Co to będzie, co to będzie?

"Dziady"- reż. Eimuntas Nekrošius - Teatr Narodowy

Raczej nie trzeba się rozpisywać o czym są „Dziady". Opowieść o gusłach, wierzeniach ludowych, wielkiej, niespełnionej miłości, mesjanizmie i walce o ojczyznę znana jest dobrze każdemu Polakowi. W Teatrze narodowym inscenizowana po raz piąty, tym razem z okazji jego 250 lecia.

Chcąc wystawić „Dziady" reżyser stawia przed sobą niełatwe zadanie. Musi oddać klimat romantyzmu i zachować pierwotny zamysł dzieła, nie zanudzając widza, nie popadając w kicz i nie powielając wcześniejszych interpretacji. Podjął się tego słynny litewski reżyser Eimuntas Nekrošius. Do wystawienia „Dziadów" przymierzał się już w latach 80tych w wileńskim Teatrze Młodzieżowym, jednak nie dostał wówczas pozwolenia od władz.

Reżyser pokornie przedstawia wszystkie części dramatu pozwalając sobie na minimalne wtrącenia w treść. Chociażby: „Ciemno wszędzie, głucho wszędzie, Co to będzie, co to będzie?; Nic nie będzie!". Za to z rozmachem eksperymentuje z formą, która nadaje sztuce nowy wymiar. Każda kwestia staje się mini widowiskiem. Tak na prawdę obok siebie toczą się dwa dialogi z widzem. Jeden za pomocą tekstu mówionego, drugi niemy, metaforyczny, z użyciem ruchu i gestu. Oba przenikają się by stworzyć spójną całość. Zadziwia bogactwo pomysłów, które sprawia, że nie sposób się nudzić mimo tego, że całość trwa ponad cztery godziny.

Od pierwszej sceny widać, że spektakl stawia na prostotę i metaforyczne ujęcie tematu. Zarówno scenografia jak i kostiumy są skromne, lecz przepełnione dosadną, bardzo pomysłową i przemyślaną symboliką. Mają magiczny, bajkowy klimat, czasem kojarzący się z przedstawieniem dla dzieci. Postaci z zadziwiającą zręcznością manipulują rekwizytami. Zwykły kawałek blachy w jednej chwili jest posłaniem Konrada w następnej pełni rolę wigilijnego stołu, by następnie zmienić się w skrzydła bociana- czytelnego nawiązania do polskości.

Dźwięk i światło ze smakiem dopełniają język metafor i gestów. Przykładem może być śmierć księdza Piotra przedstawiona poprzez oświetlenie go na czerwono.

Sama scena już stanowi rekwizyt umiejętnie wykorzystywany przez aktorów. W podłodze znajduje się kilka wgłębień w których co chwila ktoś się chowa, ktoś w nie wskakuje, ktoś do nich krzyczy, niby do wnętrza studni. W tle przez cały czas trwania spektaklu majaczy kilkumetrowa, wycięta w ścianie sylwetka Mickiewicza. Raz zamglona, raz oświetlona, innym razem spowita w mroku. Wieszcz czuwa nad całym widowiskiem.

Bardzo dużą rolę odgrywa język ciała. Teatralne, symboliczne, czytelne gesty są tak samo ważne a może nawet ważniejsze niż wypowiadane słowa. Przykładem takiego opowiadania ruchem jest scena, w której lud zbity w gromadę widząc Upiora (Grzegorz Małecki) zaczynającego oddychać kuca i podnosi się w rytm jego oddechów. Jakby wszyscy byli jednym organizmem oddychającym w tym samym rytmie.

Aktorzy wywiązują się ze swojego zadania, z łatwością tworząc na scenie wystudiowane kadry. Minimalnymi środkami tworzą sylwetki postaci dramatu. Guślarz (Marcin Przybylski) mimo, że ubrany w prosty brązowy strój, bez krzyży, kurzych łapek, talizmanów sprawuje oczywistą duchową pieczę nad całym widowiskiem. Czuć jego moc i przewodnictwo.

W przerwie między częściami zdania wśród widzów były podzielone. Jedni rozpływali się, jak aktorzy pięknie, prosto opowiadają ruchem i gestem. Inni narzekali na nudę klasycznego tekstu. Wszyscy zgodnie oczekiwali na Wielką Improwizację.

Ci, którzy spodziewali się patosu i mistycznej sylwetki natchnionego, potężnego poety, lub powtórki z Holoubka zostali zaskoczeni. Konrad przypominał bardziej droczącego się z tatą chłopca, niż mesjasza żądającego od Boga władzy nad duszami. Kwestia „Nazywam się milijon" w innych interpretacjach uderzająca siłą i mocą w wykonaniu Grzegorza Małeckiego brzmiała jakby wołał „Halo, tutaj jestem...". Delikatny podkład muzyczny przypominający kołysankę jeszcze bardziej znosił klimat powagi i nasuwał widzowi podejrzenie, że taki efekt został osiągnięty celowo. Nie czuć dominacji Konrada nad innymi postaciami. Może to jeszcze jeden eksperyment reżysera.

Mimo widocznego polotu w niebanalnej lecz pokornej wobec oryginału formie spektakl owacji na stojąco się nie doczekał. Być może powodem jest niełatwy tekst przedstawiany w nieoczywisty sposób przez długi czas. Może teatralne pantomimy zabrały nieco autentyczności emocjom, buchającym z romantycznych tekstów. A może winne jest to, że nie było w nim żadnych aluzji do obecnej sytuacji politycznej.

„Dziady" w Teatrze Narodowym to udane widowisko. Przestawia dramat w ciekawy, odmienny, dynamiczny sposób obficie czerpiąc z możliwości jakie daje teatr. Pełen profesjonalizm wykonania widać we wszystkich elementach spektaklu. Eimuntas Nekrošius, kilkanaście lat przed wystawieniem sztuki powiedział: „Bardzo chciałbym wystawić Dziady, choć boje się, że tego nie udźwignę". Udźwignął.

Joanna Dreczka
Dziennik Teatralny Warszawa
14 marca 2016

Książka tygodnia

Rzecz w teatrze Jana Klaty
Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego
Michalina Lubaszewska

Trailer tygodnia