Chyba Witkacy mnie wreszcie docenił i przestał robić szpryngle

rozmowa z Januszem Deglerem

Rozmowa z Januszem Deglerem

Krzysztof Kucharski: Ale miał Pan tydzień... Nagrody, honory, zaszczyty sypały się jak z rękawa czarodzieja albo nawet rogu obfitości. 

Janusz Degler: Odebrałem w tym tygodniu dwie nagrody. Uważam, że taki szczęśliwy zbieg okoliczności się nie powtórzy.

Mówi Pan jak pesymista! Dlaczego ma się nie powtórzyć? Witkacy tam na wysokościach nareszcie Panu sprzyja. Powiedzmy sobie szczerze, nie darzył Pana szczególną sympatią. Niespecjalnie pomagał, chociaż pracował Pan nad jego dziełem, dla jego sławy. Sam mi Pan kiedyś opowiadał, jak buchnął Panu z szatni wrocławskiego Teatru Kameralnego prawie gotowy maszynopis. 

- Zdarzało mi się kilka dziwnych sytuacji, o których wiele razy opowiadałem. Nigdy nie twierdziłem, że to był Witkacy, chociaż wedle relacji pani szatniarki ów mężczyzna posturą i staroświeckim ubraniem bardzo go przypominał. Innym badaczom Witkacego też przydarzały się dziwne przypadki. Oczywiście, opowieści o duchu Witkacego, który robi szpryngle swoim miłośnikom, wszyscy przyjmują z rozbawieniem...

Trudno to nazwać zbiegiem okoliczności. W miniony poniedziałek odbierał Pan w Bibliotece Narodowej w Warszawie nagrodę ufundowaną przez ministra kultury, a przyznawaną przez Instytut Książki, bibliotekę gospodarza uroczystości oraz miesięcznik quot;Nowe Książkiquot;, a już dwa dni później, w środę w Bibliotece Raczyńskich w Poznaniu, wręczają Panu nagrodę za najlepszą książkę jesieni. To normalne? W jednym tygodniu takie dwie nagrody za tę samą książkę? Ta książka, której pierwszy nakład rozszedł się jak szparagi wśród smakoszy, ma tytuł Witkacego portret wielokrotny.

- To rzeczywiście był dla mnie szok. Zastanawiałem się, czy któraś z tych nagród tylko mi się nie śniła. Chyba Witkacy mnie wreszcie docenił.

Ja właśnie do tego zmierzam, bo jeszcze właściwie niemal chwilę wcześniej odebrał Pan nagrodę miesięcznika Odra. 

- Jeśli cztery lata to dla pana chwila, to niech tak będzie.

Opowieści o duchu Witkacego, który robi szpryngle swoim miłośnikom, wszyscy przyjmują z rozbawieniem.

Nie nadawajmy nadzwyczajnego znaczenia jakimś liczbom. Przed Panem nagrodą Odry uhonorowano m.in. Wisławę Szymborską, Czesława Miłosza, Leszka Kołakowskiego, Stanisława Lema, Tadeusza Różewicza. Nagrody dostawali też krytycy i eseiści, a po raz pierwszy dostał ją edytor, redaktor, autor opracowania tomu Listów do żony Stanisława Ignacego Witkiewicza.

Teraz pracuję nad trzecim i ostatnim tomem listów. To tak na marginesie. Ta nagroda Odry ma rzeczywiście dla mnie wartość szczególną. Naprawdę byłem szczęśliwy. Nie ukrywajmy, praca edytora jest niedostrzegana i niedoceniana. Dla wielu ludzi być może przedstawia się jako proste zadanie. Kiedyś nawet usłyszałem, że co w tym trudnego, wziąć tekst, sprawdzić z oryginałem, opatrzyć przypisami i wydać.

