Co tu się dzieje?

"Wiera Gran" - reż. Jędrzej Piaskowski - Teatr Żydowski w Warszawie

"Wiera Gran" Jędrzeja Piaskowskiego to dzieło radykalne. Nic więc dziwnego, że wywołało burzę. Młody reżyser pokazał, że lubi przekraczać granice, choćby w znakomicie przyjętym "Puppenhaus" z TR Warszawa o seksualnych robotnicach przymusowych w KL Auschwitz. Bo to nie to samo, co - jak czytamy w opisie spektaklu - "prostytutki pracujące w obozowym burdelu".

Sam zresztą temat seksualnych robotnic przymusowych w trakcie II wojny światowej, o których opowiada "Dom lalek", wprowadziła do polskiego dyskursu Joanna Ostrowska - redaktorka naukowa i inicjatorka polskich wydań przełomowych książek o przemilczanych ofiarach nazizmu, "Różowych trójkątów" Hegera i ostatnio "Cholernie mocnej miłości" Lutza van Dijka o miłości Teofila Kosińskiego do żołnierza Wermachtu. To też jedyna (!) polska historyczka spośród kilkudziesięciu europejskich, która podpisała list do przewodniczacego Bundestagu w sprawie upamiętnienia różowych trójkątów. (Dlatego polecam tę badaczkę kapitule Tęczowego Lauru).

W "Puppenhaus" przekroczenie polegało nawet nie na ukazaniu romansu między "małym powstańcem" i okupantem - motywu wystarczająco mocnego. Dużo mocniejsza była sama forma spektaklu: różowe wirujące jak wiatraczki swastyki, obozowy wózek mieniący się kolorami tęczy i camp, który towarzyszył wcale nie łatwym tematom, zmieniając przedstawienie w queerową rewię. Nikt u nas dotychczas nie odważył się tak mówić o okupacyjnej erotyce, która meandrowała między pożądaniem a obowiązkiem patriotycznym, między chęcią i przymusem. Libido zawsze zwycięży - o tym mówiła konwencja "Puppenhaus". W ten sposób pokazane zostało też bolesne pęknięcie między rozkoszą i obowiązkiem, narracją historyczną i losami jednostki. Seksualnymi fantazjami i zbrodnią.

W "Puppenhaus" campowa forma dawała się łatwo uchwycić. W "Wierze Gran" mamy do czynienia z konwencją ciężką do nazwania. Jesteśmy wrzuceni w coś całkiem innego. Widz dryfuje tu między kompulsywnym odruchem niechęci, nerwowym śmiechem, niedowierzaniem i - przynajmniej w moim wypadku - olśnieniem. Pieśniarka z getta oskarżana o współpracę z hitlerowcami wymyka się w ujęciu Piaskowskiego łatwym kategoriom ofiary czy kolaborantki. Nie jest też klimatycznym bibelotem - kto oczekiwał sentymentalnej rewii w dekoracjach ze szlagierami śpiewanymi w świetle punktowca, ten wyjdzie ze spektaklu oburzony. Reżyser świadomie spiętrza w swoim spektaklu teatralną brzydotę, nieporadność amatorskiego wodewilu, melodramatyczność piosenek Gran. I konsekwentnie odmawia nam tego, po co przyszliśmy.

"Wierą Gran" nie możemy się wzruszyć. Aleksandr Prowaliński razi nas niestosowną, ostrą zielenią świateł, Katarzyna Sikora tworzy absurdalne, burleskowe choreografie, a kostiumy, no cóż, to odblaskowe trampki, strzępki kabaretowych sukienek, toporne silikonowe maski. Jeśli w "Puppenhaus" mieliśmy do czynienia ze spójną wizją, to w "Wierze Gran" otrzymujemy kolejne wizualne paradoksy, które nie chcą się złożyć w żadną całość, w jakąkolwiek ładność. Ta chamska zieleń! Te cekiny i kiść reflektorów zwieszona nad sceną. Nie jest łatwo. Dziwny melanż Cezarego Tomaszewskiego i Krzysztofa Garbaczewskiego, działający jak mentos wrzucony do coca coli.

Równie dystansujące są zwielokrotnione Gran, które wyłaniają się z często sprzecznych narracji. Prawdziwej Gran tu nie ma i nikt nie zamierza ani przeprowadzić sądu, ani opowiadać się za jedną z wersji tej historii. Tak zaplanowała swój tekst Weronika Murek: jako pełen demencyjnych powtórzeń, dwuznacznego humoru, ciągów rozsadzających logikę opowieści. Tekst Murek działa w spektaklu jak skołowaciała pamięć tkana na raz z kilku perspektyw. Takie postawienie sprawy jest zbyt radykalne, konsekwentne i przemyślane, żeby przejść obok niego obojętnie. Bardzo łatwo powiedzieć: brzydkie, niezrozumiałe. Tymczasem głównym tematem są tu właśnie nasze oczekiwania. I nie jest to żaden żart. Bo chyba nie chodzi o brzydotę, a o pozbycie się zaakceptowanej ładności. Tak jakbyśmy odkryli gust Marsjan. Dla nas odległość od świata Gran - jej "prawdziwego" ja - jest chyba podobna.

Piaskowski rozszczelnia samo pojęcie teatralnej formy, może więc ten spektakl powinien być grany w znacznie bardziej chłonnej przestrzeni galeryjnej? A grany jest nie tylko w teatrze, grany jest w Teatrze Żydowskim, który często bajeruje widza klimacikami. Tym większy podziw dla Gołdy Tencer, która zezwoliła na ten eksperyment - jeśli ktoś rzeczywiście przewietrzył ten teatr (nie tylko zresztą ten), to jest nim Piaskowski.

Po wyjściu ze spektaklu wciąż miałem wrażenie, że brakuje mi badawczych narzędzi, by w pełni docenić to, co zobaczyłem. To nie było brzydkie, było raczej poza wszelkimi estetycznymi kanonami. Nie umiem pozbyć się wrażenia, że zobaczyłem coś totalnie nowego. Bezkompromisowego i mądrego. Ktoś zamieszał w moim przekonaniu, jaki teatr jest dobry, a jaki zły. A że jest to nowość, to nie uniknę osobistego tonu - zwyczajnie nie mam się pod jaki język, jakie inne teatralne doświadczenie podłączyć. Ani to głupie, ani nie głupie, ani brzydkie, ani ładne. A jednak wybitne. Sądzę, że języka Piaskowskiego musimy się dopiero nauczyć.

Paweł Soszyński
Dwutygodnik
18 grudnia 2017

Książka tygodnia

Słownik biograficzny teatru polskiego, tom III: 1910-2000
Instytut Sztuki Polskiej Akademii Nauk,
Praca zbiorowa

Trailer tygodnia