Co się stało z naszą rewolucją?

rozmowa z Piotrem Tomaszukiem

- W pewnym momencie miałem takie powiedzenie, że realny socjalizm, czyli, jak mówił Kisiel, "dyktatura ciemniaków" w 1989 roku został zastąpiony demokracją, ale też ciemniaków. Z Piotrem Tomaszukiem rozmawia Konrad Szczebiot.

Konrad Szczebiot: Obchodzimy właśnie dwudziestą rocznicę transformacji. Wierszalin powstał jako jeden z pierwszych niezależnych teatrów po 1989 roku. Trawestując zdanie, które przewija się przez „Marata-Sade’a” zapytam: Panie Piotrze, co się stało z naszą rewolucją?

Piotr Tomaszuk: Myślę, że nie jestem odosobniony w poglądzie, że ta rewolucja była największym szczęściem, jakie mogło spotkać moje pokolenie i pokolenie moich rodziców, bo oni, przeżywszy swoją młodość i wiek dojrzały w „realnym socjalizmie”, przynajmniej pod koniec życia mogą żyć w normalnym świecie. To znaczy w świecie, który rządzi się prawami demokratycznymi. Wiele złego wydarzyło się przy okazji transformacji, ale od 1989 roku jesteśmy jednak krajem demokratycznym. I to jest ogromna wartość. Być może młode pokolenie, które się całkowicie „załapało” na ten „89 rok”, tego nie rozumie. Ale ja doskonale rozumiem, na czym polega ta różnica pomiędzy państwem rządzonym przez monopartię, w którym tajemnicze, uznaniowe reguły gry decydują o tym, kto podejmuje zasadnicze dla całego kraju decyzje, a sytuacją demokracji, w której mamy wpływ na to, kto stanowi prawo, i w której to prawo w ogóle coś znaczy.

A jak transformacja wpłynęła na kulturę?

Jeśli chodzi o sferę kultury, nie jestem już takim optymistą. Ten brak optymizmu wynika z faktu, że zmiany w kulturze nie zachodzą tak bezpośrednio. To, że minister kultury zasiada w demokratycznym rządzie niekoniecznie przekłada się na jakość tego ministra. Z łatwością potrafię przytoczyć kilka nazwisk, które potwierdzałyby tę tezę. W pewnym momencie miałem takie powiedzenie, że realny socjalizm, czyli, jak mówił Kisiel, „dyktatura ciemniaków” w 1989 roku został zastąpiony demokracją, ale też ciemniaków. I te słowa, niestety, wciąż wracają do mnie, jak refren. Problemy z finansowaniem nauki i kultury w moim przekonaniu, wynikają z tego, że elity, które ukształtowały się po 1989 roku z reguły nie są oczywistymi kultury konsumentami. To są ludzie, którzy nie chodzą do teatru, filharmonii czy galerii. Nie uczestniczą w życiu kulturalnym, a, na dodatek, nawet się tego nie wstydzą. Wystarczy popatrzeć, jaki procent PKB stanowią wydatki na kulturę i naukę w Polsce, a jaki stanowią we Francji czy Hiszpanii. I to jest największy problem, którego skutki odczuwamy na co dzień.

Jak przez te dwadzieścia lat zmienili się widzowie?


Zmienili się bardzo. Przypływ widowni, który od paru ładnych lat obserwujemy, wynika z tego, że konsumentem kultury stało się młode pokolenie. Pokolenie, które historię komunizmu traktuje jako czas całokowicie przeszły. Ci ludzie, w swoim młodzieńczym optymizmie, nie dostrzegają pewnych związków, które zachodzą pomiędzy epoką przed 1989 rokiem i czasem po nim. Oni chcą, po prostu, żyć radośnie w dobrobycie. Robią wszystko, żeby uzyskać pewne pensum wiedzy, które umożliwi im uczestniczenie w konsumowaniu owoców takiego życia. I jako tacy stają się teatralną widownią. Z tego wynika ich wzmożona gotowość do śmiechu, radości. Odbiór mniej nastawiony na bolesną refleksyjność, a poszukiwanie tego, co jest szeroko pojętą rozrywką.

Wierszalin nie proponuje łatwej rozrywki. Na brak widzów jednak Państwo nie narzekają i, w większości, są to ludzi młodzi.


