Cyrk na kółkach

"Szwedzki stół " - reż. Robert Talarczyk - Teatr Capitol, Warszawa

Przejezdne spektakle, które obejrzeć możemy np. w Teatrze Wielkim w Poznaniu, wywołują zazwyczaj dużo zamieszania i spore zainteresowanie publiczności. Bo oto w Poznaniu, mieście gdzie nie ma szkoły teatralnej, wielkich nazwisk na afiszach teatrów i celebrytów, raz na jakiś czas, możemy poczuć się jak w Warszawce. Tym razem, w miniony poniedziałek w Poznańskiej Operze, doszło do popełnienia "spektaklu" pt. 'Szwedzki stół'.

Nie bez powodu słowo "spektakl" ubrane zostało w cudzysłów. Dalekie było to od teatru, a bliższe raczej kabaretowi. "Sztuka" ta ma być komedią, a staje się farsą. Aktorzy gotują się z własnych kwestii, publiczność zachowuje się jak na przeglądzie kabaretów Paka, a ja z państwem równie zażenowanym jak ja, zastanawiamy się o co tutaj chodzi?

Historia jest banalna. Dwóch kolegów z podstawówki spotyka się po latach by powspominać stare czasy. Pierwszy z nich to inteligent, a drugi to niezbyt rozgarnięty macho. Jak zawsze w takich sytuacjach, ilość promili pozwala im rozplątać język, co w konsekwencji przyniesie kłopoty. Okazuje się, że ten mniej oczytany spotyka się z żoną kolegi. Żona ta jest aktorką klasy B, albo i nawet C i przy ilorazie iq do tej pory nie zorientowała się, że panowie mogą się znać. Do tego wszystkiego pojawia się bogaty inwestor ze Szwecji, który przejawia homoseksualne skłonności. Istna farsa!

Publiczność nie może powstrzymać się od śmiechu. Kobieta przede mną płacze z tej radości, a ja nadal nie rozumiem. Dwóch estradowców z Kabaretu Moralnego Niepokoju to dwójka bohaterów 'spektaklu'. Naprawdę nie rozumiem dlaczego Robert Talarczyk (reżyser spektaklu) odważył się na ten krok.

"Mikołaj i Robert, przed rozpoczęciem prób, rzucili od niechcenia, że różnica pomiędzy aktorem a kabareciarzem jest taka, że aktor 90% procent próbuje a 10% gra, zaś artysta estradowy odwrotnie. No to łatwo nie będzie - pomyślałem. Pierwszą, niepokojącą oznaką, że nie warto ufać schematom był fakt, że dwójka kabareciarzy pojawiła się na pierwszej próbie grubo przed czasem. Następna, że znali na pamięć tekst, a kolejna, że domagali się przedłużenia prób ponad wyznaczone godziny" - mówi reżyser.

No ok. Jednak to są nadal kabareciarze bez odpowiedniego warsztatu, czego w teatrze nie da się ukryć. Obaj panowie mają zaplutą dykcję i mimo tego, że siedziałam w jednym z pierwszych rzędów, z trudem udawało mi się ich zrozumieć. Poza tym -jasne - nawet najlepszym aktorom czasem nie udaje się zachować powagi sytuacji, ale Górski robi ten trik notorycznie podczas swoich programów kabaretowych (które oczywiście uwielbiam). Uważam jednak, że tak jak film ma swoje wytyczne, tak i teatr takowe posiada. Dlatego nie powinno się robić w teatrze cyrku. Niestety wyszedł z tego kabaret. Anna Guzik, po raz kolejny, nie przekonała mnie do tego, że jest dobrą aktorką. Swoją postać, niezwykle infantylnej blondynki, zagrała poprawnie, ale drażniła mnie niemiłosiernie. Zaś Arkadiusz Janiczek, znany ze "Złotopolskich" oraz "Placu Zbawiciela", ze szwedzkiego biznesmena zrobił kiepskiej jakości Rosjanina, który kaleczy język polski.

Inscenizacja pokazuje nasze przywary narodowe, osobowościowe. Obnaża kompleksy i ułomności. Wszystko to, podane w zabawny sposób, powoduje, że widzowi podoba się takie odbicie lustrzane. A ja myślałam, że do teatru przychodzi się po to by pomyśleć, nabrać dystansu i mieć chwilę na refleksję. Jeżeli jednak nie chcecie Państwo, broń Boże, doświadczyć absolutu podczas oglądania tego 'dzieła' i macie ochotę wybuchać śmiechem po usłyszeniu tanich żartów, to zapraszam do obejrzenia.

Julia Rybicka
fit-steria.blog.pl
28 marca 2013

Książka tygodnia

ADAPTACJA. Skrzynka z narzędziami
Akademia Teatralna im. Aleksandra Zelwerowicza w Warszawie
Marta Miłoszewska

Trailer tygodnia