Chyba po prostu rozumiem mój zespół

Rozmowa z Aleksandrą Gajewską

Nigdy nie da się wszystkich zadowolić, próba zarządzania teatrem tak, aby wszystkich zadowolić to jest z góry skazana na porażkę, nie można w ten sposób podchodzić do tego zadania. Przede wszystkim trzeba zespół kochać, trzeba kochać ten teatr, trzeba ludzi szanować, trzeba widzieć w nich potencjał i wspierać każdy talent. Na każdym kroku wspierać. Znam ten zespół od blisko 30 lat i myślę, że go chyba po prostu rozumiem.

Z Aleksandrą Gajewską – dyrektorką Teatru Rozrywki w Chorzowie – rozmawia Ryszard Klimczak z Dziennika Teatralnego.

Ryszard Klimczak: W jakiej kondycji artystycznej, a właściwie psychoartystycznej, wszedł Teatr Rozrywki w czas wrześniowy?

Aleksandra Gajewska - Wrześniowy?

Tak, początek w sezonu.

- Początek tego sezonu - to był wielki optymizm, tuż po wakacjach. Wreszcie udało nam się po wielu miesiącach pracy, przerywanej kilkakrotnie przez sytuację pandemiczną, doprowadzić do premiery spektaklu „Zakonnica w przebraniu" i to była wielka radość i szczęście. Szczerze mówiąc to w ogóle nie dopuszczaliśmy do siebie myśli, że ten lockdown się może powtórzyć. Nie myśleliśmy o tym. Dużo gorzej znieśliśmy więc ten drugi lockdown. Gorzej, niż ten pierwszy od marca do czerwca czy późniejszą przerwę urlopową. To jest tak, że oczywiście cały czas przecież pracowaliśmy, robiliśmy różne rzeczy online-koncerty, recitale, nagrywaliśmy materiały z przeznaczeniem do sieci... Tyle, że sensem życia i pracy artysty, jest kontakt z widzem - z żywym widzem - i jeśli tego nie ma to bardzo źle to znosimy. Ogromnie tęsknimy za widownią, potrzebujemy tej energii, poczucia że tam jest żywy, reagujący człowiek. Tego nam brakowało bardzo i powrót we wrześniu rzeczywiście spowodował ogromną radość i bardzo się cieszyliśmy, że mogliśmy te premiery widzom pokazać, nawet tej ograniczonej ilości widzów.

Jakie to były premiery?

- Przede wszystkim „Zakonnica w przebraniu", spektakl nad którym pracowaliśmy jeszcze przed lockdownem a na dwa tygodnie przed premierą musieliśmy tę pracę zawiesić. 10 września premiera „Zakonnicy w przebraniu" wreszcie doszła do skutku.
"Janowska. Synowie Aliny" to z kolei spektakl, który pojawił się u nas w październiku. Powstał w koprodukcji z Fundacją Poemat - fundacją Michała Zabłockiego, syna Aliny Janowskiej, znanego poety i tekściarza, który napisał piękny cykl wierszy o swojej mamie a dzięki współpracy z kompozytorami i wokalistami przeniósł ten materiał na scenę. Premiera spektaklu miała miejsce na naszej scenie 7 października. Zarejestrowaliśmy również to przedstawienie i umieściliśmy w sieci. Ten spektakl będzie się pojawiał w naszym repertuarze. Rzadko, z uwagi na obsadę, bo występują w nim i Maciej Balcar, i Janusz Radek i Czesław Mozil. Pojawia się też Sławek Uniatowski, Łukasz Golec, Grzegorz Turnau... Wielu wspaniałych polskich wokalistów i kompozytorów, ale też w związku z tym ten spektakl będzie się pojawiał rzadko, bo to jednak duży kłopot spotkać ich na jednej scenie w jednym terminie.

Czy jest też nagrany?

