Chłopowiązałka

"W imię Jakuba S." - reż: Monika Strzępka - Teatr Dramatyczny w Warszawie

Przeszukana torebka oraz zarekwirowane kilkanaście złotych w bilonie. Ale mogło być znacznie gorzej. W końcu dzierżąca kij dziewczyna z prowincji groziła, że da komuś po twarzy. Na szczęście skończyło się na niewinnej (bo chwilowej) konfiskacie mienia przez kolegę. I to przy gromkim aplauzie gapiów. A raczej publiczności teatralnej. Tego typu scenka to w przypadku produkcji duetu Paweł Demirski - Monika Strzępka już norma. Jeśli chodzi o spektakl "W imię Jakuba S " - raczej zbędna. Albowiem sama treść sztuki skutecznie potrząsa sumieniem sytego mieszczucha

Spektakl, przygotowany z zespołem stołecznego Teatru Dramatycznego, jest kolejną odsłoną misji destabilizacyjnej bojowego duetu. Demirski (tekst) i Strzępka (reżyseria) próbują rozbujać sceniczną formę na tyle, aby pomnikowe postaci pospadały z cokołów, zaś jednostkowe postawy ujawniły wszelkie wewnętrzne frustracje. Teatr duetu to również słowotok bieżącego kontekstu, dotyczący bieżącej polityki i społecznych kontrastów. Czyli doraźność kosztem ponadczasowości. Ponadto skłonność do kabaretowych grepsów i happeningowej hucpy.

"W imię Jakuba S. " w porównaniu z poprzednim dziełem duetu - "Tęczową trybuną", nie idzie aż tak daleko w groteskowej rozwałce współczesnej Polski. Tamta sztuka pluła jadem w stronę elit, w perypetiach gejowskich kibiców kondensując hipokryzję otaczającej rzeczywistości. "W imię Jakuba S." jest dziełem bardziej wyważonym i zarazem mniej zaczytanym w codziennej prasie. Demirski sięgnął tym razem po innego typu lektury. Drobny epizod polskiej historii został sprzęgnięty z klasyką światowego dramatu. Jakub Szela dokonujący rzezi w imię ludowego buntu spotkał Willy'ego Lomana; tragicznego bohatera "Śmierci komiwojażera".

Demirski i podążająca za jego tekstem Strzępka, wydają się mocno przywiązani do marksistowskiej obsesji podziałów klasowych. "W imię Jakuba S. " jest zatem głównie opowieścią o barierach między zantagonizowanymi warstwami społeczeństwa. O gdzieś kołaczących w podświadomości: kompleksie niższości chłopstwa i wyższości szlachty, goryczy pierwszych i pysze drugich, wstydzie i idealizacji. Ale to podział o dużym stopniu umowności, czego mają świadomość sami twórcy sztuki. Dzisiejsze mieszczaństwo jest przecież stopem i plebejskości i arystokratyzmu. Role nierzadko się odwracają; studenci ze wsi są egzaltowanymi intelektualistami, podczas gdy przedstawicielom inteligenckich miejskich rodzin z butów wystaje słoma. Snobizm i chamstwo są tu dwiema stronami jednego medalu.

Przy tak zatartej granicy, sens poczynań tytułowej postaci nie jest do końca jasny. Kim był Jakub Szela? U progu ubiegłego stulecia symbolizował ograniczony plebs, wmanewrowany przez zaborców w oddolną rewoltę. Jeszcze Żeromski wolał postrzegać Szelę jako złowrogą marionetkę. Inspirowana przez ludowego trybuna rzeź miała być zdradzieckim wbiciem noża w plecy polskiemu ziemiaństwu. Tylko, czy za owym rozlewem krwi nie stała przypadkiem realna krzywda? W tym kierunku poszedł Bruno Jasieński, pisząc natchniony i jątrzący poemat "Słowo o Jakubie Szeli". Jeśli Demirskiego i Strzępkę gdzieś sytuować, to właśnie po stronie skandalizującego futurysty.

Zgodnie czy nie z prawdą historyczną, sceniczny Szela dostaje 48 godzin na zrobienie porządku. Spektakl nie staje się bynajmniej prostą egzemplifikacją zemsty ludu. Demirski i Strzępka traktują Szelę bardziej jako zjawę, symbol, personifikację głęboko zakorzenionych pretensji. Taką też rolę spełnia XIX-wieczny trybun w rzeczywistości współczesnej Polski, próbując mobilizować swoich potomków do działania. Nadaremnie, choć paralele między pańszczyźnianym uciskiem a obecnym wyścigiem szczurów zdają się oczywiste. Nieprzypadkowo lejtmotywem spektaklu jest rozmowa między młodą parą a bankierem na temat kredytu mieszkaniowego. Chłop równa się petentowi, ziemiaństwo - zarządom banków, a pańszczyzna - rynkowi kapitałowemu.

O krwawym rewersie działań Szeli przypominają u Demirskiego i Strzępki krótkie sceny galicyjskiej rzezi. Bliżej im aczkolwiek do makabreski niż prawdziwego horroru. Głównie z powodu absurdalnie zarysowanych relacji między szlachtą a chłopstwem. Oto ziemianie planują powstanie na zasadzie salonowego porywu narodowej dumy. Tyle, że za całym planem nie stoi prawdziwie bojowy duch; młodemu paniczowi lepiej wychodzi malowanie obrazów niż trzymanie broni. Realną siłę reprezentuje tu chłopstwo. Chłopstwo zepchnięte przez panów daleko na margines. Skoro zaś przepaść się powiększa, natychmiast ginie poczucie narodowej wspólnoty, zastępowane czystym rewanżyzmem.

