Czarna komedia refleksyjna

"Porachunki z katem" - reż. Marcin Hycnar - Teatr im. Ludwika Solskiego w Tarnowie

Inscenizacją sztuki Martina McDonagha "Porachunki z katem" nowy dyrektor artystyczny tarnowskiej sceny, Marcin Hycnar zainicjował swoją reżyserską działalność i w Teatrze im. L. Solskiego. Spektakl pokazany premierowo na otwarcie Ogólnopolskiego Festiwalu Komedii Talia to bardzo udany początek dorocznej imprezy, nowego sezonu teatralnego 2017/2018 oraz pracy młodego artysty w Tarnowie.

Znakomity tekst irlandzkiego dramaturga znalazł na deskach Solskiego godną realizację sceniczną - reżysersko dopracowaną w szczegółach, bogato oprawioną plastycznie i muzycznie, z niezawodną obsadą aktorską. Tym samym tarnowska publiczność dostała przedstawienie efektowne, w którym jest sporo specyficznego humoru, nie brakuje grozy i napięcia, i które zaciekawia od pierwszej do ostatniej kwestii.

Autor sztuki, Martin McDonagh to zamieszkały w Londynie współczesny irlandzki dramatopisarz, któremu sławę w teatralnym świecie przyniosły tzw. czarne komedie łączone w trylogie - "Trylogia Leenane" cy "Trylogia arańska". Jest trzykrotnym laureatem nagrody Laurence Olivier Award, przyznawanej w Wielkiej Brytanii za najlepszą sztukę roku - ostatnio otrzymał ją za komedię "Hangmen", czyli "Porachunki z katem" (niezbyt szczęśliwy polski tytuł), wystawioną właśnie prapremierowo w Polsce w tarnowskim teatrze. Jego twórczość charakteryzuje surowy, prowincjonalny język, pierwotna symbolika, a nade wszystko ironia, groteska i czarny humor. McDonagh zajmuje się także z powodzeniem pisaniem scenariuszy filmowych i reżyserią. Za krótkometrażowy obraz "Six Shooter" został uhonorowany Oscarem, a najnowszy długometrażowy jego obraz "Trzy billboardy za Ebbing, Missouri" doceniony został w tym roku za scenariusz na MFF w Wenecji oraz nagrodzony przez publiczność w Toronto. Chociaż wielu krytyków uważa jego pisarstwo za wyjątkowe i niepowtarzalne, to jednak widać w nim wpływy twórców amerykańskich, takich jak chociażby Sam Shepard czy David Mamet, zaś on sam przyznaje się do inspiracji filmami Davida Lyncha, Martina Scorsese, Quentina Tarantino.

Wybór czarnej komedii McDonagha przez Marcina Hycnara na swój "debiut" reżyserski w Tarnowie wydawał się mocno ryzykowny, bowiem "Jednoręki ze Spokane" tego autora, wystawiany na miejskiej scenie pięć lat temu, nie spotkał się ze zbyt wielkim zainteresowaniem widzów. Jednak "Porachunki z katem", choć posiadają większość charakterystycznych pisarstwa Irlandczyka, są tekstem mocniej osadzonym w realiach i lepiej przemawiającym do szerszej publiczności niż surrealistyczny, wręcz absurdalny w wielu literackich konceptach "Jednoręki...". Ostatecznie więc, obejrzawszy efekt końcowy reżyserskich poczynań dyrektora Hycnara, trzeba przyznać, że z tekstem trafił w dziesiątkę.

Akcja komedii rozgrywa się w pubie w prowincjonalnym Oldham w latach 60. minionego wieku, gdy po serii kontrowersyjnych egzekucji w Wielkiej Brytanii zniesiono karę śmierci. Właścicielem pubu, a zarazem głównym bohaterem scenicznej opowieści jest Harry Wadę, który przez 25 lat pracował jako czołowy brytyjski kat, ustępujący sławą tylko Albertowi Pierrepointowi, co zresztą stanowi dla niego źródło poważnych kompleksów. Zakończenie epoki wieszania ludzi w majestacie prawa ściąga na Harry ego zainteresowanie mediów, równocześnie za sprawą dawnego współpracownika pojawiają się wątpliwości, czy stracony przez niego dwa lata wcześniej mężczyzna nie stał się ofiarą pomyłki sądowej. Tymczasem w Oldham zjawia się tajemniczy młodzieniec z południa kraju, wokół którego zawiązuje się kryminalny wątek z tragicznymi konsekwencjami, a udzielony przez Harry'ego wywiad prowokuje do przyjazdu samego Pierrepointa.