- Jest zarejestrowany i dostępny w sieci, można go wciąż obejrzeć. Bardzo wzruszający, piękny i myślę, że w bardzo nieoczywisty sposób opowiadający o wielkiej aktorce, Alinie Janowskiej z perspektywy jej syna.
Udało nam się również w listopadzie, tradycyjnie, przygotować i zaprezentować naszym widzom na żywo koncert zaduszkowy: „Czy ich jeszcze pamiętasz?", taki nosił w tym roku tytuł. Ten koncert też, przewidując, że to może być potrzebne, zarejestrowaliśmy i umieściliśmy w sieci, gdzie także wciąż można go oglądać. No i to była to ostatnia pozycja, którą byliśmy w stanie zagrać przed kolejnym zamknięciem teatrów. Zamknięciem na długie 97 dni. Policzyliśmy je dokładnie. Natomiast nie przerwaliśmy ani na chwilę pracy, przygotowywaliśmy koncert sylwestrowy, czyli naszą galę 25-lecia, choć finalnie pracę nad tym koncertem niestety musieliśmy zawiesić.

Czyli on nie został skończony?

- Nie. Został przeniesiony na przyszły rok i za rok będziemy świętować 25 lat naszych sylwestrów w Teatrze Rozrywki a to dlatego, że przygotowanie takiego koncertu to praca w bardzo dużych grupach ludzi, bardzo intensywna. Z uwagi na obawy o zdrowie i bezpieczeństwo naszego zespołu podjęłam taką decyzję, że ten koncert przenosimy na za rok. Natomiast w tym roku przygotowaliśmy koncert „Hity musicali" z najpiękniejszymi, najbardziej znanymi utworami światowych dzieł musicalowych.

 Czy w tym koncercie udział brali wyłącznie wasi wykonawcy, czy goście?

- Mieliśmy taki pomysł, żeby w gali 25 lecia wzięli udział goście, natomiast w tym momencie, zawiesiliśmy pracę nad tym koncertem. Przywrócimy ją już za chwilę. Jednak przede wszystkim to nasi artyści, a jest ich po prostu bardzo wielu - są przecież choreografie, praca na sali baletowej, orkiestra, zespół wokalny...

Jak długo się taki szczególny spektakl przygotowuje?

- To są co najmniej 2 miesiące ciężkiej, intensywnej pracy. Oczywiście poza etapem przygotowawczym, kiedy opracowujemy scenariusz, projekty kostiumów, aranżacje. Dwa miesiące naprawdę bardzo intensywnej pracy nad koncertem. W związku z tym postanowiliśmy, że z niektórych utworów, do których już mamy gotowe opracowania albo które można zrobić łatwiej i prościej, lub w mniejszej obsadzie jesteśmy w stanie przygotować koncert „Hity musicali", który mieliśmy nadzieję zagrać na żywo w Sylwestra, ale tak się zdarzyło, że teatry nie zostały otwarte w noc sylwestrową, więc zarejestrowaliśmy ten koncert i umieściliśmy go na platformie, którą nabyliśmy specjalnie do tego, żeby móc naszym widzom oferować spektakle w sieci. Koncert spotkał się ze znakomitym i licznymodbiorem widowni, co nas bardzo cieszy, To dla nas też jest ważne, ale czekaliśmy na to, żeby móc jak najszybciej się z naszymi widzami spotkać i to się udało 12 lutego, kiedy zagraliśmy koncert „Hity musicali" na scenie, na żywo. Było dla nas poruszające i ważne przeżycie. Bardzo się cieszymy, że możemy teraz grać.

Wrócę teraz do tych zapisów, bo niezależnie od tego czy będą trwały obostrzenia, czy nie spektakle muszą być zarejestrowane. Produkcje streamingowe może też... Co się zmieniło w technice przy kreowaniu takich spektakli, które mają przeznaczenie do sieci?

