Czas przypomnieć literatury dzieje

"Dziady" - reż. Krzysztof Babicki - Teatr Śląski w Katowicach

Żyjemy w coraz bardziej zwariowanej i absurdalnej kulturze, gdzie jedynym słusznym kanonem estetycznym staje się epatowanie dziwnością oraz wynaturzeniem treści i formy aż do granic śmieszności. Trudno nie odnieść wrażenia, że genitalia przybite do krzyża czy postać Jana Pawła II przywalonego meteorytem zaczynają wyznaczać granice normalności w szeroko pojmowanej sztuce

Nie inaczej dzieje się w teatrze – dość popatrzeć na przedstawienia firmowane nazwiskiem Moniki Strzępki, Krzysztofa Warlikowskiego, Grzegorza Jarzyny… Choć ociera się to o paradoks, większe zdziwienie może dzisiaj wywołać klasyczny dramat wystawiony „po bożemu”, gdzie reżyser traktuje wielki tekst z szacunkiem, kładąc akcent przede wszystkim na treść, a nie – formę.

Za taki „paradoksalny eksperyment teatralny” trzeba uznać najnowszą premierę Teatru Śląskiego w Katowicach. Reżyser Krzysztof Babicki wziął bowiem na warsztat „Dziady” Adama Mickiewicza, tekst-relikwię, tekst-świętość, ten kamień węgielny, na którym budowały swoją tożsamość kolejne pokolenia Polaków. I automatycznie nasuwa się pytanie: czy bohaterowie „Dziadów” mają jeszcze cokolwiek do powiedzenia ludziom żyjących w skrajnie odmiennej sytuacji społeczno-politycznej? Czy narodowy dramat nie stał się zbyt hermetycznym dla współczesnego odbiorcy?

Krzysztof Babicki w swojej strategii artystycznej postawił na odkrywanie warstwy sensów uniwersalnych u Mickiewicza. Zawiedzie się ten, kto wybierze się do Teatru Śląskiego, by podziwiać aktorów w strojach z epoki namiętnie recytujących żarliwe, patriotyczne wiersze, gdy za improwizowanym oknem maszeruje tłum uzbrojony w pochodnie. Reżyser stworzył spektakl utrzymany w innym klimacie. Scena otwierająca „Dziady” toczy się w jakimś anonimowym przytułku, gdzie na żelaznych, rozlatujących się łóżkach leżą starzy, zgorzkniali ludzie. Guślarz, nieszczęśliwy malarz w równie nieszczęśliwym miejscu, wywołuje duchy postaci, które wydają się skądś znajome, jakby… swojskie? Kto nie spotyka w swoim życiu codziennym zepsutych dzieci?, majętnych wyzyskiwaczy bez serca?, rozkapryszonych panien? A to dopiero początek gry paralelnych podobieństw. Punkty styczne między Mickiewiczowskim „wczoraj” a naszym „dzisiaj” uosabia czworo najważniejszych bohaterów: Konrad-Gustaw, Guślarz-Ksiądz Piotr, Senator, pani Rollison.

Połączenie dwóch postaci – pogańskiego Guślarza, którzy zajmuje się organizowaniem seansów spirytystycznych w przytułku, oraz Księdza Piotra, skromnego, cichego człowieka, który troszczy się o los pojedynczych dusz i narodu – w osobie Andrzeja Warcaby wydaje się naprawdę interesującym zabiegiem interpretacyjnym. A jeśli umieścimy obok niego Adama Baumanna w roli księdza-doktrynera z IV części „Dziadów”, rozpoczynamy dyskusję na tematy metafizyczne i teologiczne: jaki sens ma wiara?, jakiej duchowości potrzeba człowiekowi?, czy naprawdę istnieje cokolwiek poza materią?

Kreacja Pani Rollison (Violetta Smolińska) jest natomiast wariacją osnutą wokół fundamentalnego dla europejskiej kultury motywu stabat Mater – niewidoma, ale jednocześnie niezłomna kobieta szuka ratunku dla więzionego syna u cynicznego Senatora (Wiesław Sławik). Gdy dowiaduje się o śmierci jedynaka, jej ustami przemawiają wszystkie zgnębione matki, płaczące na swoich prywatnych Golgotach wczoraj, dzisiaj, jutro… zawsze. Cierpienie Pani Rollison zyskuje szczególny wymiar na tle postawy Senatora, w moim odczuciu najbardziej uniwersalnej. To ikona władzy, kwintesencja potrzeby panowania oraz braku jakichkolwiek skrupułów w osiąganiu swoich celów. Zimny i wyrachowany patrzy na ludzi pod kątem ich użyteczności oraz przydatności – dopóki irracjonalny piorun nie zabija Doktora. Bohater przekonuje się na własnej skórze, że są rzeczy na niebie i ziemi, o których nie śniło się senatorom.

