Czemu (...) o tym pisać nie chcecie, Panowie (i Panie)?

felieton

Poniższy tekst planowałem napisać już wcześniej. Precyzując: po tym, jak "Nowalijki Artystyczne" spotkały się z zerowym odzewem ze strony recenzentów. Zaistniała sytuacja, która nie mogłaby zdarzyć się chyba w żadnym innym dużym mieście: największa scena na Górnym Śląsku organizuje pierwszą edycję festiwalu szkół teatralnych, a krytycy nie zaszczycają tego wydarzenia swoją obecnością. Rozumiem, że "Telefon" Beaty Dzianowicz był już prezentowany w Akademii Muzycznej, ale "Wszystko o kobietach" Gavrana i dyplom wcześniej nie były pokazywane w Katowicach. Czyżby nasi dziennikarze widzieli już w krakowskiej PWST spektakl "Wszystko wymyka się..."? A może tak się pechowo złożyło, że akurat tego dnia miała miejsce jakaś równie ważna premiera w Chorzowie, Sosnowcu albo Bielsku? Dlaczego krytycy, tak chętnie piszący o bytomskim Teatrze Tańca, nie pofatygowali się, by obejrzeć przedstawienie dyplomowe w reżyserii i choreografii Joe Altera?

Podobny brak zainteresowania spotkał cztery ostatnie dyplomy Studium Aktorskiego przy Teatrze Śląskim. Ostatnim przedstawieniem tej szkoły, któremu poświęcono więcej niż jedną recenzję, była „Mateczka” Terleckiego, reżyserowana przez Andrzeja Majczaka. Nikt nie może powiedzieć, że nie sposób było zobaczyć tych spektakli. Owszem, „Achilles i panny” grany był tylko raz, ale „Mus wiśniowy” można było obejrzeć zarówno podczas inauguracji roku akademickiego 2009/2010, jak i w marcu tego roku. Podobnie było z „Historią”, prezentowaną w ciągu dwóch dni aż trzy razy. Nieśmiało przypominam, że występująca z Szymonem Strużkiem w „Musie…” Anna Leśniak reżyserowała m.in. „Braci Karamazow”, „Kubusia, czyli uległość”, a także musical „Błękitny Zamek” na podstawie powieści Lucy Maud Montgomery. Czemu broniący Marka Zielińskiego przed Michałem Smolorzem Łukasz Kałębasiak nie wybrał się na Mariacką, gdy grano tam „Mus wiśniowy” i „Tajemnicę szyfru Marabuta”? Dlaczego recenzenci, którzy regularnie pojawiają się na kolejnych premierach w Teatrze Śląskim, nie traktują w ten sam sposób przedstawień dyplomowych? Te przedsięwzięcia naprawdę niczym się od siebie nie różnią – w obu przypadkach trzeba stworzyć kostiumy, scenografię, muzykę, a słuchacze Studium Aktorskiego pracują równie długo, co zespół aktorski. Najlepszym przykładem – przedstawienie Doroty Bielskiej, którego próby odbywały się równolegle z przygotowaniami do „5 razy Albertyny” Gabriela Gietzky’ego.

Olgierd Łukaszewicz po monodramie, zagranym w jaworznickim MCKiS w ramach Spotkań Teatralnych, stwierdził, że w tym mieście nie pachnie Śląskiem, lecz Krakowem. A czym czuć w Katowicach? Raczej nie Galicją, skoro krytyk „Dziennika Polskiego” – w przeciwieństwie do naszych recenzentów – pisze o każdym dyplomie w PWST. Można się oczywiście zżymać na to, że Paweł Głowacki bywa złośliwy i posługuje się bardzo specyficznym stylem, ale nie można mu odmówić biegłości w operowaniu frazą i zwykłego zainteresowania. On potrafi, więc niech nikt nie mówi, że się nie da. Może zamiast zastanawiać się nad tym, co by było, gdyby Jarzyna, Warlikowski albo Klata wyreżyserował coś w Teatrze Śląskim, lepiej korzystać z tego, co jest? Gdy w telewizji pojawiła się „Bitwa na głosy”, cała Polska usłyszała o Tomaszu Wołkiewiczu, ale gdyby krytycy wybrali się na „Tajemnicę…”, wcześniej zobaczyliby go w bajkowo-komediowo-lirycznym emploi jako śpiewającego Fikandra i Tarapata. Nie wspominam już o „Babci i wnuczku”, w którym grał Zbyszka – przedstawienie, przygotowane pod opieką Aliny Chechelskiej, rejestrowała podczas publicznego pokazu na Scenie Kameralnej TVS. Recenzenci na egzaminach? Nie wymagajmy niemożliwego. Wracając do tematu - mam tu na myśli nie tylko ludzi, którzy pisują w „Dzienniku Zachodnim”, „Gazecie Wyborczej” czy „Śląsku” od lat, ale również nowe nazwiska, które pojawiły się w rubrykach kulturalnych wspomnianych pism stosunkowo niedawno. Pomijam już fakt zupełnego braku zainteresowania wortali typu Teatralia, Teatr Dla Was czy związana z e-teatrem Nowa Siła Krytyczna. Dziwię się recenzentom, którzy jakby nie rozumieli, jak ważne dla słuchaczy Studium – zwłaszcza na początku drogi artystycznej - są profesjonalne oceny teatrologów. Młodzi aktorzy przez trzy lata zdobywają doświadczenie, by tego jednego wieczora jak najpełniej zaprezentować to, czego się nauczyli i – wierzcie mi – chcieliby, by na widowni zasiedli nie tylko krewni i znajomi.

Nie mam pojęcia, czy „Historia” i „Achilles i panny” wejdą na stałe do repertuaru Teatru Śląskiego. Pewny jest jedynie przyszły sezon, w którym być może zobaczymy tegorocznych dyplomantów w regularnych przedstawieniach i w równie dużych rolach, co w dyplomie. Mało tego: słuchaczy z pierwszego i drugiego roku już mieliśmy okazję oglądać (i nie mam tu na myśli jedynie Eweliny Bartkowskej we „Wszystko dobre, co się dobrze kończy”, ale także „Ogród pełen bajek” i „Bajki chińskie”). Założę się, że gdy tegoroczni dyplomanci i obecni słuchacze Studium pojawią się w nadchodzących sezonach w nowych tytułach, krytycy będą o nich pisać. Przecież będą to premiery, a nie spektakle dyplomowe, prawda?

Tomasz Klauza
Dziennik Teatralny Katowice
4 lipca 2011

Książka tygodnia

Ale musicale! Złote stulecie 1918-2018
Wydawnictwo Marginesy
Daniel Wyszogrodzki

Trailer tygodnia