Widownia, która przychodzi do Teatru Wierszalin nie jest widownią typową. Wierszalin na teatralnej mapie Polski jest jednym z nielicznych teatrów, które swoją działalność traktują w sposób misyjny. Jestem przekonany, że powołaniem teatru jest próba skłonienia człowieka do refleksji, do przeanalizowania siebie samego w kontekście pytań egzystencjalnych, w kontekście wartości. Ale to, co mnie wydaje się oczywiste, dla wielu twórców teatralnych, tak oczywiste nie jest. Część widzów poszukuje w teatrze tego samego, co ja – to znaczy poważniejszych odpowiedzi, konfrontacji z jakimś serio, mówiąc krótko. A część szuka rozrywki i znajduje w teatrze miejsce, gdzie ta rozrywka jest pokazywana. W lepszy czy gorszy sposób. U nas widownie nie świecą pustkami, ale tam też są pełne. Myślę, że nic w tym złego. Po prostu paleta możliwości się rozszerzyła. Zwłaszcza w porównaniu z tym, co działo się w latach osiemdziesiątych. Wtedy polski teatr cechowała wyjątkowa szarzyzna i wybitna niezdolność do radzenia sobie z pytaniem - co dalej? Przecież już po 1981 roku wiadomo było, że jakieś „dalej” być musi. Ale teatr, jako miejsce dyskusji na ten temat, był całkowicie martwy. Do 1980 roku w teatrze odbywała się obywatelska rozmowa. Była prowadzona w sposób zawoalowany. Ale była. Można było uciekać w ezopowy język, albo, jak choćby Teatr Ósmego Dnia, iść w rodzaj konfrontacji. Wszystko odbywało się oczywiście pod okiem cenzora, ale, powiedzmy sobie jasno, to nie był już ten cenzor z lat pięćdziesiątych. Lata 1980 i 1981 to był wybuch wolności, za którym, z reguły, poszły przedstawienia-manifesty. Wtedy już dość uważnie obserwowałem wszystko, co się wokół mnie dzieje w teatrze i, powiem szczerze, wybitne arcydzieła nie powstawały. Ale, teatr mówił językiem wolności, wreszcie rozmawialiśmy w sposób bezpośredni. Warto tu przypomnieć choćby „Czerwiec 56” Cywińskiej czy „Wszystkie spektakle zarezerwowane” w Teatrze Powszechnym w Warszawie. I po tym hauście świeżego powietrza nastąpiła potworna zapaść związana ze Stanem Wojennym. Bojkot telewizji i swoisty paraliż teatralnego języka. Bo przecież „Teatr domowy” o którym można powiedzieć wiele dobrego, jeśli chodzi o opór, o niezgodę na narzucone warunki rozmowy, był to teatr skromniutki, który na rzeczywistość nie miał żadnego zasadniczego wpływu. Ogólny obraz teatru bardzo sponurzał. To był czas taplania się w błocku, przedstawień, z których nic nie wynikało i którymi nikt chyba nie był żywotnie zainteresowany.

I wtedy przyszedł rok 1989...


To nie była żadna cezura. Teatr jak był sparaliżowany, tak sparaliżowany pozostał. Rok 1989 rok to były wolne wybory, sytuacja kruszejącego komunizmu, który w przeciągu dwóch lat rozpadł się jak domek z kart. Nikt się nie spodziewał, że nastąpi to tak szybko. Ludzie tym żyli. Trudno sie dziwić, że teatr pozostawał w tyle. Podnoszenie się z bezradności, z mentalnego upadku trwało dość długo. Moim zdaniem, przez całe lata dziewięćdziesiąte w teatrze polskim, en masse, nie działo się nic ciekawego. Na początku lat dziewięćdziesiątych byłem przekonany, że daleko idąca reforma życia społecznego obejmie również teatr. Myślałem, że stacjonarne zespoły zostaną zruszone, że ci „aktorzy prowincjonalni” już nie będą mieli tyle do powiedzenia. Miałem nadzieję, że dojdzie do poważnej refleksji na temat tego, jak polski obieg teatralny zamienić w obieg żywy, który stworzy instytucjonalne podstawy funkcjonowania „nowego teatru”. Sądziłem na przykład, że festiwale zmienią swój charakter, że staną się „rynkiem” nowych przedstawień, które, dzięki nim, zaczną krążyć po Polsce i przez to „krwiobieg kultury” zacznie szybciej funkcjonować. Nic takiego się nie wydarzyło. Festiwale teatralne pozostały spotkaniami wzajemnej adoracji, z których nie wynikało nic, poza przyznawanymi tam nagrodami. „Wierszalin” również zdobywał te nagrody, ale miałem wrażenie, że uczestniczymy w strukturze martwej. Jako twórca niezależny wielokrotnie zadawałem różnym ludziom pytanie: dlaczego nie następuje przesunięcie przynajmniej części środków w kierunku teatru, który przedsięwzięcia traktuje bardziej zadaniowo? Dlaczego pieniądze nie zaczynają krążyć za projektami, a cały czas ich gros idzie na potwornie duże instytucje, które niechętnie się reformują. Zresztą, po doświadczeniach w „Miniaturze”, miałem pełne przekonanie, że teatry instytucjonalne są zbyt obrośnięte związkami zawodowymi i mordującą je etatyzacją. Tego systemu nikt nawet nie próbował tknąć. Padło tylko z ust pani minister Cywińskiej hasło, w moim przekonaniu całkowicie zgubne i fałszywe, że dobry teatr obroni się sam. I to hasło miało usprawiedliwić stosowanie wobec kultury „techniki salami”. „Technika salami” – to było stopniowe obcinanie środków finansowych, za którym nie szła reforma struktury.