Ukazanie Szeli w kategoriach poniżanej służby miało sens u Jasieńskiego, ale Demirski i Strzępka wspominają rabację już z perspektywy trzeciego tysiąclecia. Ich Polska jest zatem krajem, gdzie wszystko już nastąpiło, łącznie z klasową rewolucją oraz systemowym przeciążeniem. Do kogo przemawia dzisiaj w pijackim widzie prowincjonalny watażka? Na pewno nie do uciekinierów ze wsi i małych miasteczek. U nich nastąpił syndrom głębokiego wyparcia chłopskiego pochodzenia. Znam ja was - może tylko parsknąć Szela w stronę publiki, atakując mieszczańskie samozadowolenie swoich potomków.

Demirski przeciwwagą rabacyjnej tematyki uczynił wspomnianą "Śmierć komiwojażera". Sztuka Millera uchodziła przez lata za oskarżenie kapitalizmu. I to mimo iż autor za bardziej groźny uważał ustrój socjalistyczny. "W imię Jakuba S. " podchwytuje ostrą wymowę utworu. Obok Szeli po scenie przemyka zatem Loman. Domokrążca, zwolniony po 30 latach ofiarnej pracy i konstatujący z przerażeniem, iż jego dorosły syn jest nikim. Loman to przeciwieństwo ludowego trybuna, przewrotnie go kontrujące. Tam, gdzie Szela zaczyna bełkotać, tam Willy przejmuje inicjatywę. Obaj są niczym dr Jekyll i mr Hyde. I jeden i drugi marzył zresztą o wielkiej zmianie, nie potrafiąc jej należycie wyegzekwować; ani pracą u podstaw, ani rozlewem krwi. Trudno dziwić się, iż obaj mają teraz zerowy posłuch u "młodzieży".

Wraz z rozwojem scenicznych wydarzeń, twórców spektaklu coraz mniej interesuje problematyka ludzkich postaw, a coraz bardziej - polemiczna aktualizacja treści. Akcja nagle przenosi się do przyszłości, w plener egipskiego kurortu, gdzie, rzekomo po raz ostatni, przybywają turyści z Polski. Następuje manieryczna, zbiorowa próba samobójcza. Ów dekadencki urlop w Egipcie zdaje się kontynuacją wieszczeń z "Tęczowej trybuny". Krach już nastąpił i nie ma gdzie uciec. Plaża dosłownie łamie nogi, a pity litrami burbon zamiast znieczulać, przyprawia o konwulsje.

Konwulsyjne jest zresztą i całe "W imię Jakuba S. ". Zagrane na granicy pastiszu, sennego koszmaru i wywrzeszczanej publicystyki. Z racji na piosenkowe akcenty (znakomicie zaadaptowane "Ederlezi" Bregovicia) oraz ciągłe przekraczanie czwartej ściany, znowu kłania się kabaret. Kabaret osiągający format swobodnej wiązanki nie zawsze dopasowanych scen. Powagę przekazu ratuje aczkolwiek czujne ucho Demirskiego. Dialogi są jędrne, błyskotliwe i mimo wulgaryzmów trafiające w sedno. Zwłaszcza, że Demirski nie szczędzi złośliwości (lewaccy artyści najlepszymi klientami banków?). Strzępka jako reżyser nadaje siarczystym przemowom odpowiednią oprawę, inscenizując umowną przestrzeń pobojowiska w zimowej zamieci. Na tym upiornym tle błyszczą aktorskie kreacje ekipy Teatru Dramatycznego. Przede wszystkim Krzysztof Dracz i Sławomir Grzymkowski, gwarantujący prawdziwe emocje na linii Szela - Loman.

Podobno zasygnalizowane w sztuce podziały, odzwierciedlają różnicę doświadczeń jej twórców. Demirski pochodzi z Gdańska, Strzępka - z podtarnowskiej wsi. Jeśli miało to wpływ na kształt spektaklu, radykalny duet wyszedł zwycięsko ze starcia genetycznych obciążeń. "W imię Jakuba S." nie jest bowiem ani pochwałą szlacheckiej dumy, ani też apologią chłopskiego rozumu. To raczej wbicie szpili w nadmuchany balon stereotypów na temat polskiej wsi. I przy okazji - udana prowokacja z propozycją nowego narodowego święta. Święta zniesienia pańszczyzny. Sądząc po sztuce duetu, chyba jest co świętować. Np. kije w rękach dziewcząt z prowincji...

Spektakl "W imię Jakuba S. " jest wspólną produkcją stołecznego Teatru Dramatycznego i krakowskiej Łaźni Nowej. Jego premiera nastąpiła podczas festiwalu Boska Komedia. Najbliższe pokazy: Teatr Dramatyczny - 2, 3, 4 i 5 lutego, Łaźnia Nowa - 15, 16, 17 i 18 marca

Łukasz Badula
Kulturaonline
8 lutego 2012

Książka tygodnia

Ale musicale! Złote stulecie 1918-2018
Wydawnictwo Marginesy
Daniel Wyszogrodzki

Trailer tygodnia