Czerwień nadgryzionego owocu

"Balladyna" - reż: Artur Tyszkiewicz - Teatr Narodowy w Warszawie

Balladyna w inscenizacji Artura Tyszkiewicza traci całą otoczkę, jaką nabyła przez lata w poprzednich przedstawieniach. Dumna i wyniosła polska odpowiedniczka Makbeta uległa przemianie. Kluczowy w tej wersji dzieła Słowackiego staje się wątek feministyczny. Reżyser dekonstruuje klasyczne interpretacje dramatu przez zmianę przestrzeni. Las, gaik, okazuje się być zaśmiecony. Blaszane pojemniki na śmieci zajmują większość miejsca w scenografii Jana Kozikowskiego. Pozbawione liści gałęzie wystają z kontenerów. Świat natury jest zdegradowany, naruszony cywilizacją. Takie są stroje leśnych stworów - Chochlika (Andrzej Blumenfeld) i Skierki (Jerzy Łapiński). Żyją one w śmietnikach, natomiast ich pani Goplana (Beata Ścibakówna) w jeziorze z pustych plastikowych butelek po wodzie mineralnej

Ruchoma platforma pokazuje miejsce odosobnienia Pustelnika (Jarosław Gajewski). Jest ono zazielenione, inaczej niż pozostałe otoczenie. Z brzegu rampy stoi szafa, z której asceta wychodzi na rozmowę z Kirkorem (Grzegorz Kwiecień). Mebel ten zyskuje w przedstawieniu dziwną magiczną funkcję – jest miejscem ukrycia, ale i przemiany. Jego toporność może wskazywać na fakt, że jest to sprzęt  z innej epoki. Z czasów, kiedy człowiek nie ingerował tak znacznie w środowisko. Komoda okazuje się więc być i puszką Pandory, którą otwiera chęć władzy, panowania nad światem.

Scenografia okazuje się ruchoma. Znajdująca się w tle niewielka weranda dla zespołu muzycznego i solistek stoi na zapadni, która podnosi się w górę i w dół. W ten sposób pokazuje się niewielkie, małe mieszkanie Balladyny (Wiktoria Gorodeckaja). Mieszka w nim wspólnie z Wdową (Małgorzata Rożniatowska) i Aliną (Magdalena Lamparska). Tyszkiewicz wyraźnie zaznacza przyczyny późniejszych wydarzeń. Ciasnota pokoiku może uzasadnić chęć wyrwania się z niego obu dziewczyn. Przybycie Kirkora pokazuje zwyczajność sióstr, mających swoje marzenia i idealistyczne wyobrażenia o świecie. Scena umizgów do przystojnego grafa pokazuje charaktery obu kobiet. Cała trójka młodych siada przy stole. Balladyna jest bardziej świadoma swojej seksualności, wyraźnie oddziałuje na Kirkora przez dotykanie go stopą tuż pod blatem mebla. Z kolei Alina jest zdecydowanie nieśmiała. Gdy bohater Kwietnia wstaje, starsza siostra rzuca mu się do stóp, młodsza wchodzi na stół i tuli do siebie jego głowę. Wiąże się to pośrednio z koncepcją ciała u niektórych ludów pierwotnych. Od pasa w górę – jest to część ,,czysta”, od bioder w dół - ,,brudna”. Inne jest więc oddziaływanie dziewczyn, choć nie różnią się one aż tak bardzo od siebie.

Podczas zbierania malin wychodzą na jaw ukryte myśli Aliny o bogactwie. Upokarza ona Balladynę kopniakami, przekonana o swoim zwycięstwie. W wyniku szarpaniny ta druga zabija siostrę. Od tego momentu akcja nabiera właściwego rozpędu. Komiczna (czy wręcz – jarmarczna) tonacja, która nieco drażniła w pierwszych minutach spektaklu, nabiera w końcu ciężkości. Główna bohaterka trafia na dwór królewski, który wcale nie jest miejscem jej marzeń. Chłodne i puste sale, podkreślane zwisającymi świetlistymi żyrandolami, podkreślają alienację kobiety. Świat pałacu to świat władzy. Tę ostatnią sprawują mężczyźni, ubrani w koszule, kamizelki, mundury i wysokie czarne buty. Kirkor przez małżeństwo z Balladyną chce chyba tylko podreperować swoje ego. Kwiecień gra bez większych emocji, przypomina w tym surowego manipulatora. Nic w nim z bohaterstwa, to raczej wyrachowanie.

