Chór bywa nieomylny

"Chór kobiet" - reż. Marta Górnicka - Instytut Teatralny im. Zbigniewa Raszewskiego

Marta Górnicka - reżyserka tego przedsięwzięcia - wpadła na pomysł prosty, ale w efekcie porażający: zaprosiła do pracy około dwudziestu kobiet niemających scenicznej wprawy ani też wielkich doświadczeń w chórowaniu

Tytuł zawiera nieścisłość logiczną nie do obrony, wiem. Bo albo się jest nieomylnym, albo się nie jest. Jeśli się tylko bywa, to do nieomylności jeszcze daleko. Ale jak ująć fakt, że niektóre chóry są nieomylne, by nie popadać w nadmierną zawiłość? Nie wiem i nie tym teraz chcę się zająć, lecz dwoma chórami kobiet, które ostatnio widziałem, a może raczej spotkałem w teatrze w Warszawie. Pierwszy przyjechał z Berlina, drugi jest nasz, tutejszy, warszawski. O pierwszym nie przeczytałem nic poza zapowiedziami, bo wiem przecież, że czytelnika polskiego nie interesują spektakle, których nie może zobaczyć, a występy gościnne zawsze znikają jak sny złote, dlatego nie prześladują ich recenzje. O drugim też niewiele, a oba mocne i choć oba kobiece, to każdy inny.

Pierwszy - niemiecki - to kolejny przewrotny żart René Pollescha. Zatytułował swój spektakl "Chór myli się potwornie" i rozmnażając kochanka pewnej bogato postawionej damy na kilkunastoosobowy chór żeński, przeprowadził lekką i błyskotliwą zmasowaną krytykę dwóch rzeczy, które dla niego zawsze funkcjonują nierozdzielnie, a więc teatru reprezentacji i kapitalistycznego porządku. Bo wiadomo, że teatr reprezentacji jest właśnie wykwitem kapitalistycznego zamiłowania do konsumpcji i utrwalania konserwatywnych przesądów, zwłaszcza tych dotyczących seksualności. W pewnym sensie to bardzo ścisły, acz nieformalny triumwirat, który wzajemnie się popiera, choć tak naprawdę nie wiadomo, która kura była pierwsza. Sprytne posunięcie Pollescha polega na tym, że zachowuje on pozory teatru reprezentacji w celach czysto subwersywnych. Wie, że trudno jest namieszać w twardych głowach, naruszając od dawna zaakceptowane teatralne konwencje, bo wtedy szybko ląduje się w szufladkach z napisem "eksperyment i można kontaktować się tylko z tymi, z którymi i tak teatr artystyczny na co dzień się kontaktuje, czyli z obywatelami o podwyższonym poziomie neurastenii. Jeżeli zaś chce się namieszać w głowach zamkniętych i nieprzekonanych, należy mówić językiem wroga, ale sączyć treści wywrotowe. I to na dodatek w tonie lekkim i żartobliwym, tak by przypadkiem nie urazić, bo urażonym zapala się czerwona lampka w galarecie mózgowej i dalsze przyswajanie staje się niemożliwe. A więc rozmnożyć kochanka na wieloosobowy chór kobiecy, ubrać każdą z chórzystek w suknię tego samego fasonu (osiemnasty wiek?), ale z innej wzorzystej afrykańskiej tkaniny i rozprawiać do woli i bez ograniczeń o uwięzieniu na wyspie seksualności i o konieczności porzucenia starych przyzwyczajeń erotycznych. Nie wiem, czy to zadziała, zwłaszcza w Pl, gdzie na dwóch spektaklach zjawiła się, jak zawsze, garstka przekonanych, ale myślę, że może. Bo jakoś przecież trzeba chwilkę się zastanowić nad niegłupim przesłaniem pozornej komedii, w której chór w dodatku myli się potwornie.

Rozstrojeni przez Pollescha (wiem, teraz już nie można zobaczyć jego spektaklu, a polskiego czytelnika nie interesuje to, czego już zobaczyć nie może) udajemy się do Instytutu Teatralnego na "Chór kobiet" [na zdjęciu], pisany wszędzie z błędami - Hur - i jarzynowymi interpunkcjami zwiększającymi głębię. Proszę się tym nie zrażać, tak samo jak tym, że nie trafiliście na Pollescha, bo rzecz jest wspaniała i działa samoistnie, a nie tylko samowtór. Dlaczego? Bo jest spontaniczna, szczera i potrzebna. Marta Górnicka - reżyserka tego przedsięwzięcia - wpadła na pomysł prosty, ale w efekcie porażający: zaprosiła do pracy około dwudziestu kobiet niemających scenicznej wprawy ani też wielkich doświadczeń w chórowaniu. Poziom niezawodowości jest różny, ale bez znaczenia. Tak samo jak stwierdzenie, że to już było. Bo było. Bo były chóry niemieckie żywcem zmałpowane przez Maję Kleczewską w Marat/Sade, czego nikt taktownie nie wypomniał, bo może nie widział oryginału? Bo były chóry niezadowolonych wykrzykujących swoje ogólne niezadowolenie. Był też chór wrzeszczących facetów. Nie szkodzi. Chór jest bowiem w pewnym sensie dobrem wspólnym, za przeproszeniem formatem, z którego można korzystać. Mniej więcej tak samo jak z arii. Ograniczenia dotyczą tylko silenia się na oryginalność i jednoczesnej zrzynki, z czym u kobiet nie mamy do czynienia. Co ten hur mówi? Że kobiety są mądre, piękne, silne i bardzo różne. To jest w tym hurze najbardziej niesamowite, że rozsadza się od środka. Że bardzo szybko przestaje być chórem co do zasady, czyli ciałem skupionym na unifikacji ekspresji. Każda z hurzystek nabiera własnej tożsamości, każda zaczyna kraść spojrzenie widza. Mimo unisono robi się polifonicznie i patrzymy na to z wielką wiarą, że oto w tym hurze każda z jego uczestniczek odzyskała swój własny głos. W tym hurze, dzięki temu hurowi. Dlatego kiedy pod koniec swego mocarnego śpiewu położą się na podłodze i rozpoczną skromne, jednosłowne solówki, widzimy jasno, że hur jest i zarazem go nie ma. Że tak naprawdę jest tylko zbiór indywidualności połączonych w jakiejś sprawie. Takie chóry są nadzwyczajne. Pozostałym dziękujemy.

Piotr Gruszczyński
Dialog
22 grudnia 2010

Książka tygodnia

Wpadnij, to pogadamy...
Wydawnictwo Universitas
Krzysztof Orzechowski, Łukasz Maciejewski

Trailer tygodnia

Roxana Songs
Krystian Lada
Lada wybrał na miejsce nagrania „Roxa...