Czasem chciałbym być poważny

rozmowa z Bohdanem Łazuką

- Rozrywka może być różnie pojęta. Ja bym życzył moim młodym kolegom, żeby tak jak ja zaczynali od kabaretu Szpak, żeby jeszcze przed skończeniem szkoły dostali propozycję od Kabaretu Starszych Panów. Tego się nie da porównać z tym, co jest dzisiaj - mówi warszawski aktor BOHDAN ŁAZUKA

Do księgarni trafiła właśnie książka "Przypuszczam, że wątpię", wywiad rzeka z Bohdanem Łazuką, aktorem, człowiekiem-anegdotą, legendą polskiej estrady. - Młodzi aktorzy powinni mi zazdrościć - mówi "Metru" słynny artysta.

Po ukazaniu się wywiadu rzeki z Panem dziennikarze mają problem, bo wszystko, o co chcieliby zapytać, już w niej jest.
- To ładne. Ale może jeszcze coś umknęło.

Skąd pomysł na taką książkę?

- Na pomysł wpadła żona mojego ulubionego lekarza, nie trudno się domyślić, w moim wieku to może być tylko urolog, Majka Filipiak. Właśnie im dedykowałem tę książkę - Rodzinie i Państwu Filipkom. Ja jestem ze starej szkoły. Wybrałem propozycję rozmowy z niezależną dziennikarką Karoliną Prewęcką. Nie cierpię takich sytuacji jak ostatnio - dzwoni do mnie facet z telewizji i dyktuje co ja mam mówić. A całość będzie trwała pół minuty! To jest bez sensu!

Myślę, że to był bardzo dobry pomysł, formuła wywiadu, bo Pan świetnie sprawdza się w rozmowie.
- Bez cienia kokieterii, ale i bez niepotrzebnej skromności muszę przyznać, że jakoś nie zawodzę w tego typu dialogach. Choć jestem chaotyczny i żeby to ogarnąć trzeba tytanicznego wysiłku.

A jak odbywały się wasze spotkania?

- Głównie w Czytelniku na Wiejskiej. Żeby była atmosfera, żeby nad tym wszystkim unosił się odpowiedni duch. Przychodzą tam jeszcze Tadzio Konwicki, Józio Hen, Kaziu Kutz, Jurek Gruza, Janusz Głowacki, czasem Pilch wpada. Myśmy tam, w kąciku sobie siadywali z panią Karoliną, przez około osiem miesięcy.

W zeszłym roku został Pan zaproszony na Przystanek Woodstock, jako gość Akademii Sztuk Przepięknych. Myśli Pan, że młodzi czytelnicy chętnie sięgną po książkę?

- Ktoś mnie zapytał, jaki fragment tej książki lubię najbardziej. Powiedziałem, że właśnie ten o zaproszeniu mnie przez Jurka Owsiaka na Przystanek Woodstock. Może to jest próżność, no ale jeśli się jest w takim towarzystwie, że jednego dnia jest Lech Wałęsa, drugiego premier Mazowiecki, a trzeciego moja nieskromna osoba... Mimo wszystko coś jednak musi we mnie być. I to nie było nagłe zastępstwo za kogoś, termin był ustalany pół roku wcześniej. Jestem z tego dumny, a młodzi ludzie byli wspaniali.

O co Pana pytali?

- Właśnie o to wszystko, co jest w książce. Byli bardzo dobrze przygotowani, lepiej niż często dziennikarze. Byłem zaskoczony ich wiedzą. Pytałem - pewnie to wszystko wiecie od babci? A oni na to, że z opowiadań mamy. To nie byli smarkacze ani pod względem wieku, ani pod względem osobowości, ani pod względem intelektualnym. Myślę też, że jestem rozpoznawalny dla nich dzięki takim instytucjom, jak Kino Polska i TVP Kultura. Tam puszczają stare filmy, stare programy i młodzi to oglądają. Może dlatego, że odpowiada im też mentalność tamtych czasów. To, że tamte programy nie są o niczym, tak jak teraz.