Podobną sylwetką (obie kreacje są momentami wręcz bliźniacze) okazuje się być Kostryn (Marcin Hycnar). Wchodzi z żoną grafa w seksualną relację, traktuje kobietę jak niewolnicę do osiągania własnych celów. Jej wartość jako jednostki dostrzega dopiero w momencie jej ciąży, choć i tak pewnie chodzi mu tylko o przyszłego syna. Na to już jednak za późno. Gorodeckaja, w roli Balladyny, tworzy postać małej dziewczynki, wrzuconej w bezwzględny świat. W pałacu czuje się skrajnie obco, próbuje być władcza. Wszelkie tego typu próby są jednak podszyte niepewnością. Brak wrodzonej brutalności powoduje, że przyszła królowa musi upaść. Tyszkiewicz rozgrzesza główną bohaterkę, czyniąc ją bardziej ludzką. I choć Balladyna w finale nie umiera, staje przed własnym sumieniem. Męskie uniwersum przegrywa w scenie sądowej z potrafiącą dokonać autokrytycznej analizy samotną kobiecością. Podobnie dzieje się przecież z Wdową, która nie chce głośno oskarżyć córki ze strachu o jej los. Posłana na tortury, umiera.

Zderzenie tych dwóch światów odświeża Słowackiego. Pewnym novum jest muzyka, która poszczególne frazy dramatu uzupełnia podkładem na żywo. Inspirowana motywami ludowymi, jest zarówno tłem, jak i pełnoprawnym bohaterem spektaklu. Poszczególne partie są jednak bardzo nierówne. Szwankuje dykcja śpiewających. Tyszkiewicz przeładowuje całość rozmaitymi konwencjami i stylistykami. Służy to widowiskowości, ale sprawia, że cierpi na tym spójność trzygodzinnego przedstawienia. Świetnie skonstruowane sceny pałacowe stoją w opozycji do sekwencji z Goplaną i leśnymi stworkami, postaciami całkowicie zmarnowanymi. Malutki dom Balladyny kontrapunktuje się monumentalnością sądu. Główna bohaterka siedzi tyłem do widowni, ubrana w czerwoną suknię. Scenografia się zmienia, układa się w rosnące do góry kondygnacje, na których zasiadają przystrojeni w togi sędziowie. Żonglerka estetykami nie wychodzi ostatecznie na dobre wydarzeniu. Za mało tu wyciszenia, za dużo operowości. Prawie w ogóle nie czuć erotyki, której powinno być zdecydowanie więcej. Jest fizyczność, ale niezbyt brutalna i zwierzęca. Delikatność i subtelność z kolei ustępują toporności. Wypośrodkowanie punktów ciężkości nie rozwija całego potencjału artystycznego. Choć dzięki temu uprzystępnia niełatwy tekst mniej zaznajomionemu z tekstem widzowi. Znakomita jest natomiast praca Piotra Pawlika. Operator świateł steruje barwami, przechodząc od morskiego przez seledynowy, po kolory bardziej zielonawe, aż po czerwień. Dobrze ustawione reflektory odbijają cienie gałęzi na rozłożonym z tyłu ekranie. Staje się on niebem, falami jeziora.

,,Balladynie” Tyszkiewicza można zarzucić przede wszystkim brak równowagi. Odważne postawienie się wszelakiej tradycji wystawiania romantycznego dramatu wzbogaca Słowackiego o nowe znaczenia. Dobre aktorstwo niemal całego zespołu i aranżacja poszczególnych scen zapada w pamięć. Szkodzą z kolei różne jaskrawości, brak głębi, przeładowanie stylistyczne. Przedstawienie w Narodowym jest jak malina, która jest soczysta i świeża, ale od której ktoś już odgryzł spory kawałek. Pozostaje niedosyt.

Szymon Spichalski
Teatr dla Was
8 marca 2012

Książka tygodnia

ADAPTACJA. Skrzynka z narzędziami
Akademia Teatralna im. Aleksandra Zelwerowicza w Warszawie
Marta Miłoszewska

Trailer tygodnia