To zajęcie na parę dni. W hierarchii ta praca lokuje się dosyć nisko. Tego dowodem jest też system punktacji oceniający dorobek naukowy na uczelni. Za pracę edytorską dostaję dwa punkty za cały tom, a za krótki artykuł czy recenzję w Pamiętniku Literackim - punktów sześć. Ta nagroda, którą dostałem za wydanie i pracę edytorską nad listami Witkacego, była więc dla mnie czymś wyjątkowym. Praca nad wydaniem korespondencji to tysiące wyzwań. Listy Witkacego mają charakter faktograficzny. To nie są listy literackie. Pisał właściwie rodzaj dziennika, każdego dnia informując żonę szczegółowo o tym, co się wokół niego dzieje, z kim się spotkał, co namalował, napisał, przeczytał... 

Oczywiście, bo żył bardzo skromnie. Pojawia się w tych listach mnóstwo nazwisk, zwłaszcza klientów jego firmy portretowej. W głowie edytora rodzi się trudne pytanie: czy każdą z tych malowanych postaci powinien zidentyfikować, podać dokładnie dane, ustalić, czym się zajmowała. Z drugiej strony zadaniem edytora jest dążenie do maksymalnego wyjaśnienia wszystkiego. Czasami edytor wybiera jakiś trop, ale okazuje się, że on prowadzi do nikąd. I odbiera to jako osobistą porażkę. Znalezienie jednego szczegółu sprawia mu ogromną radość, bo może coś czytelnikowi przybliżyć. To jest ciągłe szukanie po różnych źródłach. Oto cała tajemnica duszy edytora. Teraz pracuję nad trzecim i ostatnim tomem listów Witkacego do żony.

Pana przypisy mocno też przekraczają obowiązujący kanon formy objaśnienia, bo czasem są delikatnym komentarzem, przywołują plotkę i pojawia się w nich subtelne poczucie humoru.

- Przyjąłem taką zasadę, że nie ograniczam się do przypisów czysto encyklopedycznych. To, co pan mówi, ujawniło się w niektórych opiniach, że te przypisy dają nam pojęcie o życiu codziennym Witkacego, jego przyjaciół, znajomych, o środowisku Zakopanego, ale też wyraźnie odbija się w nich cała epoka. Cieszę się, że to zostało docenione, bo miałem mnóstwo wątpliwości, czy powinienem taki przypis rozbudowywać.

Bo to się robi książka w książce. 

- Właśnie. A mnie interesowało na przykład wykształcenie osób, które zwracały się z prośbą o usługę do Firmy Portretowej S.I. Witkiewicz, która miała swój regulamin, do którego klient musiał się dostosować. Ten obraz, który powstał dzięki temu mojemu wścibstwu, jest bardzo interesujący. Głównymi klientami była polska międzywojenna inteligencja, wszystkie właściwie zawody. Byli wśród nich adwokaci, lekarze, literaci, oficerowie itd....

Przyjąłem taką zasadę, że nie ograniczam się do przypisów czysto encyklopedycznych.

To, co było dla mnie najbardziej zaskakujące, to że większość tych ludzi studiowała na dobrych, zagranicznych uczelniach. To była świetnie wykształcona inteligencja i nic dziwnego, że udało się jej tak szybko przywrócić funkcjonowanie państwu, którego ziemie były 123 lata pod zaborami.

To by była wspaniała wystawa i oryginalny zbiorowy portret polskiej inteligencji. 

- Ja marzę o takiej wystawie, która by pokazała wszystkie portrety namalowane przez Witkacego, ale to jest niemożliwe. Bardzo wiele portretów zaginęło podczas powstania warszawskiego, m.in.: kilkadziesiąt portretów Tadeusza Boya-Żeleńskiego i jego żony. Witkacy miał jeden zwyczaj: każdy portret fotografował albo prosił osobę sportretowaną, by zrobiła zdjęcie i mu je przysłała. Są to jednak fotografie czarno-białe i tylko dają wyobrażenie, jak ten obraz wyglądał. Musimy się jednak zadowolić zbiorami Muzeum w Słupsku, gdzie jest 260 portretów, które pozwalają nam uświadomić sobie, czym jest dzieło malarskie i portretowe Witkacego.

