Córki miały swoje zdanie

Starała się dać dzieciom wszystko, bo sama dostała dużo miłości.

Jednak macierzyństwo okazało się momentami bardzo trudne. Nie dobiegam jeszcze do mety, choć moje macierzyństwo jest teraz inne niż kiedyś - wyznaje Joanna Szczepkowska (65), matka dwóch dorosłych córek, Marii (37) i Hanny (34).

Dbała, by nie dorastały w cieniu sławnych przodków. Sama wychuchana jedynaczka, wychowała się w ciepłym, pełnym miłości domu. Jej dziadkiem był pisarz, Jan Parandowski, ojcem aktor Andrzej Szczepkowski. Mama, Roma z Parandowskich, spełniała się w roli gospodyni domowej. Czas i uwagę poświęcała córce. Kiedy ta wracała ze szkoły, codziennie czekała na nią z ciepłym obiadem, słuchała opowieści o koleżankach. Miała dużo cierpliwości, Joasia do najpilniejszych uczennic się nie zaliczała. Gdy na świecie pojawiły się jej córki, starała się stworzyć im podobne warunki. Pracowała zawodowo, ale postanowiła, że nie będzie się to odbywało ich kosztem. Stawała na głowie, by po próbach pobiec do domu i, tak jak kiedyś jej mama, punktualnie o 15.00, zasiąść z dziewczynkami do stołu. - Choćby się waliło, paliło, byłam z nimi do osiemnastej. Potem stawałam na scenie - wspomina aktorka. Niczego im nie odmawiała. - Wydawałoby się, że jesteśmy idealną rodziną: mąż, żona, dwoje dzieci i pies. Niestety. Po prawie dziesięciu latach małżeństwa już naprawdę nie dało się ukryć, że ja i Mirek jesteśmy całkiem nie do pary - wspomina aktorka w autobiografii. Mieli inne wyobrażenia o związku. Nie udało się jej zapewnić córkom pełnego domu. Gdy wkraczały w trudny wiek, rozstała się z ich ojcem, Mirosławem Konarowskim. Mąż pracował w Poznaniu, ona w Warszawie. Pragnęła, by dziewczynki przebrnęły przez ich rozwód w miarę bezboleśnie, nie było to jednak proste.

Hania miała wówczas 10 lat, Marysia wchodziła w okres dojrzewania, buntowała się. By zaznaczyć swoją indywidualność, pomalowała ściany i szyby w pokoju na czarno. Wagarowała, nie chciała się uczyć. Odmawiała czytania lektur, rodziców wzywano więc do szkoły. - Nie umiałam znaleźć z nią żadnego kontaktu. Nie wiedziałam, że można się czuć tak bezradną jako matka - przyznaje Joanna. Uważa, że poznała wszystko, czego doświadczają rodzice trudnych dzieci. Szukała pomocy u innych. Dzwoniła do telefonu zaufania. Prosiła też o poradę znanego terapeutę, ale zaproponował jej udział w swoim programie telewizyjnym. Napięcie potęgował fakt, że starsza córka była skryta. Nie zwierzała się jej tak, jak kiedyś ona swojej mamie. Na każde pytanie odpowiadała: "Odczep się". - W pewnym momencie postanowiłam, że przestanę się wtrącać. Musiała swój bunt przeżyć po swojemu - wspomina aktorka. Udawała, że nie czeka na powroty Marysi do domu. Choć było to trudne, nie reagowała na kolejne wyskoki, nie komentowała, nie indagowała. Kolejnych chłopaków chwaliła. Mówiła: "Bardzo miły" - wtedy czar pryskał. Takich problemów nie miała z młodszą, Hanią. Dziewczynka była grzeczna, a w jej pokoju panował idealny porządek. Ubrania, poukładane według kolorów, wisiały przygotowane na wieszaku na następny dzień. - Nawet kiedy była małym dzieckiem, traktowaliśmy ją jak kogoś, kogo można się było poradzić. Musiała nam przypominać, że jeszcze jest mała - opowiada. Hania też miała charakterek, nie zawsze pytała starszych o zdanie. Pewnego dnia mama przypadkowo zauważyła na jej ręce tatuaż. Trochę się zdziwiła. Dowiedziała się również, że córki w szkole zrezygnowały z lekcji religii. - Wybrały etykę, a ja ucieszyłam się, że wiedzą czego chcą - wspomina aktorka.

Dziś już wie, że dziewczyny też miały z nią niełatwo. Cierpi na ADHD, bywa nadpobudliwa. Przekonała się, że na dzieci może liczyć w każdej sytuacji. Gdy wpadła w dołek psychiczny po śmierci mamy i znalazła się w szpitalu, to właśnie starsza córka zajęła się pogrzebem. Zorganizowała wszystko perfekcyjnie. Dziś mają dobry kontakt. - Kiedy przychodzą do mnie z jakimś problemem, to mówią, ja potakuję, czasem szyja mnie potem boli. Jestem od tego, by mogły się wygadać - przyznaje. Maria studiowała psychologię społeczną, Hania - etnologię i kulturoznawstwo. Potem zapisały się do agencji aktorskiej. Dostały pierwsze role i połknęły bakcyla grania. Kontynuują rodzinną tradycję. Młodsza jest mamą Zosi Wons (6), za którą babcia po prostu przepada.

Aktorka podkreśla, że córki są dla niej największym wsparciem.

(-)
Dobry Tydzień
25 lipca 2018

Książka tygodnia

Ksiuty z Melpomeną
vis-a-vis
Stefan Wiechecki

Trailer tygodnia