Chłopomania

"W imię Jakuba S" - reż. Monika Strzępka - Teatr Dramatyczny w Warszawie

Bohaterowie sztuki nie zrobili nic, lecz Strzępka i Demirski z każdym spektaklem walczą i demaskują narodowe mity.

[Demirski], ty jesteś z dużego miasta, ale Strzępka ze wsi (...) Skąd się wziął w tobie, Strzępka, ten teatr? Może mamusia ci Wyspiańskiego do poduszki czytała? (...) - Wiecie co mówicie w ten sposób? Że powinnam siedzieć na wsi, na słomowicy, bo ludzie ze wsi są do tego, żeby na niej siedzieć. Wiem, jak wy chcecie zadać to pytanie: jak tobie, z tej wsi, gdzie przecież nie ma kultury, dostępu do niczego, tak się udało. [wywiad z Moniką Strzępką i Pawłem Demirskim przeprowadzony przez Magdalenę Grzebałkowską i Dorotę Karaś. Gazeta Wyborcza nr 51/2011, Duży Format nr 8/2011]

Skąd pomysł, by "chłopka" (jak sama siebie ironicznie określa Strzępka) robiła teatr, a Demirski, co prawda mieszczanin, bo z blokowiska w Gdańsku, pisał sztuki? I to nie o miłości czy ojczyźnie, a ostro i krytycznie, z masą tzw. "przecinków" na k.? Deliberacje te, są już w tym momencie bezzasadne, bo Strzępka i Demirski są w mainstreamie, zdobywają kolejne nagrody (ostatnia za "Tęczową Trybunę 2012" jako najlepsze przedstawienie na Boskiej Komedii) i nikt poważny nie zadaje sobie takich pytań. Ale jak się w nim znaleźli i czy rzeczywiście są uprawnieni do bycia w nim, razem ze swoim chamskim, niekiedy zachowaniem? Dostać nagrodę i jej nie przyjąć [Demirski w 2006 roku za "Wałęsę. Historię wesołą, a ogromnie przez to smutną" w proteście przeciwko usunięciu Macieja Nowaka ze stanowiska dyrektora teatru Wybrzeże]? Albo dostać kolejną i odebrać ją w bluzie od dresu [Strzępka na Paszportach Polityki 2010]? Wypowiadać się w iście niepatriotyczny sposób o tym, że lepiej jest mieszkać w Berlinie niż w Warszawie, bo mieszkania tam są tańsze, a dojazd do Wrocławia jest lepszy? Mainstream to nietypowy, bo ugruntowany na prowincji, a nie w stolicy. Czy taki teatr przystoi scenom warszawskim i zostałby tam zaakceptowany? Do tej pory, nikt nie musiał się nad tym zastanawiać, bo ani twórcom nie było śpieszno do Warszawy, ani żaden stołeczny teatr się o nich nie zabijał. Nie mniej jednak to się już stało, Strzępka i Demirski zrobili spektakl w Warszawie. Przywołam w tym miejscu fragment wywiadu "Wałbrzyscy celebryci" z magazynu WAW: Mike Urbaniak: Co po Chorzowie? ["Położnice szpitala św. Zofii"] Strzępka: "Polskie pomniki" - hasło wywoławcze Bartka Szydłowskiego, szefa Łaźni Nowej. To będzie koprodukcja festiwalu Boska Komedia i jakiegoś teatru, jeszcze nie wiemy jakiego. Premiera w grudniu na Boskiej. Mike Urbaniak: Czuję, że będzie ostro". Było ostro. Autobiograficznie i anty-warszawsko. Czy Strzępka rzeczywiście nie wiedziała w momencie udzielania wywiadu w jakim teatrze przyjdzie jej pracować? Czy może była to tylko gra, polegająca na zdeprecjonowaniu warszawskiego teatru? A może anty-warszawski, a raczej anty-warszawkowy wydźwięk spektaklu zrodził się w głowach twórców już podczas pracy?

"Jakub S." powstał w koprodukcji z Teatrem Dramatycznym w Warszawie. Na kanwie, obrośniętych już legendą (wspominanych wyżej) wydarzeń, ze swego i Strzępki życia, Demirski buduje swój kolejny tekst, w którym pyta o korzenie polskiej klasy średniej. Czyż nie pradziadami większość z nas byli chłopi pańszczyźniani? Oczywiście, mamy aspiracje i ambicje do posiadania szlacheckich przodków, ale kogo tu oszukujemy? Już sama nazwa sztuki stawia tytułowego bohatera, Jakuba Szelę w perspektywie everymana, każdego. Oczywiście nie każdy chłop miał odwagę podnieść widły i wbić je w plecy swemu panu, ale przyjmując, że większość z nas ma chłopskie korzenie, mógł on być przodkiem każdego z nas.