- Myślę, że powiem teraz coś w imieniu wszystkich teatrów i instytucji kultury. Wykonaliśmy jakiś nieprawdopodobny technologiczny skok do przodu, a to dlatego, że jak wiadomo, potrzeba jest matką wynalazków i trzeba było bardzo szybko się do tego świata przystosować i szybko tego świata nauczyć. Te nasze pierwsze produkcje online'owe na Facebooku, czy w ogóle w sieci, umieszczane na youtube'ie, to były bardzo proste produkcje. Z jednej kamery, z własnych telefonów, nagrywane z domu, itd. Nagle odkryliśmy cały obszar i cały świat, który wcześniej nie do końca był w zakresie naszych zainteresowań i naszego postrzegania. Nagle zaczęliśmy się tego uczyć. Przy czym ja jednak będę zawsze podkreślać, że online i internet nigdy nie zastąpi żadnego teatru. To jest pewnego rodzaju forma zastępcza, daje nam poczucie bardzo fajnej pracy i jest dla nas wyzwaniem, ale dla nas najważniejszy jest widz, który przyjdzie i usiądzie na widowni. Dlatego nauczyliśmy się i uczymy się ciągle zastosowań nowych technologii, uczymy się jak robić rejestracje, żeby były jak najbardziej atrakcyjne dla widzów, a jednocześnie oddawały jak najbardziej ducha teatru. Myślę, że udało nam się oddać znakomicie klimat małej sceny przy jednej z naszych ostatnich produkcji umieszczonych w sieci, czyli przy recitalu Elżbiety Okupskiej „Hymn do miłości", czyli piosenek Edith Piaf, gdzie naprawdę czuć klimat teatru.

Czy korzystacie z usług jakiejś firmy czy sami swoimi siłami potrafiliście się zorganizować,

- Nie, nie, nie... Tu już jest taka technologia i takie potrzeby technologiczne, techniczne i umiejętności montażowe, że tutaj musimy się wspomagać firmą zewnętrzną, aczkolwiek mamy bardzo fajną, zaprzyjaźnioną z nami ekipę, która nam pomaga przy tych rejestracjach. Własnymi siłami zrobiliśmy spektakl na małej scenie, który też był umieszczony przed świętami w sieci, czyli „Raduj się świecie" w reżyserii Izabeli Malik i realizacji Artura Wacławka. Polecam państwu, jeśli ktoś chce wrócić do tego świątecznego, ciepłego, swingowego klimatu, można go jeszcze zobaczyć. To spektakl, który zrobiliśmy własnymi siłami. Rejestracja, montaż, scenografia, kostiumy, reżyseria obrazu... wszystko. Widzom trzeba zaoferować najwyższą jakość. Myślę, że rozwinął się bardzo rynek rejestracji spektakli teatralnych i reżyserii obrazu, bo to wymaga od realizatora wielokrotnego obejrzenia przedstawienia czy prób, żeby wiedzieć, gdzie położyć akcenty, jak zrobić zbliżenia. Widz, który ogląda przedstawienie z widowni robi to intuicyjnie, szukając tego obszaru na scenie, który aktualnie przyciąga jego uwagę. Można oczywiście nagrywać spektakle z jednej kamery stojącej na środku widowni, ale dla mnie to nie ma sensu i nie jest dla widza atrakcyjne.

Wiadomo, że ten rodzaj spektaklu i prezentowany od strony aktorskiej, od strony nagrywania, rejestracji to na pewno coś innego niż teatr i na pewno coś innego niż teatr telewizji. Jest to specjalna, nowa zupełnie technika rejestrowania spektakli, o której nikt wcześniej nie miał pojęcia. Tego się wcześniej nie robiło.

- Nikt nie brał tego pod uwagę, bo nie było takiej potrzeby. Rejestrowało się czasami spektakle na potrzeby festiwali i wysyłało do obejrzenia dla jury, ale to nie są te rzeczy. To jest też trochę tak, że rejestrując nasze spektakle „Historię filozofii po góralsku" czy „Hymn do miłości" chcemy artystom w jakiś sposób pomóc choć częściowo zapełniając widownię. Na przykład w ten sposób, że obsługa jest na widowni, żeby to nie była taka zupełnie pusta widownia. Ktokolwiek, kto ma do czynienia z teatrem wie jaka to wielka różnica między próbą, a spektaklem. Tą różnicą jest właśnie energia płynąca z widowni. Dlatego nawet najlepsza próba nie jest tak energetyczna jak spektakl, a żeby móc próbować przenieść spektakl ze sceny na ekran komputera czy telewizora, ta energia jest niezbędna. To jest wielkie wyzwanie dla aktorów, aby móc ją w sobie znaleźć w momencie, kiedy z drugiej strony nie ma reakcji Bo jej nie może być Bo tam po prostu nie ma ludzi.

