"Chłopi" w TVP1, czyli "Rolnik szuka żony"

"Chłopi" - reż. Wojciech Kościelniak - Teatr Muzyczny w Gdyni

Spektakularne wydarzenie w dziejach trójmiejskiego teatru. Bez wątpienia emisja telewizyjnej rejestracji legendarnego już musicalu Wojciecha Kościelniaka i Piotra Dziubka oraz Rafała Dziwisza przejdzie do historii trójmiejskiego teatru. To coś zdecydowanie więcej, niż poprzednie pokazy „Lalki" oraz spektakli Teatru Wybrzeże („Zmierzch bogów", „Ciała obce") i Teatru Miejskiego („Idąc rakiem") w TVP Kultura, choć adaptacja powieści Bolesława Prusa oraz spektakle Grzegorza Wiśniewskiego i Kuby Kowalskiego prezentowały niewątpliwie wysoki poziom artystyczny.

Prezentacje w TVP Kultura były finansowane przez samorządy, a oglądalność tego niszowego kanału jest symboliczna, choć ostatnio coś drgnęło (rekordowe 133 tys. widzów „Naszej klasy" i, drugie na rekordowej liście, „Dziady" Rychcika - 37 tys. widzów). „Chłopów" wybrała TVP1, zapłaciła Teatrowi Muzycznemu i wyemitowała w niezłym czasie antenowym (pierwszy weekend roku).

Telewizyjni „Chłopi" to bezprecedensowe wydarzenie pod względem marketingowym i prestiżowym. Teatr Muzyczny i jego aktorzy dotarli do setek tysięcy, a może nawet milionów nowych widzów. Tak wielka widownia może procentować sukcesami indywidualnymi dla wykonawców, ale czy będzie? Tak jak nie ma cienia wątpliwości w ocenie telewizyjnych „Chłopów" jako medialnego sukcesu, tak pod względem artystycznym ocena nie jest już tak entuzjastyczna.

Tak jak każde przeniesienie spektaklu teatralnego na ekran telewizyjny jest ograniczeniem i zubożeniem, tak przedstawienia monumentalne i różnorodne, a takim bez wątpienia są gdyńscy „Chłopi", mogą ucierpieć najbardziej. Szczególnie, gdy nie ma ekwiwalentnego pomysłu, a Tomasz Motyl, reżyser telewizyjny i współmontażysta oraz główny montażysta Krzysztof Stawecki takiego pomysłu nie mieli. Materiał nakręcony podczas dwóch przedstawień z publicznością został tak poukładany, że zniknął niezwykły, endemiczny wręcz walor (nikogo prawie na to nie stać), czyli tłumne zbiorówki. Każdy, kto oglądał musical Kościelniaka/Dziubka/Dziwisza, pamięta potężne sceny zbiorowe, które są ozdobą inscenizacji. Realizatorom zabrakło konceptu, by przełożyć na język telewizji sceny wesela, jarmarku czy inne, by uzyskać ekwiwalent tego, co widzowie przeżywają w teatrze. Nie takie ujęcia, nie takie plany, nie ten timing. Dotyczy to zresztą wielu innych scen, w których nie czułem magii, dlatego, że kombinacja planów i długość trwania ujęć bardziej przypominały teledysk, niż epopeję. Rozumiem wymogi kamer, ale "doświecenie" spektaklu zdjęło z niego pewną warstwę tajemnicy i klimatu. Reżyseria widowiska telewizyjnego powinna zawierać coś więcej niż tylko kilkukrotne obejrzenie spektaklu, dwukrotne nagranie i zmontowanie.

Realizacja telewizyjna była dla wielu aktorów Muzycznego trudnym sprawdzianem. Na co dzień grający w ogromnej przestrzeni zostali skurczeni do okienka ekranu. Zniknął prawie ruch sceniczny i głębia przestrzeni, na plan pierwszy wysunęły się mimika i gestykulacja, znaczenie miał każdy detal, gest, słowo. Teatr w telewizji znamy dobrze, bo polska telewizja ma na tym polu światowe zasługi. Warto w tym miejscu przypomnieć, że jednym z najwybitniejszych reżyserów telewizyjnych, w tym Teatru Telewizji, był Jerzy Gruza. Nie rozwodząc się zbyt długo, skwituję ten fragment stwierdzeniem, że zabrakło reżysera telewizyjnego, który dopracowałby albo przełożył język, jakim operują aktorzy teatru muzycznego na język teatru telewizji czy telewizji.

Telewizyjna wersja „Chłopów" była trudnym testem dla nieprzywykłych i nieprzygotowanych do grania do kamery aktorów. Daleki jestem od ostatecznych sądów na temat ich umiejętności aktorskich, ale bez wątpienia w tym konkretnym przypadku część z nich ukazała słabości i ubogość środków wyrazu. Rozczarowała świetna wokalnie, ale monotonna aktorsko Karolina Trębacz. Za to bez wątpienia nie tylko potwierdzili, ale wzmocnili wrażenie ze sceny Zbigniew Sikora i Maja Gadzińska. Zyskał także Bernard Szyc, który tą rolą powinien być zaliczany już do czołówki polskich aktorów nie tylko gatunku. Jednak największą zwyciężczynią jest Magdalena Smuk – sugestywna, przejmująca, skoncentrowana. Jej Jagustynka staje się jedną z najważniejszych postaci całej opowieści, jej kwestie wybrzmiewają wyraziście, mogą być odbierane jako komentarz, a nawet porte parole autora i reżysera. Wielka rola. Trzymam kciuki za aktorów i mam nadzieję, że któryś z nich zostanie zauważony przez producentów i reżyserów spoza Trójmiasta.

W oczekiwaniu na obiecane dvd zachęcam do oglądania zapisu jako uzupełnienie wizyty w teatrze. Mając w pamięci obraz całości z przyjemnością można dopełniać momenty, w których widoczność była ograniczona; zobaczymy aktorów drugiego planu i epizodycznych oraz przeróżne szczegóły, które z oczywistych względów umykają na żywo. Nie odstępując od zastrzeżeń, nie mam wątpliwości, że nawet niedoskonała relacja telewizyjna potwierdza oczywistą oczywistość, że „Chłopi" Teatru Muzycznego w Gdyni im. Danuty Baduszkowej są co najmniej gatunkowym arcydziełem.

Niestety, polska telewizja publiczna po raz kolejny dostarczyła argumentów zwolennikom jej rozwiązania. Napisy pod koniec pierwszej części zapowiadające następne programy w TVP1 to skandal. Śmierci Kuby towarzyszy zapowiedź programu „Rolnik szuka żony". Połączenie samo w sobie godne Monty Pythona, ale w tym przypadku to nie misterny skecz, ale przykład bezbrzeżnej głupoty i totalnego niechlujstwa.
Chłopi, TVP 1, 3-4 stycznia 2015

Piot Wyszomirski
Gazeta Świętojańska
7 stycznia 2015

Książka tygodnia

Paragon
Wydawnictwo Mamiko
Justyna Nawrocka

Trailer tygodnia