Chcecie baletu? Macie! Udławcie się!

sylwetka Piny Bausch - festiwal "Świat miejscem prawdy"

Każda marka, którą pani dajemy, a bierze pani pieniądze od miasta, to jest marka stracona, pani Bausch. Życzę powodzenia, ale nie u nas!
Gładko uczesane włosy, upięte albo rozpuszczone, Pina w kapeluszu z szerokim rondem, Pina z papierosem w ręku z odsłoniętymi ramionami, to znów w czarnej sukience lub w ciemnych okularach Intrygująca, silna. Ubiera się na czarno. Szerokie spodnie i luźna marynarka. \'Obdarzona arystokratycznym wyglądem, raz czuła, to znów okrutna, w sposobie zachowania przypominająca królową na wygnaniu, założycielka zakonu, sędzia sądu metafizycznego \' - tak o Pinie Bausch mówił Federico Fellini, w którego filmie \'A statek płynie\' zagrała niewidomą księżną. Nazywana jest twórczynią teatru tańca. Ów gatunek tańca współczesnego przekracza granice sztuk, posługuje się też środkami plastycznymi, teatralnymi, filmowymi. Nie opowiada jednej historii, pojawia się w nim wielość wątków, sceny rozgrywają się często symultanicznie, nakładają na siebie. Tancerze chodzą, siadają, kładą się na ziemi, wnoszą rekwizyty, coś wykrzykują do siebie, do widowni, śpiewają. Czasem więcej teatru niż tańca.

Przez scenę przebiega mężczyzna. Stara się zabrać krzesła przed przesuwającą się po omacku dziewczyną. Wśród stolików wypełniających wnętrze kawiarni staje para. Twarze zmęczonych, trochę bezwolnych kochanków zbliża do siebie towarzyszący im mężczyzna - jak "anioł stróż". Usta kobiety i mężczyzny skłania do pocałunku, pomaga im się objąć. Gestom odpowiada pełna melancholii muzyka z opery Henry\'ego Purcella \'Dydona i Eneasz\'. Mężczyzna, który przez chwilę trzymał kobietę w ramionach, teraz gwałtownie upuszcza ją na ziemię. Ona pragnie ponownie go objąć. Powtarzają ten rytuał wielokrotnie, coraz szybciej, gwałtowniej. Upadki są coraz bardziej bolesne. Aż zabraknie tchu To jeden z obrazów \'Café Müller\' w inscenizacji i choreografii Piny Bausch z 1978 roku - sztuki, którą nadal można oglądać, a na scenie pojawia się sama Pina.

W jej przedstawieniach tancerze wykonują pozornie codzienne czynności, zwykłe gesty. Za to fantastyczny jest pejzaż. Z teatralnego nieba spływają strugi deszczu, scena usłana różowymi goździkami, ciała brudzi wilgotna ziemia, kiedy indziej oblepia piasek. Mogą pojawić się wyglądające jak żywe krokodyle, hipopotam lub sarna albo prawdziwy żółty pies, albo kura. W tym surrealistycznym świecie operuje się realistycznymi środkami. Teatr Piny Bausch niesamowicie działa na zmysły i wyobraźnię.

Urodziła się w 1940 roku w Solingen w Nadrenii Północnej-Westfalii, jej rodzice prowadzili tam niewielką restaurację. Jako 15-latka rozpoczęła naukę tańca w Folkwangschule w niedalekim Essen, potem była w Juilliard School of Music w Nowym Jorku (1959-61) i tam poznała zasady modern dance u słynnej Marthy Graham. Te dwie szkoły początkowo zaważyły na jej twórczości. Szybko jednak zaczyna eksperymentować. Od 1973 roku pracuje już z własnym zespołem Tanztheater w Wuppertalu, w którego skład wchodzą tancerze różnych narodowości. Każdy wnosi osobny wygląd, charakter, temperament - i to właśnie dla Piny ma szczególną wartość. \'Interesuje mnie nie tyle to, jak poruszają się ludzie, a raczej to, co nimi porusza\' - ta wypowiedź jest kwintesencją jej filozofii.