Różnica jest olbrzymia, Nawet co drugi zajęty fotel na widowni sprawia wrażenie pustki...

- Te pierwsze spektakle, kiedy wyszliśmy na scenę i zobaczyliśmy połowę, potem ćwiartkę widowni... Było to nieprawdopodobnie przykre przeżycie, takie dziwne, dojmujące. Pamiętam, jak w październiku graliśmy spektakl, musieliśmy się przyzwyczaić, że my nie widzimy twarzy naszych widzów, bo mieli na sobie maseczki. To co nam dawało napęd, czyli śmiechy, uśmiechy, grymasy, teraz tego nie widzimy. Musieliśmy się zupełnie inaczej nauczyć czerpania tej energii i odbioru, feedbacku ze strony widowni.

Jak ci artyści przetrwali i co robili, żeby to przetrwać? Jak im pomagaliście?

- To jest bardzo ciężkie dla artysty, bardzo trudne tak naprawdę przez rok nie pracować, bardzo wielu z nich zaczęło tracić wiarę w sens i znaczenie swojej pracy, czy w ogóle jeszcze potrafią, czy są jeszcze aktorami, czy są w ogóle jeszcze komukolwiek potrzebni... Bardzo trudne przeżycia. Ludzie maja różną psychikę, różną wrażliwość i różnie to znoszą. Teraz od 12 lutego, od kiedy możemy grać to znów jest taki napęd, ale myślę, że do równowagi jako artyści będziemy wracali bardzo długo. Dlatego, że wprawdzie wyszliśmy teraz na scenę, gramy, ale z tyłu głowy dalej mamy świadomość, że nie wiemy jak długo to potrwa. Jest to rodzaj lęku, bo z jednej strony mamy niezwykłą radość z naszej pracy, a z drugiej strony ciągle się boimy, bo nie wiemy czy jutro, pojutrze, za tydzień, za dwa nie będziemy zamknięci. Z tego powodu u nas w Teatrze Rozrywki staramy się też nie przerywać pracy nad premierami. Jedyne co odcinamy kiedy są kolejne obostrzenia, to granie spektaklu, a wszystkie pozostałe zajęcia: baletowe, zajęcia wokalne, próby big bandu odbywają się normalnie.

A propos zespołu muzycznego, który Państwo cudownie macie... Co oni robią? Jaki macie plan na Big Band Śląski?

- Big Band Śląski pracuje cały czas, przygotowując kolejne utwory i kolejne koncerty. Zaczęliśmy we wrześniu koncertem inauguracyjnym, potem zaprezentowali się w ramach Parkowego Września z Kulturą w Parku Śląskim, zespół zagrał też wspaniały koncert na festiwalu Transatlantyk, przygotowaliśmy też koncert, który jest w sieci i serdecznie na niego państwa zapraszamy, przygotowany zimą. Był też koncert świąteczny, który również znajduje się na naszej stronie, zachęcam, żeby wejść, obejrzeć i posłuchać. BigBand ma też zaplanowany co najmniej 1 koncert w miesiącu na dużej scenie - za każdym razem z innym programem, innym repertuarem. A także regularne koncerty na małej scenie. Na przykład teraz w weekend 13 i 14 lutego. Wszystkie te spotkania spotykają się z bardzo ciepłym i coraz szerszym odbiorem.

Czy specyfika grania koncertu jazzowego w teatrze różni się czymś od specyfiki grania na normalnym, estradowym koncercie?

