Cienki sok z malin

"Balladyna" - reż: Artur Tyszkiewicz - Teatr Narodowy w Warszawie

Balladyna" z Narodowego to kłopotliwy, ale i charakterystyczny finał kończącego się Roku Słowackiego. Atrakcyjna wizualnie jest jednak kolejnym sygnałem, że romantyczne dramaty przeżywają na naszych scenach swoje gorsze chwile.

Nie sposób nie docenić inwencji Artura Tyszkiewicza, który w trwającym ponad trzy godziny spektaklu pokazał wszystkie niemal możliwości techniczne sceny narodowej - bodaj od czasów Grzegorzewskiego nie poruszono na taką skalę tych wszystkich machin. Bo jest to przedstawienie niewątpliwie bardzo atrakcyjne, rozmyślnie igrające z kiczem naszej epoki, z jej plastikowością i tandetą. Pysznym pomysłem jest jezioro Gopło, którym stał się kanał orkiestrowy wypełniony nie wodą, lecz... błękitnymi butelkami PET. W tych butelkach pławi się Goplana, czyli Beata Ścibakówna ucharakteryzowana na Irenę Solską z długimi rudymi włosami. Podziw budzi finałowa scena sądu Balladyny i nad Balladyną z sędziami w angielskich perukach ustawionymi na scenicznych zapadniach układających się w gigantyczne ni to schody, ni rzędy gigantycznego audytorium. Scenografia niczym cytat z jakiejś nowoczesnej inscenizacji barokowej opery, zwłaszcza że towarzyszy tej scenie muzyka - ni to recytatyw, ni trio śpiewane z prawdziwym basso continuo realizowanym na klawesynie. Pojawia się ten pomysł nagle, jak wiele innych - jak muzyka wykonywana na żywo z trzema tandetnymi szansonistkami w równie tandetnych białych kozaczkach. Wnętrze chatki ubogiej wdowy przypomina do złudzenia podobny pokoik z głośnego "Makbeta" Kleczewskiej. Skierka i Chochlik, czyli Jerzy Łapiński i Andrzej Blumenfeld, to włóczędzy śpiący w kontenerze na śmieci... Zamek Kirkora i Balladyny przypomina niesłychanie elegancki salon - niemal jak z komedii Wilde\'a. Brać i wybierać. Są tu pomysły smakowite, pastisze wskazujące na to, że ta "Balladyna" mogłaby pójść i w takim cokolwiek parodystycznym kierunku, są też i kompletnie niezrozumiałe - choćby Popiel rezydujący w szafie wjeżdżającej wśród roślin jakby kupionych chwilę temu w jakiejś pobliskiej kwiaciarni... Czasy mamy postmodernistyczne, ale to nieustanne mieszanie wszystkiego ze wszystkim bywa już męczące. Przedstawienie Tyszkiewicza to także wątpliwy tryumf teatru high-tech. Diabli wiedzą czemu nieźle przecież mówiących aktorów Teatru Narodowego wyposażono w mikroporty. Kilka razy zresztą spłatały one psikusa. A to przesterowały dźwięk, a to sprawiały, że goplańskie jezioro z plastikowych butelek chrupało jak trzęsienie ziemi. 

Można traktować tę "Balladynę" jako pretekst do pokazania feerii teatralnych pomysłów większej i pośledniejszej wartości. Wydaje mi się jednak, że szkoda dramatu Słowackiego. W roli Wiktorii Gorodeckiej nie ma żadnego wysiłku, tragedia w jej interpretacji ma jakąś nieznośną lekkość teatralnego bytu, matka Balladyny w ujęciu Małgorzaty Rożniatowskiej (grającej gościnnie, jakby w Narodowym zabrakło wybitnych aktorek do tej roli, sam naliczyłem ich ze cztery) to ledwie łasa na zaszczyty arywistka, też pozbawiona tragizmu. Popiel Jarosława Gajewskiego z innej bajki, huczący swoją rolę, jakby ją grano w Teatrze Polskim, ale około 1950 roku. Broni się charakterystycznością jedynie Emilian Kamiński - i może warto by zatytułować to przedstawienie "Świat według Grabca". Dzbanka z malinami na scenie nie było. Malin nie ma, tragedii też niewiele. Lekkostrawne trzy godziny na czas przedświąteczny. Czy nie za lekko, proszę państwa?

Tomasz Mościcki
Dziennik Gazeta Prawna
19 grudnia 2009

Książka tygodnia

ADAPTACJA. Skrzynka z narzędziami
Akademia Teatralna im. Aleksandra Zelwerowicza w Warszawie
Marta Miłoszewska

Trailer tygodnia