Człowiek z morza

Rozmowa z Katarzyną Figurą

- Elżbieta się we mnie narodziła, ona jest we mnie. To jest tylko i wyłącznie moja Elżbieta, nie tworzyłam czegoś na wzór Cate Blanchett czy Glendy Jackson. Tak samo jak "Kalina" to nie była już Kalina Jędrusik, tylko moja Kalina - mówi KATARZYNA FIGURA, aktorka Teatru Wybrzeże w Gdańsku.

Jako królowa Elżbieta Tudor [na zdjęciu - w spektaklu "Maria Stuart"] mówisz, że przyszłemu mężowi oddałabyś swój najdroższy klejnot... wolność. Czym jest dla ciebie wolność?

- Jest wszystkim. Jest w niej wolność wyboru, miłość, cała istota życia.

Teraz jesteś wolna?

- Cały czas do tego dążę, myślę, że na tym polega życie każdego z nas [moja rozmówczyni wskazuje morze, nad którym spacerujemy]. Zobacz, to jest wolność. Dopiero to odkrywam. Dzisiaj się obudziłam, otworzyłam okno i usłyszałam szum morza.

Jaka miałaś pierwszą myśl popremierowego poranka?

- Angielską, w końcu grałam angielską królową [śmiech]: glorious day!

Ta spontaniczność różni cię od Elżbiety, która ma w sobie zwyczajne emocje - zazdrość, gniew - ale nie może ich okazywać.

- Z pozycją Elżbiety wiązały się ograniczenia, pęta. Musiała założyć na siebie gorset władzy. Kiedy gram taką postać, to mnie umacnia w poczuciu własnej wolności. W postawie życiowej. To ty decydujesz o swoim życiu. Jaka jesteś, kim jesteś. Ta postać musiała się tu i teraz zdarzyć, żeby przypieczętować to, kim jestem. Myślę, że uczę się od Elżbiety. Człowiek musi sobie zbudować taki rodzaj pancerza ochronnego.

Przed innymi ludźmi?

- Wszyscy ludzie są źli i dobrzy... Boże, mówię fragment z Dostojewskiego!

Z czego?

- Z "Braci Karamazow", ze spektaklu Krystiana Lupy "Persona. Marylin".

To spektakl z Teatru Dramatycznego w Warszawie. Kiedy się wyprowadziłaś ze stolicy, zamieniłaś go na Teatr Wybrzeże, który ma sceny w Gdańsku i Sopocie.

- Gdy podjęłam decyzję, że się tutaj przenoszę, pierwsze kroki skierowałam do Teatru Wybrzeże.

Sama zabiegałaś o angaż?

- Tak! Poszłam do dyrektora Adama Orzechowskiego i poprosiłam o spotkanie. Zaczęłam od tego, że chcę go poinformować o zmianie moich planów życiowych [śmiech].

Po prostu?

- Tak, powiedziałam: zmieniam plany życiowe, mianowicie zamierzam tutaj zamieszkać. A ponieważ zamieszkam tutaj już niebawem, potrzebuję pracy jako aktorka. W teatrze. W pańskim teatrze, bo to najlepsze miejsce dla mnie. Chyba dyrektor był porażony moją propozycją [śmiech]. Nie wszystko było oczywiste od początku, ale po kilku miesiącach podpisałam umowę.

Czujesz, że tutaj jest teraz twoje miejsce, twój świat?

- Absolutnie tak. Ja jestem z morza.

Tak jak ta sztuka Ibsena, "Pani z morza".

- Tak, robił to Robert Wilson z Danutą Stenką.

Czy to jesteś ty: pani z morza?

- Nie do końca. W czasie pracy nad postacią Elżbiety starałam się jak najbardziej rozwinąć w niej męski pierwiastek. Dlatego kiedy mówisz: kobieta z morza, to ja raczej myślę: człowiek z morza.

Gdzie się kryje ten męski pierwiastek?

- Ona była wspaniałym strategiem, świetnym politykiem. Skrywała swoją kobiecość. To był jej świadomy wybór, mówi o tym w pierwszych słowach sztuki: "Zawsze pragnęłam umrzeć niezamężna, do końca zostać królową dziewicą". Oddała się ludowi. Na tym też polega jej tragedia. W pewnym momencie staje przed dylematem. Jeżeli nie podpisze wyroku, jeżeli nie skaże Marii Stuart na śmierć, to ten, komu jest poślubiona, czyli naród, doprowadzi do katastrofy, umrze mnóstwo ludzi. Jeżeli podpisze, to dokona mordu, królobójstwa. W tym momencie traci to, co ma najdroższe, traci wolność. Bo nie ma wyboru, który by ją pozostawił wolną.

Jedną z najmocniejszych scen jest twoja konfrontacja z Marią Stuart, królową Szkocji, którą gra rewelacyjnie Dorota Kolak.

- Historycznie do takiego spotkania prawdopodobnie nigdy nie doszło, Schiller to wymyślił. W trakcie pracy nad tą sceną przyśniło mi się, w jaki sposób mogę się przeciwstawić kobiecości Marii Stuart. Przed laty pracowałam z Robertem Wilsonem nad spektaklem "Symptoms" ("Objawy") i on w pewnym momencie powiedział: "Tutaj masz być jak Sarah Bernhardt". Wyjechałam do Francji na parę dni i szukałam materiałów o Sarze Bernhardt. Trafiłam do jednego antykwariatu w samym sercu Paryża, gdzie niewiele mogli mi zaoferować, ale antykwariusz zaprosił mnie na zaplecze i pokazał wiszący przy schodach ogromny portret. Nie pozwolił mi go sfotografować. Powiedział: fotografuj oczami. Była na nim Sarah Bernhardt w roli Napoleona. To było w 2007 r. i nagle teraz, siedem lat później, to mi się przyśniło i rano ten obraz przywołałam. Pomyślałam, że w czasie tego spotkania królowych Elżbieta będzie jakby wodzem, który przeprowadza strategiczną operację. I wykracza poza swoją kobiecość.