Na próbach Pina siedzi za stołem pełnym notatek w kłębach papierosowego dymu. Niczego z góry nie zakłada. Czerpie z doświadczeń swoich tancerzy. Pyta o ich osobiste doświadczenia i skojarzenia. Prosi na przykład o pokazanie kilku sposobów wyrażania czułości. Najważniejsze są odwołania do własnych emocji, a następnie znalezienie dla nich wyrazu w ruchu. Rzadko komentuje działania tancerzy. Spokojnie czeka na rezultat. \'Nigdy nie mówi nam, a zwłaszcza nie pokazuje tego, co mamy robić - mówi Janusz Subicz, ponad 15 lat w zespole Tanztheater. - Wszystko wychodzi od nas. Ona zawsze oczekuje cudów i cuda się zdarzają. (...) Zadaniem Piny jest, jak to sama określa, uświadomić ludziom ich wartość, ukryte możliwości, z których sobie sami nie zdają sprawy. Ostatecznie propozycje tancerzy wyciska jak gąbkę, odgrywając rolę » redaktora «w procesie tworzenia\'.

Początki w Wuppertalu nie były jednak łatwe. To, co w latach 70. proponowała Bausch tamtejszym widzom, wydawało się nie do zaakceptowania. Tak opowiada o tych czasach Subicz: \'Pod koniec jednego ze spektakli postawny pan w średnim wieku podniósł się, odwrócił i wygłosił przemówienie do siedzącej na górze Piny Bausch: » Każda marka, którą pani dajemy, a bierze pani pieniądze od miasta, to jest marka stracona, pani Bausch. Życzę powodzenia, ale nie u nas! «. Trzeba przyznać, że wuppertalska publiczność, która jeszcze tak niedawno miała w swoim teatrze ładny balet klasyczny, nie była gotowa na tego rodzaju propozycję. Kiedy graliśmy » Keuschheitslegende «lub » Bandoneon «, ludzie wstawali z miejsc, krzyczeli na nas, obrażali nas i wyśmiewali. Inni z kolei mówili nam, że to, co robimy, jest fantastyczne\'.

Dziś Pinę kochają ludzie w różnym wieku na całym świecie. Jej fani z Wuppertalu - starsi i młodsi, emeryci i uczniowie szkół - amatorzy - zagrali w kolejnych wersjach przedstawienia \'Kontakthof\'.

Tancerze w przedstawieniach Piny Bausch występują pod swoimi nazwiskami. Nie kreują postaci, oni po prostu są na scenie. Zwracając się do publiczności, nierzadko podają swoje wizytówki, opowiadają o swoich zainteresowaniach albo nieoczekiwanie wylewają żale, wyrażają oburzenie i złość. Nie mają żadnego tekstu poza własnymi notatkami. Słowa wypowiedziane w różnych językach nie muszą być rozumiane, istotą jest nastrój, ekspresja uczuć. Mimo pozornego chaosu następujących po sobie krótkich etiud mamy tu do czynienia z czymś, co można określić mianem partytury, w której każdy z artystów znajduje dla siebie miejsce.

Nigdy nie wyrzuciła nikogo z zespołu. Jeśli ludzie odchodzą, to z własnej woli. Obecność w Tanztheater wiąże się z wieloma wyrzeczeniami. Częste podróże, miesiące spędzone w zagranicznych trasach i oczywiście poranne ćwiczenia (m.in. klasyczny trening rozgrzewający ciało, dzięki któremu można utrzymać dobrą kondycję) oraz próby po południu - ten rytm nie pozwala właściwie tancerzom na życie poza teatrem. Dominique Mercy jest w Tanztheater niemal od początku, od 30 lat. On i jego żona Malou Airaudo poznali Pinę jeszcze w Stanach. Po jakimś czasie zaprosiła ich do siebie. Zostawiali Francję, nie przypuszczając, że przyjazd do Wuppertalu okaże się wyborem na całe życie. Dominique tańczy niemal w każdym spektaklu. Oboje są także asystentami Piny. Dziś w zespole jest również ich córka Thusnelda.