Jak przystało na czarną komedię, sytuacje zabawne mieszają się z poważnymi i kontrastują w przedstawieniu z dramatycznym przebiegiem zdarzeń. Uwagę przykuwają błyskotliwe dialogi, a tempo akcji podkręcają nieoczekiwane jej zwroty - śmiech na widowni czasem brzmi donośnie, czasem więźnie w gardle. Nie jest to wszak sztuka dla sztuki. McDonagh pomieszaniem konwencji oraz charakterystycznym dla swoich dzieł czarnym humorem nie tyle epatuje widza, co wciąga w dyskusję na temat natury wymiaru sprawiedliwości i etycznej oceny kary śmierci. Zmusza do odpowiedzi na pytanie o zasadność akceptowanego społecznie zabijania. Po obejrzeniu przedstawienia bynajmniej nie opuszczamy teatru "ubawieni po pachy", lecz raczej zamyśleni. I o to chodzi.

Marcin Hycnar przenosząc "Porachunki z katem" na scenę, postarał się odtworzyć ze wszystkimi konsekwencjami realizmu okoliczności zdarzeń. Toteż autorka scenografii, Julia Skrzynecka we współpracy z Martą Kodeniec, zaprojektowała z dbałością o detale angielski pub, który w scenicznej przestrzeni prezentuje się naprawdę imponująco - w pełni wyposażona część barowa ze starym radiem na kontuarze, stoliki, krzesła, wspaniałe schody prowadzące na piętro do części mieszkalnej bohatera i jego rodziny. Ponadto kostiumy i fryzury aktorów wiodą bezbłędnie w epokę Beatlesów, padający ^ za drzwiami deszcz szumi przekonująco, a przybyli do pubu goście ociekają autentyczną wodą. Nie ma miejsca na umowność, nie ma też bariery między widownią a sceną. Publiczność z łatwością wkracza w świat Harry'ego Wade'a. A mając za sobą świetnie notabene zainscenizowany prolog rozgrywający się w foyer, widzowie śledzą losy postaci, śmieją się z sytuacji, słownych żartów, ale równocześnie zostają wciągnięci w toczony "podskórnie" dyskurs na poważny temat. Ten zaś rozwija się równolegle i przybiera na sile wraz z narastaniem fabularnych komplikacji.

Sztuka ma tak dobrą konstrukcję dramatyczną, że zmieniać cokolwiek w tym zakresie byłoby grzechem. Tym tropem zatem słusznie poszedł Marcin Hycnar. Pozostał wierny tekstowi, przypilnował tempa gry i cały wysiłek skupił na poprowadzeniu aktorów, od których w tego typu tradycyjnym teatrze najwięcej zależy. W większości rzeczywiście spisali się na medal.

Aleksander Fiałek w roli zacinającego się Syda, doceniony nagrodą aktorską na Talii, jest faktycznie znakomity. Dobrze radzi sobie na scenie student warszawskiej Akademii Teatralnej, Maciej Babicz jako Mooney, też uhonorowany wyróżnieniem na festiwalu. W spektaklu jest jednak znacznie więcej świetnie zagranych postaci, toteż grzechem byłoby choćby nie wymienić pozostałych artystów z obsady - uwagę na przykład zwraca Tomasz Piasecki wcielający się w postać zrównoważonego Pierrepointa, pozytywnie kontrastującego ze swoim narwanym kolegą po fachu, czy Tomasz Wiśniewski w roli dziennikarza, a także Ireneusz Pastuszak jako zblazowany Inspektor Fry. Również goście pubu, zagrani przez Mariusza Szaforza, Jerzego Pala i Kamila Urbana, dzięki aktorom zyskali wyraziste rysy stanowiące istotne źródło komizmu. Z kolei Alice Ewy Sąsiadek to z pewnością jedna z najlepszych jej ról - artystka uderza prawdziwością emocji i reakcji w każdym epizodzie. Na uznanie zasłużył też występujący gościnnie w prologu przedstawienia Filip Kosior jako Hennessy. Słabiej na scenie wypadł natomiast drugi z gościnnych aktorów, Sławomir Głazek, przerysowując nieco swojego Harry'ego, podobnie jak Ewa Jakubowicz przejaskrawiła postać Shirley, która zamiast zbuntowanej nastolatki przypomina czasami jej karykaturę. I to jedyna rzecz w spektaklu do poprawki.

Całość pięknie oprawia melodyjnie wpadająca w ucho muzyka Mateusza Dębskiego, jazzująca, z motywami przypominającymi tematy znane z kompozycji Milesa Davisa. Warto posłuchać, oglądając przedstawienie. A zobaczyć trzeba je koniecznie, bo to kawał dobrego teatru.

Beata Stelmach-Kutrzuba
Temi
7 października 2017

Książka tygodnia

Trailer tygodnia

"Edyta Stein" - Synago...
Roberto Skolmowski