Mówisz o tym bardzo emocjonalnie.

- Bo ta Elżbieta się we mnie narodziła, ona jest we mnie. To jest tylko i wyłącznie moja Elżbieta, nie tworzyłam czegoś na wzór Cate Blanchett czy Glendy Jackson. Tak samo jak "Kalina" to nie była już Kalina Jędrusik, tylko moja Kalina.

Chodzi o monodram, który grasz gościnnie w Teatrze Polonia w Warszawie.

- Tak, tam pada taki ważny tekst: "Mam dość tego artystycznego kołowrotu". Zresztą to w ogóle coś niesamowitego z tą "Kaliną", bo naprawdę nie wiem, czy ona mnie tutaj nie przywiodła. W sztuce jest taki moment, kiedy ona jest tak opresyjnie traktowana przez Dygata i mówi: "Muszę wyjechać nad morze, bo stanie się coś strasznego". Trochę z tego żartowaliśmy, ale premiera "Kaliny" odbyła się 28 czerwca 2013 r., zaczęły się wakacje i w tym czasie zdecydowałam, że muszę wyjechać na Wybrzeże, że konieczna jest zmiana miejsca.

I jak cię zmieniła ta przeprowadzka?

- Moje życie jest tu bardziej harmonijne. W Warszawie jest wprawdzie najwięcej pracy, ale ceną jest wolność. Człowiek nieuchronnie wchodzi w różne zależności - musi gdzieś wyjść, bo może to mu coś da, kogoś pozna, albo ktoś nas prosi, żeby gdzieś być, więc my, choćbyśmy woleli pójść tego dnia do kina albo zostać w domu, bierzemy udział w jakimś wydarzeniu. Dopiero tutaj, nad morzem, nabrałam dystansu i dostrzegłam, jaka to strata czasu i energii.

Tutaj rzadziej to robisz?

- W ogóle tutaj tego nie robię! Mam swoją pracę i obowiązki, zdarzają się publiczne wydarzenia, ale one mają wymiar scalania tej społeczności, one są ważne. To np. rozdanie nagród dla ludzi, którzy zasłużyli się dla rozwoju Pomorza.

Ty też się możesz znaleźć w tym gronie - zostałaś panią profesor.

- Tak bym siebie nie nazwała [śmiech].

Ale wykładasz w Gdyńskiej Szkole Filmowej.

- Tak, mam zajęcia ze studentami reżyserii. Traktuję je nie jako wykłady, lecz bardziej jako pewnego rodzaju warsztaty, spotkanie. Tematem naszej pracy jest relacja między reżyserem filmowym a aktorem. Jakimi sposobami pracować, jak budować zaufanie. Jak doprowadzić do tego, żeby ten związek był jak najbardziej twórczy i dogłębny.

Czy tego można nauczyć?

- Właściwie nie można, dlatego mówię, że to nie wykłady, raczej stymulacja i poszukiwanie możliwości. To bardzo trudne. Pracuję z młodymi ludźmi, którzy niejednokrotnie nie uczestniczyli jeszcze w żadnych projektach filmowych. Chcę sprawić, żeby nie bali się aktora, żeby nie zamykali się przed aktorem.

Zgodziłabyś się zagrać u debiutanta?

- Tak! Zresztą wielokrotnie grałam u debiutantów. Na przykład w czerwcu wystąpiłam w filmie dyplomowym Urszuli Piętki, studentki reżyserii Łódzkiej Szkoły Filmowej, a wcześniej w filmie "Aria Diva" Agnieszki Smoczyńskiej ze Szkoły Filmowej Wajdy. Zagrałam tam bardzo fajną rolę, ekscentrycznej diwy operowej. To był film dyplomowy, a teraz Agnieszka rozpoczęła zdjęcia do pierwszego filmu pełnometrażowego "Córki dansingu", PRL-owskie dancingi i podobne klimaty.

Występujesz w nim?

- Tak, zagram tam starą striptizerkę o ksywce "Rajstopa" [śmiech].

To autorski scenariusz?

- Tak, autorski scenariusz Agnieszki.

Nie boisz się charakterystyczności.

- Uwielbiam ją. Buduję tę postać i im ona jest bardziej połamana, poszarpana, tym większą ma dla mnie wartość. Tak jak Elżbieta. Widzimy, że pod pozorem siły to po prostu krucha kobieta, która jest na granicy załamania nerwowego. Tak jak w tym filmie Almodóvara "Kobiety na skraju załamania nerwowego".

Ale tobie to chyba nie grozi, bo jak mówi z przekonaniem Elżbieta...

- "Kobiety nie są słabe!".

Kamila Łapicka
wSieci
17 października 2014
Portrety
Katarzyna Figura

Książka tygodnia

Ze szczytów Alp…Dramat i teatr szwajcarski w XX i XXI wieku
Wydawnictwo Uniwerystetu Łódzkiego
Karolina Sidowska, Monika Wąsik

Trailer tygodnia