Dziś sytuacja wygąda nieco inaczej.


Dużo zmieniło powstanie, w okolicach roku dwutysięcznego, Programów Operacyjnych MKiDN czy Konkursu na Wystawienie Polskiej Sztuki Współczesnej. Dopiero wtedy, rozpoczęła się aktywizacja środowiska, ruch w kierunku myślenia: idźmy bardziej za pomysłem, za projektem, a nie za instytucjami. Bardzo dobrze się stało, że większość instytucji kultury, które zostawił nam w spadku komunizm, przetrawło. Tylko trzeba się było nad nimi poważniej pochylić. Zastanowić, jak te istniejące instytucje skłonić do samoreformujących się poczynań. Nie tylko obcinaniem pieniędzy, ale także ich dodawaniem można wymuszać zmiany.

Po drodze była jeszcze reforma administracyjna i przejęcie bardzo wielu instytucji kultury przez samorządy.


Z punktu widzenia administrowania krajem to był sukces. Natomiast, z punktu widzenia kultury chyba nie do końca. Od tej reformy upłynęło już prawie dziesięć lat i widać wyraźnie, że rzucenie tak wielu instytucji kultury w „objęcia” samorządów spowodowało niezliczone konflikty i kłopoty finansowe. Jeśli samorząd jest biedny, to zawsze kultura będzie na końcu. Poza tym, im bardziej wybierany przez wyborców radny reprezentuje interesy prostych ludzi, tym trudniej mu zrozumieć interes kultury. Mało tego, wiele instytucji kultury staje się łupem w podziale „powyborczego tortu”. Stąd częste zmiany dyrektorów i kierownictw artystycznych. Sam byłem ofiarą tego typu sytuacji w „Banialuce” w Bielsku-Białej. Wymiotło mnie stamtąd nic innego, jak tylko wybory prezydenta miasta. Prezydentem był X, a został Y, zwykły prostak, który uważał, że należy wymienić wszystkich, z którymi kontrakty podpisał X. I dokonał tego, przy pomocy mniej lub bardziej eleganckich sposobów. Do głowy mi nie przyszło, że prowadząc bardzo dobry teatr, ze świetnymi wewnętrzymi i zewnętrzymi recenzjami, można się nie podobać nowemu prezydentowi miasta. Reasumując, mam wrażenie , że w nowej Polsce kultura została zostawiona samej sobie. Nikt poważnie i długofalowo nie myślał, jak efektywnie nią zarządzać. Była tylko jedna refleksja – liberalna – że dobra kultura sama sobie poradzi. Tymczasem jest dokładnie odwrotnie – to zła kultura sobie zawsze poradzi. Jak chwast. Bo zawsze można taniej, gorzej i prymitywniej. Zawsze można więcej rechotu, a mniej myślenia. Kultura wysoka, szlachetna, kultura, w której chodzi o wartości czy kreowanie gustów nie zawsze zgodnych z gustami popularnymi, wymaga wsparcia. Na całym świecie funkcją państwa odpowiedzialnie pojmującego swoją rolę jest wspieranie takiej właśnie kultury.

Dziękuję za rozmowę

Rozmowa odbyła się 29 maja 2009 roku

Konrad Szczebiot
madeinbialystok
31 lipca 2009
Portrety
Piotr Tomaszuk

Książka tygodnia

Jak przejąć kontrolę nad światem nie wychodząc z domu
Wydawnictwo Literackie
Dorota Masłowska

Trailer tygodnia

(F) Paralele
Marek Zimakiewicz
„Paralele”, to inicjatywa Fundacji An...