- Na pewno się trochę różni, natomiast BigBand pięknie się wpasował w sposób pracy teatru, nasz klimat, nasza charakterystykę. Myślę, że ten zespół w Teatrze Rozrywki jest zespołem, który wspaniale uzupełnia ofertę teatru i daje dodatkową wartość i jakość. Wiele lat temu Teatr Rozrywki był właśnie takim miejscem, gdzie można było się wybrać również i po to, by posłuchać muzyki jazzowej. Potem przez jakiś czas tego nie było. Teraz się bardzo cieszę, że muzyka jazzowa wróciła do teatru, a z nią wracają jej odbiorcy, wracają fani.

Bardzo mnie to cieszy... W najbliższym czasie, jakie działania artystyczne, oprócz wcześniej opisanych, jeszcze Teatr planuje? Jest w stanie mi pani powiedzieć jakieś konkrety?

- Oczywiście. Mamy konkrety. Zaczęliśmy pracę nad spektaklem w reżyserii Krzysztofa Prusa opartym na utworach Jaromira Nohavicy pt. „Piekło i raj". Nohavica, który współpracuje z nami przy powstawaniu tego przedstawienia, bywa naszym gościem, konsultuje, bardzo nas wspiera i kibicuje nam w pracy nad tym spektaklem. Premiera jest zaplanowana na 27 marca na dużej scenie. Myślę, że będzie to bardzo klimatyczny spektakl oraz bardzo piękna i poruszająca opowieść oparty na pieśniach Nohavicy, skompilowanych i ułożonych w spektakl przez Krzysztofa Prusa tak, że stanowią niezwykle spójną i piękna opowieść o człowieku. W obsadzie wystąpią Jarosław Czarnecki, Marta Tadla, Kamil Franczak, Zuzanna Marszał. Jest to w naszym teatrze pierwsza reżyseria Krzysztofa Prusa i pierwsza scenografia Marka Mikulskiego i Macieja Mikulskiego. Bardzo się cieszę na tę współpracę dlatego, że obserwuje od lat ten tercet robiący spektakle w teatrach w Polsce i mam nadzieję, że dobrze się poczują w Rozrywce i Rozrywka dobrze się poczuje z nimi. Rozpoczęliśmy powoli również pracę nad musicalem, którego premierę musieliśmy dwukrotnie przesunąć . Tym razem włoskiego musicalu, a te rzadko się pojawiają gdzieś poza Włochami, kompletnie nie wiem dlaczego. Bo w tradycji musicalu jest tak, że zazwyczaj są to musicale brytyjskie lub amerykańskie, a okazuje się, że jest też wspaniały materiał włoski jak przygotowywana przez nas premiera: „Pinokio, il grande musicale". Będziemy pierwszym teatrem, któremu pozwolono wystawić ten tytuł poza Włochami. Wspaniała współczesna muzyka, piękne libretto oparte oczywiście na historii, którą wszyscy znamy, aczkolwiek trochę inaczej ujęte. Chwyta za serce ta opowieść.

W ogóle sam Pinokio jest wzruszający, historia pięknie opowiedziana...

- Tak, ale tutaj, w tej wersji tej opowieści, rzeczywiście jest to niezwykle wzruszające. Reżyseruje Magdalena Piekorz.

A to jest adaptacja czy licencja?

-  Mamy licencję z Compania della Rancia, właściciela praw do tego dużego musicalu, który tak jak mówię, do tej pory miał wyłącznie swoje włoskie wersje, więc będziemy pierwsi.

A czy ktoś z Włoch będzie przyjeżdżał, pomagał, wspierał?

- Na razie nie, jesteśmy z nimi w stałym kontakcie, wysyłamy im wszystkie materiały, konsultujemy się z nimi... Natomiast mamy taką nadzieję, że autorzy tego musicalu pojawią się u nas 4 czerwca na premierze .

Cóż jeszcze?