Szacuje się, że Witkacy namalował ponad pięć tysięcy portretów. Malował ludzi z różnych sfer, ale także dzieci. Znany jest jego żartobliwy wierszyk o dozorcy czy stróżu, jak mówiono dawniej:

Nie jest to przyjemność duża,

Wciąż zgłębiać gębę stróża.

Ma Pan jakiś spis faktów nieodkrytych do końca z życia Witkacego? 

- Nie mam takiego spisu, ale te szczegółowe przypisy prowokują czytelników. To, co jest najwspanialsze dla edytora, to że wokół jego pracy ukształtował się nieformalny zespół ludzi, około dwudziestu osób, które bezinteresownie szukają dla niego informacji. Jedną z takich postaci jest na przykład pan Krzysztof Szczucki ze Szczecina, który ma piękną chatę w Dolinie Kościeliskiej, przyjeżdża do Zakopanego i zamiast łazić po górach, idzie do parafii, sprawdza księgi urodzin i zgonów, by wynotować dane o osobach, które się w listach Witkacego pojawiają. Nie znajdzie w parafii, to chodzi po cmentarzu i dalej szuka.

To chyba najlepszy dowód na to, jak szperanie w starych dokumentach i odkrywanie nowych faktów jest fascynujące.

- Opowiem panu o prawdziwym cudzie. Odezwała się do mnie pani Genowefa Gawlik, mieszkająca w Rudzie Śląskiej autorka pracy magisterskiej o Witkacym, który przyjeżdżał w latach 30. do Królewskiej Huty (dzisiejszego Chorzowa) do pracy, to znaczy malować portrety. Ogromne wrażenie zrobiły na nim odwiedziny w kopalni Ferdynand. Witkacy był przerażony tym, co zobaczył. Spytałem panią Genowefę, czy może mi coś powiedzieć o tej kopalni i jej dyrektorze. I dostałem wszystkie dane, mało tego, znalazła osoby, które mają portrety Witkacego, dotąd nieznane. A więc stało się coś niezwykłego, właściwie cud.

Sprawia mi przyjemność opinia, nie tylko znajomych, że czyta się tę książkę jak powieść.

Nie miał Pan ochoty rzucić się w wir fikcji literackiej i napisać zwyczajną czy niezwyczajną powieść beletrystyczną?

- Nigdy nie miałem takich ambicji. Ale przyznaję, że sprawia mi przyjemność opinia, nie tylko znajomych, że czyta się tę książkę jak powieść.

To prawda, nawet kronikę z życia i twórczości artysty czyta się z zainteresowaniem. 

Starałem się ją ubarwić cytatami z listów, ale nie tylko Witkacego. Pokazuję go w różnych prywatnych sytuacjach, które do takich kronik przeważnie nie trafiają. Ja wiem, że powieść biograficzna znów staje się modna, ale wydaje mi się, że fakty mają większą siłę. Ważna jest forma, jak się je przedstawi. I o nią starałem się zadbać. Książka składa się z obrazów pokazujących fragmenty życiorysu artysty. Każdy jest osobną całością. Jeden opowiada o jego relacjach z kobietami, inny o jego niepokojach. Ale to są wszystko fakty pracowicie udokumentowane. Razem tworzą obraz. Dlatego nie interesuje mnie świat fikcji i powieści nie napiszę.

Krzysztof Kucharski
POLSKA Gazeta Wrocławska
26 stycznia 2010

Książka tygodnia

Ze szczytów Alp…Dramat i teatr szwajcarski w XX i XXI wieku
Wydawnictwo Uniwerystetu Łódzkiego
Karolina Sidowska, Monika Wąsik

Trailer tygodnia

Kto ukradł jutro?
Olga Ptak
Dlaczego wydałam tę książkę? Bo do ...