym się obudzi następnego dnia. Choćby zdanie: „Wśród tylu różnych dróg przez życie każdy ma prawo wybrać źle".

Słowa Staszewskiego rozpisał pan w spektaklu na cztery głosy.

Nie chcę robić akademii, więc zależało mi, żeby jakiś inteligentny facet umiejętnie tonizował sytuacje smutkowe - stąd Artur Andrus. Mirek Baka to melancholijny facet, który potrafi bardzo głęboko podać teksty. Piotr Szwedes akuratnie wpisuje się w balangowy aspekt biografii Staszewskiego. Rewelacyjnie śpiewa Jola Litwin, Przemek Glapiński czy Jacek Zawada. A Krystyna Tkacz... Nie będę zdradzał. Powiem tylko, że ma badzo specjalną rolę, a w drugim akcie pojawi się na scenie w zaskakujący sposób. Poza tym mam na scenie prawie cały zespół aktorski teatru Syrena, świetnie śpiewający i tańczący pod okiem Ingi Pilchowskiej. Znamy
się z innych realizacji - są naprawdę niesamowici, pięknie pracują. I muzyków pod wodzą Pawła Stankiewicza oraz Fabiana Włodarka, którzy piosenki wspaniale zaaranżowali. Oglądać ich będziemy w scenografii Grzegorza Policińskiego złożonej z kilku latarni i kiosku, który w polskiej części będzie Ruchem, a we francuskiej - częścią bistra.

Pan nie stanie na scenie?

Nie. Pierwotnie zostawiłem sobie dwie piosenki, ale w końcu uznałem, że bardziej odpowiedzialnie będzie patrzeć z zewnątrz, dopieszczać. Ale myślę o nagraniu piosenek Staszewskiego. Tak wszedłem w ten temat, że muszę się wypowiedzieć osobiście.

Przewiduje pan jakieś inne niespodzianki?

Być może w spektaklu zagra zwierzę. I wbrew tekstowi „Baronowej" nie będzie to jamniczek.

Katarzyna Czarnecka
Zycie Warszawy
9 kwietnia 2011

Książka tygodnia

Sztuka aktorska Aleksandry Śląskiej
Uniwersytet Gdański
Marta Cebera

Trailer tygodnia