Scenografię spektaklu (Michał Korchowiec) stanowi mniej lub bardziej pomieszany obraz wiejskiego podwórka z wielkomiejskim biurowcem. Cała przestrzeń sceny pokryta jest śniegiem przemieszanym z banknotami 20 euro. Po prawej stronie stara kuchenka zastawiona garnkami (to na Wigilię), w środku ledwo trzymający się pionu wychodek (w nim bohaterowie podobno biorą kąpiel w wannie, być może jest tam też jacuzzi), lodówka pełna wódki (i mleka sojowego, do café latte), kanapa, stół, a po lewej stronie górka usypana z krzeseł biurowych. Ta "instalacja" to albo po prostu typowe dla wiejskich podwórek usypisko gratów albo może sugestia, że kapitalizm sięgnął bruku, tak jak w podobnym usypisku, tym razem bocianów - symboli Polski, we wrocławskim "Trans-Atlantyku" Jarosława Tumidajskiego. Jakub Szela(Krzysztof Dracz), z widłami w ręce pojawia się na dachu wychodka, by oznajmić, że mają teraz jeden dzień, by coś zmienić, podobnie jak on niegdyś dostał taką szansę. Wszyscy jednak, sugerując się trzymanym przez niego rekwizytem mają go za diabła.

Bohaterowie tekstu Demirskiego nie znają swojej historii, podobnie jak szlachta w "Weselu" Wyspiańskiego udaje, że o rabacji galicyjskiej zapomniała. W kolejnych scenach postaci stanowiące alter ego Strzępki (Klara Bielawka ubrana w dresową bluzę) i Demirskiego (Paweł Tomaszewski) przychodzą do banku, by wziąć kredyt hipoteczny. Obsługuje ich dziedziczka z widłami wbitymi w plecy (Alona Szostak). Twórcy stwierdzają, że zaciągnięcie kredytu, to takie samo ubezwłasnowolnienie jak bycie chłopem pańszczyźnianym. Alter ego Strzępki kilkukrotnie (bo przecież kredytu nie dostaje się od razu, tym bardziej gdy krążą plotki o posiadaniu nieruchomości w Berlinie) krzyczy: "nie róbmy tego!" Pozrywali już nawet wszystkie kontakty z ludźmi, którzy mają mieszkania, żeby ich tam nie odwiedzać i żeby im nie zazdrościć, choć przecież gardzą ich nowoczesnymi meblościankami z IKEI. Jednak to zrobili i Wigilię 2012 spędzają we własnym mieszkaniu, ale bez ogrzewania, bo już ich na nie nie stać. Goszczą nieproszonego ojca-alkoholika (postać ta sama co Jakub Szela), bo a jakże, alkoholizm to także polska tradycja. Nieproszony zjawia się też niedawno zwolniony dyrektor marketingu (Dobromir Dymecki), któremu brak talerza dla zbłąkanego wędrowca nie przeszkadza, bo ma ze sobą własny. Gdy prosi o jałmużnę i nie otrzymawszy jej, kradnie pieniądze z portfela (żeby nie było wątpliwości, przy oklaskach oddaje) krzycząc, że "współczesny performans nie zna granic!" Jeden dzień chyli się ku zmierzchu, a nadal nic nie zostało zrobione. Owszem, bohaterowie wyjechali do Egiptu na wakacje (sugerując się wypowiedzią Jarosława Kaczyńskiego, który niegdyś, nomen omen, wcale nie w duchu lokalnego patriotyzmu, stwierdził, że "Plaże Egiptu, Tunezji są dzisiaj zaludnione przez Niemców, Francuzów, Anglików, po części też Rosjan i Czechów. Polaków tam niezbyt wielu. W 2020 roku muszą być tam miliony Polaków!"), planują popełnić zbiorowe samobójstwo lub po prostu czekać na śmierć, ale gdzie podział się nasz duch rewolucyjny? Ledwo 20 lat minęło, a my już zapomnieliśmy jak się walczy z wrogiem i tak łatwo poddajemy się ciemiężcy, by mieć zapewnione (czy zapewnione to w tym niepewnym kontekście aby właściwe słowo?) jako takie godne życie? Jakub Szela odchodzi rozczarowany. Czy po to krwawo wyzwalał się spod pańszczyźnianych karbów, by jego potomkowie popadli w marazm?

Bohaterowie sztuki nie zrobili nic, lecz Strzępka i Demirski z każdym spektaklem walczą i demaskują narodowe mity. Po parafrazach w twórczości Demirskiego nadszedł czas na autobiograficzne wątki, po "Położnicach", których kanwą były narodziny ich syna w najlepszym (wg rankingu programu Rodzić po ludzku, a z rankingami bywa różnie) szpitalu w Polsce, "Jakubie S.", Strzępka i Demirski zamierzają wziąć ślub i wszystko, niczym Wyspiański, obecny na weselu Lucjana Rydla (nomen omen poety żeniącego się z chłopką) zanotować i jako własne "Wesele" wystawić. Nie pozostaje nic innego jak tylko czekać na kolejną udaną premierę.

Joanna Witkowska
coolturka.com.pl
17 stycznia 2012

Książka tygodnia

Ale musicale! Złote stulecie 1918-2018
Wydawnictwo Marginesy
Daniel Wyszogrodzki

Trailer tygodnia