Dlaczego współczesna kultura rozrywkowa jest o niczym? W latach PRL-u był Pan gwiazdą estrady, zaliczano Pana do tego nurtu.
- Bo jest takie zapotrzebowanie. Niektórzy nazywają to trendem. Rozrywka może być różnie pojęta. Ja bym życzył moim młodym kolegom, żeby tak jak ja zaczynali od kabaretu Szpak, żeby jeszcze przed skończeniem szkoły dostali propozycję od Kabaretu Starszych Panów. Tego się nie da porównać z tym, co jest dzisiaj. I choć czasy były ciężkie, mieliśmy jedną ważną rzecz w sobie, nie potrzeba nam było paszportów, wiz, nic nam nie było potrzebne, bo mieliśmy... młodość. Ten azyl tak się nazywa.

A czy młodym aktorom, artystom, oprócz młodości, czegoś pan zazdrości?
- To oni mi zazdroszczą! Nikt, kto kończył szkołę teatralną nie miał takiego startu jak ja. Teatr Axera, do którego nie angażowano, mnie zatrudnił. Pierwsza nagroda w Opolu, Sala Kongresowa 14 razy zapełniona. Teraz przede wszystkim nie ma tak wybitnych profesorów, jak np. Ludwik Sempoliński. Młodych ludzi nie ma kto uczyć. Ja przerabiałem kolegę Szekspira, kolegę Moliera, cały repertuar romantyczny. Później przyszli Skandynawowie, Strindberg, potem współcześni, Durrenmatty, Mrożki, Witkace. Literatura teatralna, na której najlepiej sprawdzić aktora, to jest koniec XIX wieku. Bałucki, Zapolska, Szaniawski. Na tym się aktorstwo poznaje. A nie jak Grotowski zrobi, że tam jeden stoi na nodze, to wybitne jest. Taki młody człowiek kończy szkołę i idzie grać do sitcomu albo do reklamy. No to kto komu ma zazdrościć? Co drugi odcinek o ciąży, ona mnie zdradza, ja ją zdradzam. 1498 odcinek o tym samym. Takie scenariusze to ja sobie sam napiszę, 15 dziennie. Bez wychodzenia z domu. Od czasu, kiedy w sztuce pojawiło się nowe pojęcie - oglądalność, wszystko się zmieniło. W średniowieczu była ogromna oglądalność, jak na rynku kat obcinał głowę obywatelowi oskarżonemu o kradzież jednego jajka. Szalona oglądalność! Ale to nie znaczy, że to mi się ma podobać.

Powiedział Pan kiedyś, że nie lubi Pan sięgać w przeszłość, bo "Im bardziej człowiek żyje wspomnieniami, tym bardziej się starzeje". Jednak przyszedł czas na podsumowania?
- No coś w tym jest. Nikt mi tego nie odbierze tego, że przez 72 lata się nie nudziłem. Napisałem tak w epilogu tej książki i tego życzę wszystkim jej czytelnikom. Jak powiedział jeden z braci Marx, bodajże Groucho, najlepszym przyjacielem człowieka jest pies. A na drugim miejscu jest książka. Nie jestem zawodowym pisarzem, nie miałem zamiaru mierzenia się z największymi, Hemingwayem, Wellsem, Stasiem Dygatem. Ja już jestem po tylu latach pracy, że ludzie spodziewają się po mnie określonych rzeczy, że będę dowcipny, zabawny. Taka też jest, mam nadzieję, ta książka. Czasem chciałbym być poważny, ale się nie da.

Aneta Szeliga
Metro
27 września 2010

Książka tygodnia

Amantka z pieprzem
Wydawnictwo Prószyński i S-ka
Grażyna Barszczewska, Grzegorz Ćwiertniewicz

Trailer tygodnia