\'Dwukrotnie opuszczaliśmy zespół - opowiada Dominique, dziś blisko 60-latek. - () Za pierwszym razem towarzyszyły mi niespełnione oczekiwania. () Potrzebowałem nabrać dystansu. Uświadomiłem też sobie, że zaczynając tańczyć w bardzo młodym wieku, właściwie od początku poddany byłem ostremu rygorowi prób, ćwiczeniom rano i wieczorem, codziennej dyscyplinie. Czułem się w jakimś stopniu ograniczony. Gdy do tego jeszcze w pewnym momencie doszedł konflikt między mną a Piną oraz zespołem, wiedziałem, że muszę wziąć głębszy oddech. () Pina wierzyła, że odchodzimy z ważnych przyczyn, godziła się na nasze decyzje (...)\'.

Kobiety w jej przedstawieniach są podobne do aniołów. Długie, rozpuszczone włosy, zwiewne, barwne suknie, nagie stopy lub wysokie obcasy. Niekiedy wydają się ofiarami męskiej dominacji lub agresji, przypominają niespełnione panny młode, ale też potrafią być bezwzględne. Bywają dumne i niezależne, silne jak sycylijskie wdowy albo kuszące femme fatale, bądź wulgarne jak gwiazdy z podrzędnego kabaretu. Trudno przypisywać Pinie Bausch feministyczne przekonania. To raczej obszar współczucia, na którym towarzyszy i jednej, i drugiej stronie. \'W sztuce zawsze zajmuję pozycję obrońcy\' - wyznaje. A zarzuty o brutalności w jej spektaklach tłumaczy: \'(...) Krąży o mnie taka fama. Ale w jaki sposób uświadomić widzom uczucia, jeśli nie zobaczymy na scenie, że istnieje cierpienie i złość? (...)\'.

Mężczyźni w jej sztukach to przelotni kochankowie, pełni czaru amanci albo macho, to znów mali chłopcy skorzy do zabawy. Relacje damsko-męskie w przedstawieniach Piny Bausch podszyte są seksualnością budującą relacje płci, wzajemne zależności. Rodzą się one zwykle w poczuciu osamotnienia, w tęsknocie i pragnieniu bliskości drugiej osoby, a pocałunki, nawet te namiętne, najczulsze i te, po których na ustach mężczyzny widać ślady czerwonej szminki, często pozostają nieodwzajemnione. Kobiety rzucają się w ramiona partnerów z rozbiegu, z impetem. W desperacji mocno oplatają nogami biodra towarzyszy. Po to, by kolejny raz upomnieć się o czułość.

W spektaklach daje się też odczuć wibrujący w postaciach erotyzm (\'Frühlingsopfer\' - \'Święto wiosny\', \'Vollmond\'). Silne namiętności próbują znaleźć ujście na zewnątrz. W ruchu pojawia się wrażenie \'rozsadzania\' od środka niewidzialnych, a istniejących ograniczeń, zahamowań krępujących ciało i duszę. Erosowi jednak w twórczości Bausch zawsze towarzyszy śmierć. W sztuce \'Vollmond\' w czasie pełni księżyca w scenach ulewnego deszczu obserwujemy ludzi szalonych z miłości, opętanych pożądaniem, pełnych erotycznej fantazji aż do chwili, w której zabraknie im tchu. "Dotknięty światłem księżyca" jest ten, który szuka oczyszczenia - duszy i ciała. W \'Vollmond\' nieruchome, jakby martwe ciało kobiety ułożone na materacu przepływa pod wyrastającą na wodzie skałą. Ostatnia wędrówka dziewczyny prowadzi na drugi brzeg

