Czerwona żarówka w pustej przestrzeni

"Ślub" - reż. Anna Augustynowicz - Teatr Współczesny w Szczecinie

W pierwszych zdaniach tej recenzji, chciałem napisać o długiej i intensywnej historii istnienia ślubu w teatrze polskim. Dodałbym że wystawiano go już ponad kilkadziesiąt razy (po 30 pozycji przestałem liczyć), przy czym podałbym przykładowe nazwiska Jarockiego i Grzegorzewskiego (a to bardzo ważne nazwiska). Na koniec pierwszych zdań chciałem napisać, że tym razem dramatem zajęła się Anna Augustynowicz, i zaakcentowałbym powagę tego przedsięwzięcia. Gdybym to zgrabnie ułożył, pierwszy akapit mógłby być wprowadzeniem do heroicznej walki Augustynowicz z poprzednikami, a ja przy okazji zasugerowałbym, że znam tradycje polskiego teatru. Ale pobawię się w Henryka i nie zrobię tego. Skupię się w całości na obejrzanym właśnie spektaklu.

,,Przestrzeń jest pusta" to moje pierwsze skojarzenie, gdy próbuję opisać to co widziałem. Owszem, są meble: kilka krzeseł, stół, konfesjonał i schodki z przodu. Ale te meble zdają się być sobie nawzajem oddzielne; nie tworzą wspólnego obrazu, a raczej czekają na dopełnienie przez aktorów, na nabranie znaczeń przez akcje. Na razie uwypuklają pustkę - czarną podłogę i białą ścianę z tyłu. Więc przestrzeń jest pusta, zwłaszcza w opozycji do widowni stopniowo wypełnianej przez publiczność, jeszcze szukającą miejsc, jeszcze kończącą ostatnie rozmowy. Gdy wchodzą aktorzy, światło na widowni nie gaśnie, a my zostajemy zaanektowani jako kolejna część spektaklu.

Aktorzy grają ascetycznie w specyficznym, zaangażowanym dystansie. Dystans, o którym piszę, nie jest tego rodzaju do którego ostatnio zostaliśmy przyzwyczajeni. Postaci nie są dekonstruowane, osadzane w historyczno-kulturowych kontekstach, oddzielane od fenomenologicznych ciał. Tutaj zdaje się, że postaci właściwie nie ma, że są dopiero tworzone. Nie sugeruję improwizacji. Mamy tu konkretny scenariusz, chodzi o zaakcentowanie ciągłego tworzenia sytuacji, relacji i obserwacje swojego stylu gry. Postać – rola jest tu pretekstem do badania teatralności. Najbardziej odzwierciedla to Henryk (Grzegorz Falkowski), pozostający w wiecznym pytajniku, a jednocześnie pod presją ciągnięcia akcji. On jest naszym medium i reżyserem jednocześnie. Aktorzy nie szarżują. Bardzo przemyślanie sterują grą, nie uciekając się do sztuczek.

Jest taki film – Synekdocha, Nowy York Charliego Kauffmana. W nim główny bohater (reżyser) chce dojść do prawdy, odbijając w teatrze swoje życie. Spektakl staje się jego częścią, więc również go odbija w swojej przestrzeni, itd., drążąc coraz bardziej i rozszerzając kolejne warstwy świata, aż nie sposób odróżnić rzeczywistości od kreacji. Wspominam ten film, bo tutaj mamy coś innego, z tym że punktem wyjścia jest świat snu Henryka. W przestrzeni założonych okoliczności reżyser-Henryk czasami jakby zawiesza akcje, starając się wnieść poprawki – pogłębia spektakl, a z drugiej strony rozszerza go na scenę MOS-u, widownie, Kraków i jeszcze dalej. Oczywiście robi to w o wiele subtelniejszy sposób niż ja swoim opisem. Spektakl (gdziekolwiek on się zaczyna) staje się soczewką kondensującą różne stopnie ,,rzeczywistości". Granice się zacierają. Czuć Deborda i czuć Baudillarda.

Inna ważna kwestia to performatywność słowa, gestu. Jak różne konstelacje owych wymienionych, wpływają na kształtowanie się rzeczywistości? W jaki sposób unieważniamy poszczególne osoby, relacje, a w jaki uwypuklamy inne? Co Henryk musi uczynić, żeby był pewny, że jest Henrykiem, i co w ogóle ,,Henryk" znaczy? Henryk – Falkowski już nie wierzy w monolog ,,Dajcie mi człowieka...", to już nie jego słowa. Jego wiara to McKenzie i ,,Performuj albo...[zgiń]". Postacie, czy też role wypełniają, wciąż na nowo, pustą przestrzeń, starają się nadać jej sens. Nadają sens, ale taki rozpaczliwie płynny, świadomy swojej znikomości, gdy już się wie, że nie ma opozycji pomiędzy sensem, a jego brakiem.

Augustynowicz stworzyła spektakl trudny, wymagający. Nie jest łatwo pozostać przy nim widzem, polegającym na prostych wzruszeniach. Ślub nalega na wyjście daleko dalej poza własny obszar. Własny – w sensie dramatu, spektaklu i w sensie poszczególnego odbiorcy. I to wyjście raczej nie wróży metafizycznego olśnienia; widzimy przez nie ,,pustą przestrzeń", która już wykracza poza granice teatru, i czerwoną żarówkę, której nie potrafię wyjaśnić. Może dlatego, tak wielu widzów czuje opór przed zaangażowaniem w tą inscenizacje. Im dalej piszę, tym więcej nie rozumiem. Mam obawy, że mój Henryk – Mieszkalski, wyprowadził mnie w pole z interpretacją. W każdym razie pozostaje odczucie uczestnictwa w czymś więcej niż ,,dobrym" spektaklu.

A tu, w ostatnim zdaniu chciałem napisać, że warto to zobaczyć, co by znaczyło, że wiem o czym mówię.

Miłosz Mieszkalski
Dziennik Teatralny Kraków
13 grudnia 2017

Książka tygodnia

Kryptonim Dziady: Teatr Narodowy 1967-1968
Wydawnictwo Bellona
Janusz Majcherek, Tomasz Mościcki

Trailer tygodnia