- Powoli przygotowujemy się do największej premiery musicalowej tego roku, którą planowaliśmy na marzec, ale musieliśmy ją przesunąć, czyli „Koty". Będzie reżyserował Jakub Szydłowski z choreografią Jarosława Stańka. Myślę, że jest to najlepszy w Polsce choreograf, który może zrobić choreografię do Kotów. Ta praca oczywiście rozpoczęła się już kilka miesięcy temu, bo wymaga od naszych wokalistów i aktorów bardzo dużej sprawności fizycznej, więc już nad tym pracujemy.

Będzie wasza obsada czy też zaproszeni aktorzy?

- Nasi, nasi...

Ile wasz zespół artystyczny ma członków?

- W tym momencie mamy niemal dwustu pracowników, z czego ponad setka to zespół artystyczny podzielony na pięć zespołów: orkiestra, BigBand, chór, balet i zespół aktorski. To jest ogromny zespół, ale to co mnie zawsze bardzo cieszyło, bo przecież jestem tyle lat w tym teatrze, to jest też taka specyfika Teatru Rozrywki, że ten podział jest płynny. Nie jest tak, że chór tylko śpiewa, balet tylko tańczy, także orkiestra ma zdolności aktorskie również. .

Prowadzenie tak wszechstronnego teatru, gdzie wystawiacie od dramatu, przez spektakle dziecięce, recitale, aż po wielkie musicale wymaga ogromnego doświadczenia zarówno artystycznego jak i organizacyjmego. Czy coś specjalnego trzeba w sobie mieć, żeby móc to pogodzić, wszystkich zadowolić, a w końcu uzyskać efekt zadowalający i publiczność, i krytyków, a także mieć satysfakcję własną przecież?

- Nigdy nie da się wszystkich zadowolić, próba zarządzania teatrem tak, aby wszystkich zadowolić to jest z góry skazana na porażkę, nie można w ten sposób podchodzić do tego zadania. Przede wszystkim trzeba zespół kochać, trzeba kochać ten teatr, trzeba ludzi szanować, trzeba widzieć w nich potencjał i wspierać każdy talent. Na każdym kroku wspierać. Znam ten zespół od blisko 30 lat i myślę, że go chyba po prostu rozumiem.

Tak, Taka jest rola dyrektora, żeby nie tylko wymagać ale rozumieć i szanować... Z mojej strony to wszystko, dziękuję za poświęcony czas.

__

Aleksandra Gajewska - Aktorka i menedżer kultury, związana Teatrem Rozrywki od ponad 25 lat. Absolwentka Uniwersytetu Ekonomicznego w Katowicach ze specjalnością menedżerską; od wielu lat zajmuje się zarządzaniem w kulturze i aspektami CSR łączącymi kulturę i przedsiębiorczość. Od 2014 zajmowała się pozyskiwaniem funduszy i PR Teatru Rozrywki jako Pełnomocnik Dyrektora. Była członkiem Rady Programowej Filharmonii Śląskiej. Jest laureatką nagrody „Głowa otwarta na teatr" i finalistką ogólnopolskiego plebiscytu „Mistrz mowy polskiej". Przegrała wtedy z Grzegorzem Miecugowem, a jak sama mówi, „z nim przegrać to jak wygrać". Założycielka fundacji wspierającej młodych twórców i innowacyjne inicjatywy teatralne, aktywnie działała również w obszarze inicjatyw prospołecznych i wspierających organizacje pozarządowe. Wykładowca na wydziałach Zarządzania i Kulturoznawstwa WSZOP w Katowicach. Z pasją oddaje się pracy społecznej, jest m.in. wieloletnią wolontariuszką Stowarzyszenia Dress for Success. W wolnych chwilach poetka, autorka literatury dziecięcej i tekstów piosenek.
Od sezonu 2018/2019 jest dyrektorką Teatru Rozrywki w Chorzowie.

 

Ryszard Klimczak
Dziennik Teatralny
10 marca 2021

Książka tygodnia

Dostojewski. Portret intymny
Wydawnictwo Prószyński i S-ka
Alex Christofi

Trailer tygodnia

"Odlot" - reż. Anna Au...
Anna Augustynowicz
Tytułowy Odlot nie jest jednak tylko ...