Jednak, rzecz jasna, w tym zestawieniu kluczowych postaci centralne miejsce zajmuje Gustaw-Konrad. Zgodnie ze szkolnym wyobrażeniem powinien być rączym młodzieńcem ogarniętym szaleństwem, co to własnymi rękami chce podpalić, zburzyć i pogrzebać zbutwiałą rzeczywistość. Nie ma prawa pójść na żadne kompromisy ten, kto staje się przedmiotem rozgrywki między Bogiem a Szatanem. Babicki zrywa z romantycznym paradygmatem (despotią?) młodości, która nie tylko posiada wyłączne prawo do nakręcania sprężyn świata, ale również nie ponosi odpowiedzialności za nieprzemyślane działania, mówiąc, że to niezbędny koszt postępu.

Rola Konrada-Gustawa w katowickich „Dziadach” została zaprojektowana jako ironiczne zaprzeczenie utrwalonego, zastygłego w czasie stereotypu. Publiczność obserwuje walkę, jaką toczy ze sobą i swoją przeszłością człowiek już niemłody, na którym doświadczenia całego życia odcisnęły niezatarte piętno. Znakomity Grzegorz Przybył kreuje postać lekko zgorzkniałego inteligenta w podniszczonym ubraniu, używając do tego całej palety skrajnych, przeciwstawnych, a czasem różniących się o pół tonu emocji. Aktor sugestywnie pokazał, że w pewnym momencie życia wewnętrzny imperatyw buntu może być zagłuszany przez strach, zniechęcenie. Pokazał, jak można się miotać między niebem spokoju a piekłem wątpliwości. Scena opętania Konrada zagrana została po mistrzowsku (chapeau bas, Panie Grzegorzu!).

Konstrukcja „Dziadów” w reżyserii Babickiego opiera się przede wszystkim na grze aktorskiej – forma, techniczne środki wyrażania zostały wyraźnie upodrzędnione. Widz może poczuć się zaskoczony tą swoistą ascetycznością spektaklu: używa się niewielu rekwizytów, scenografia jest więcej niż oszczędna. Forma pozostaje na usługach treści, co niestety zdarza się coraz rzadziej w dzisiejszej sztuce. Trzeba jednak w trakcie przedstawienia bacznie łowić dźwięki, gdyż muzyka skomponowana przez Marka Kuczyńskiego staje się odrębnym bohaterem „Dziadów” (!). Jest integralna z wydarzeniami na scenie, raz wprowadza aurę tajemniczości oraz grozy, innym zaś – płynie harmonijnie, spokojnie, zawsze zaś pulsuje tajoną i nietajoną emocją.

„Dziady” w Teatrze Śląskim staną się raczej pozycją dla wymagających widzów, takich, co nie lubią ekstrawagancji na deskach sceny, za to chętnie zobaczą wielki dramat w klasycznej oprawie. Spektakl Babickiego być może nie znajdzie uznania w oczach szerokiej publiczności, która wstrząsa się ze wstrętem na samo wspomnienie tekstów Mickiewicza znanych ze szkoły. Ale kto powiedział, że wszystko musi być ukierunkowane na masy? Uważny i poważny widz bez wątpienia poczuje się tym spektaklem doceniony i opuści teatr z przekonaniem, że uczestniczył w przedstawieniu znaczącym, przejmującym, inspirowanym wielką, jak się okazuje mimo zmieniającego się i niezbyt romantycznego czasu, wciąż aktualną, niezmiennie wielką literaturą polskiego romantyzmu.

Monika Wycykał
Dziennik Teatralny Katowice
9 lutego 2011

Książka tygodnia

Słownik miejsc wyobrażonych
Państwowy Instytut Wydawniczy
Alberto Manguel, Gianni Guadalupi

Trailer tygodnia