W swoich spektaklach niekiedy ubiera mężczyzn w sukienki (\'Palermo, Palermo\', \'Nelken\', \'Bandoneon\', \'Die sieben Todsünden\', \'Vollmond\'), być może po to, by podkreślić pierwiastek kobiecy w mężczyźnie, względność tego, co delikatne i brutalne, intensywne i obojętne, piękne i brzydkie, a co najważniejsze - wskazuje tym na wspólną wrażliwość obu płci. W przedstawieniu \'Nelken\' ubrany w baletową sukienkę Dominique Mercy wykrzykuje do publiczności: \'Chcecie baletowych pozycji?! Oto i one: » Jeté, plié «. Macie, udławcie się!\'. Dominique demonstruje sztukę baletu jakby na złość sobie i publiczności, która spragniona jest efektownych scen. Jednocześnie odwołuje się do klasycznych korzeni tańca, którego żelazne reguły ograniczają ciało tancerza/człowieka i który jest swoistym przypomnieniem tego, przed czym zdołali uciec jej tancerze: tego, co szkolne, wyuczone, schematyczne i tylko pozornie doskonałe.

Jej wpływ na kolejne pokolenia twórców jest ogromny. I to nie tylko teatralnych. Podobno dla zaprzyjaźnionego z nią Pedro Almodóvara inspiracją filmu \'Porozmawiaj z nią\' były właśnie sztuki Bausch.

Do Tanztheater przyjeżdżają artyści z całego świata. Na Internationales Tanzfestival, czyli 3 Wochen mit Pina Bausch w Düsseldorfie, Wuppertalu i Essen (autorski festiwal Piny), artystka zaprasza swoich przyjaciół - tancerzy, muzyków, performerów, aktorów - razem około 70 wykonawców: od Nowego Delhi, Hongkongu, przez Nowy Jork, po Tel Awiw i Johannesburg. Bo Pina to kosmos. Godzi różne światy. Kilkudziesięciu wykonawców, a wśród nich są m.in.: Sylvie Guillem, Ana Laguna, Michaił Barysznikow, Russell Maliphant, Eva Yerbabuena, Sasha Waltz, Anna Teresa de Keersmaeker, Sidi Larbi Cherkaoui, Savion Glover, Bruno Beltrao & Grupo de Rua, Shantala Shivalingappa, I Made Putra Wijaya, Sen Hea Ha -?mistrzowie gatunku, ale też odważni eksperymentatorzy przybywają co parę lat do Wuppertalu jak do Mekki. Od klasyki, przez flamenco, taniec współczesny, po step, hip-hop, breakdance, taniec etniczny. Czują się wyróżnieni przez Pinę i jako artyści, i jako ludzie, zaliczając się do grona jej przyjaciół. Te spotkania odbywają się pod znakiem tolerancji, wzajemnej akceptacji, szacunku, otwartości, pokory, szczerości. I to się czuje w festiwalowym powietrzu.

Pina jest powściągliwa, raczej milcząca. Rzadko się uśmiecha. Unika dziennikarzy, wywiadów, nie interesuje się tym, co o niej piszą krytycy. Jej sztuka spełnia się w kontakcie z widzami, którzy przyjmują ją entuzjastycznie na całym świecie. Wydaje się samotna. Ma syna Rolfa Salomona z Ronaldem Kayem, profesorem literatury University of Chile. Przez blisko dziesięć lat scenografem, współtwórcą wielu przedstawień, a także jej życiowym partnerem był Rolf Borzik. Mimo że od jego przedwczesnej śmierci w 1980 roku upłynęło już prawie 30 lat, jego poetyckie krajobrazy wciąż możemy podziwiać w sztukach, które pozostają w repertuarze. Wtedy, na początku lat 70., razem z Piną nadali ton Teatrowi Tańca w Wuppertalu.
Aleksandra Rembowska
Gazeta Wyborcza
29 czerwca 2009

Książka tygodnia

Niebieska Księga z Nebo
Wydawnictwo Pauza w Warszawie
Manon Steffan Ros

Trailer tygodnia

Napój miłosny
Jitka Stokalska
Opera na Zamku w Szczecinie zaprasza ...