Cudowna byłaś, Mamo

Halina Świątek-Dzieduszycka - urodziła się 21 lipca 1919 w Charsznicy. Zmarła 1 czerwca 1997 we Wrocławiu

21 lipca były urodziny mojej mamy. Nie wiem właściwe, które. Może 98. Niemal w każdym dokumencie miała podaną inną datę. Ja zapamiętałam, że przez wiele lat mówiła, że ma lat trzydzieści sześć.

W dowodzie osobistym w rubryce "miejsce urodzenia" figurowało "Stacja kolejowa Charsznica". Jako już osoba dorosła, wojnę spędziła tam, w rodzinnej wsi. Przetrwała w pamięci z tamtych czasów brawurowa historia jak wyrwała karabin rosyjskiemu żołnierzowi, który celował w jej ojca, za co ten żołnierz o mały włos byłby rozstrzelany przez swojego dowódcę. Wówczas wstawiła się z kolei za nim na tyle skutecznie, że po paru godzinach aresztu, oficer kazał mu przejść na kolanach przez pół wsi , żeby jej za tę łaskę podziękować.

Działała od początku okupacji w RGO (Rada Głowna Opiekuńcza). Z domu, który mocno był zaangażowany w ruch oporu (jej brat przez prowokacje konfidenta został rozstrzelany) wysyłała wraz z siostrami dziesiątki paczek żywnościowych do więźniów oflagów. Prowadziła z nimi korespondencję, organizowała na rzecz RGO koncerty i wieczory poetyckie, sama brała w nich udział. Wtedy poznała swojego przyszłego męża - Wojciecha Dzieduszyckiego , czyli Tunia .

Przed wojną ukończyła studia magisterskie na poznańskiej polonistyce. Podczas okupacji uczęszczała na tajne kursy studium teatralnego w Krakowie, po okiem m.in. Marii Dulęby.

Atrakcyjna, elegancka, nieco ekstrawagancka. Wyprostowana, pełna temperamentu, zawsze na wysokich obcasach, zgrabna ,spontaniczna, z szerokim uśmiechem, śnieżnobiałymi zębami, mocnym makijażem przyciągała wzrok mężczyzn i uwagę kobiet. Potrafiła załatwiać sprawy nie do załatwienia, odważna. Lekceważyła konwencje i utrudniające życie przepisy.

Największą jej miłością był Tunio (Wojciech Dzieduszycki) - mój ojciec. Drugą po nim - teatr. Potem ja. Dla tej trójki była gotowa do wielkich poświęceń i nieprawdopodobnego wysiłku. Potem w hierarchii następowała reszta rodziny i dom w Charsznicy, z którego umknęła, ale który wielbiła i ubolewała nad jego PRLowskim losem. Roztargniona i chaotyczna, nieraz kapryśna i nieznośna w życiu codziennym, przy problemach istotnych, sprawach trudnych była nie do zastąpienia. Potrafiła zniechęcenie zamienić w entuzjazm, przygnębienie w radość, a tępą nudę w pasjonujący projekt. Ożywiała szarość zaskakującymi pomysłami, zachwycała lub zdumiewała kolorowymi strojami, kapeluszami, szalami, ożywionymi anegdotami opowiadanymi z aktorskim zacięciem, recytacją wierszy, których znała na pamięć dziesiątki. Nagle inscenizowała jakąś scenkę, organizowała przebierankę, intonowała piosenkę, nieustannie reżyserowała, podrywając zmęczonych do akcji. Chorych wyrywała z apatii. Była w ciągłym ruchu.

Gdy likwidowałam dom we Wrocławiu znalazłam w piwnicy na półce ok 400 (!) egzemplarzy teatralnych sztuk, muzycznych wyciągów i librett, ułożonych alfabetycznie. Połowa z nich była przez nią zrealizowana, w przeważającej liczbie we Wrocławiu, na różnych scenach. Te egzemplarze zachowała określone. Przez kilka lat po wojnie była aktorką teatralną, potem przez ok 50 lat reżyserem, także operowym. Od połowy lat 60ych występowała w kabarecie "Dymek z Papierosa", którego reżyserowała wszystkie programy.

Nie była reżyserem spektakli "festiwalowych". Nie hołdowała trendowi "teatru reżysera" lecz psychologicznej interpretacji dramatu. Jej sztuki, rzadko chwalone przez recenzentów, miały zawsze ogromne powodzenie u publiczności i nie schodziły z afisza przez wiele sezonów. Pierwszy jej spektakl, który ja pamiętam to była "Warszawianka" , w której Stary Wiarus był młodym Powstańcem Warszawskim. To musiało być zaraz po "odwilży".

Nie mogła żyć bez teatru. Sztuki teatralne i ich bohaterowie wypychały z naszego życia codzienność i nieustanne kłopoty. Towarzyszyły nam na wakacjach. Kilkanaście dni przed odejściem, gdy już nie miała sił podnieść się ze szpitalnego łóżka, jeszcze pracowała nad koncepcją spektaklu o Hance Ordonównie, którą miała zagrać Hanna Banaszak.

Jej znakomity portret autorstwa Stanisława Dawskiego wisi w Gabinecie prof. Janusza Deglera w Muzeum Teatru im.Henryka Tomaszewskiego we Wrocławiu.

Małgorzata Dzieduszycka-Ziemilska
e-teatr
4 sierpnia 2017

Książka tygodnia

Muzyczne narracje o kochankach z Werony
Wydawnictwo Naukowe Uniwersytetu Mikołaja Kopernika
Małgorzata Pawłowska

Trailer tygodnia

Dziadek do orzechów
Jurij Grigorowicz
W wielu krajach nie ma Bożego Narodze...