Czy lalki mają własne życie?

Lalki Marka Waszkiela

Każdy lalkarz odpowie bez wątpienia: tak! Powołane do istnienia w konkretnym celu, by stać się w przedstawieniu jakąś postacią, w gruncie rzeczy są bytami niezależnymi. Tworząc je, przypisano im określone cechy, zaprojektowano do zagrania roli, ale te narzucone kształty i funkcje zdaje się nie wyczerpują ambicji lalek.

Mają one swoje sekretne życie, które ujawniają rzadko wobec widza. Dzielą się nim niekiedy z wrażliwym animatorem, który – bywa – dostrzega te ukryte umiejętności albo wie jak wykorzystać wszelkie ułomności i niedoskonałości konstrukcji, a czasem wreszcie – umie je skorygować, naprawić, uczynić z nich walor sceniczny. Choć nawet wówczas lalki mogą odczuwać niedosyt. Są jak aktorzy, których rutynowo obsadza się „po warunkach", nie podejrzewając nawet tajemnych sekretów, skrywanych talentów, nie mówiąc o ambicjach.

Ten temat pojawia się od czasu do czasu w literaturze pięknej. Najstarszy znany mi polski tekst – maleńka nowelka M.W. Rudnickiego Stary aktor – ma z górą sto lat, wydrukował go „Złoty Róg" jeszcze przed I wojną światową. Opowiada o wielkim aktorze dramatycznym, w młodości kierującym teatrem marionetek, na starość opuszczonym i zapomnianym, głodnym i bezdomnym, który znajduje schronienie na zapleczu lalkowej sceny, gdzie stróż wciąż go jeszcze pamięta. Zasypia w magazynie z lalkami, wprowadzając zamieszanie pomiędzy wiszące marionetki, nocami ożywające naprawdę, by wieść codzienne spory, kłótnie, intrygi – jak to w życiu. Akceptują jednak obecność człowieka, bo ów stary aktor staje się już jednym z nich: rano stróż odnajduje w magazynie marionetkę byłego dyrektora – wielkiego aktora. Ta nowelka Rudnickiego posłużyła Janowi Wilkowskiemu jako inspiracja do napisania własnej wersji. Kukły i ludzie to chyba ostatnia sztuka Wilkowskiego, wydrukowana kilka lat temu przez POLUNIMA, ale dotychczas nie wystawiona.

Teraz po temat tajemnego życia lalek sięgnęła Malina Prześluga. Robi to zupełnie inaczej. Pisze teksty piosenek. Podmiotem lirycznym są zawsze lalki. Żalą się, że zostały zdradzone, że lalkarze swoje uczucia przelewają wciąż na nowe postaci, wcześniejsze odrzucając w mroczne i zakurzone przestrzenie magazynów. To boli! I stąd smutny tekst „Zdradziłeś mnie lalkarzu", podobnie jak sentymentalny „Kocham cię kukiełko" – o uczuciach rodzących się między lalkami. Ale opisane w tekstach Prześlugi sytuacje dotyczą rozmaitych aspektów życia lalek. Jest w nich zachwyt („Jak dobrze być lalką"), choć nie ma się nóg, i nosa, i oczu, i kij we włosach. „Teatr dla dzieci" – jest o widowni („cudowne, małe brzdące / Niestety są pierdzące / Teatr je tak rozpala"), „Koń", „Księżniczka" i „Piosenka Kurczaczka" – o marzeniach, lalkowym spełnieniu, czasem na przekór teatralnej rzeczywistości, „Smutna pieśń o Ojcu i Matce" – o tęsknocie za bliskością, „Zmiana lalkarza" – o niedostatkach animatorów, „Lalką być" – o trudach bycia lalką („Ktoś pode mną stoi... / Bardzo się go boję... / Coś we mnie majstruje... / W środku palce czuję... / Gmera pod sukienką / Bardzo zimną ręką"; „Ktoś nade mną stoi... // Przywiązał mi sznurek / Ciągnie rękę w górę"; „A mi ktoś w mózgu gmera / I gębę mi siłą otwiera"). Ale są i teksty o rozkoszy bycia lalką-aktorem („Nie wychodźcie stąd") – przejmujący apel do widzów (by nie opuszczali teatru) i do aktorów (by nie chowali lalek w magazynach). Wreszcie rozpaczliwy apel („Nie nazywaj mnie kukiełką") o znalezienie nazwy dla całej tej menażerii żywych-nieożywionych bytów, określających współczesny teatr lalek.

Zachwyciłem się tymi tekstami, kiedy miałem okazję je przeczytać jakiś rok temu. Prześluga, po wielkim sukcesie innego śpiewanego przedstawienia poznańskiego („Miłość nie boli, kolano boli"), postanowiła doprowadzić do finału kolejny pomysł. Miała już partnerów, z Arturem Romańskim na czele i sprawdzoną grupą śpiewających poznańskich lalkarzy. Sama jest w teatrze wystarczająco długo, by czuć wartość scenariusza niemal pisanego na scenie. W ten sposób – bywa – powstaje zupełnie inna jakość, u nas niemal nie praktykowana. A jednak kiedy zobaczyłem „La la Lalki" kilka dni temu po raz pierwszy na scenie – oniemiałem. Spodziewałem się pięknego koncertu piosenki aktorskiej, znając i teksty piosenek, i współtwórców całego przedsięwzięcia oraz ich umiejętności. Chodziło mi nawet po głowie, że powinno to być pokazane poza konkursem, wieczorową porą, jako taki klubowo-środowiskowy nadprogram. Zwłaszcza dziś, kiedy wciąż jeszcze oddychamy atmosferą wrocławskiej awantury o „Słaby rok", ale i sprowokowaną tym zdarzeniem całkiem poważną dyskusją o istocie lalkowości, granicach teatru lalek i lalkarskiej profesji.

To, co zobaczyłem na dużej scenie opolskiego teatru lalek, przeszło moje oczekiwania. Dla wszystkich, których zainteresowały zmagania studentów i ich walka o istnienie – obejrzenie przedstawienia „La la Lalki" poznańskiego Teatru Animacji powinno stać się obowiązkiem. Z różnych powodów. To spektakl o lalce. Co to takiego i po co nam to? O lalkarskiej profesji, o jej specyfice. Jakby w punkt dzisiejszych sporów. To także spektakl o aktorze lalkarzu. Kto zacz? I nade wszystko to po prostu piękny teatr.

Przedstawienie powstało w dwa tygodnie, zdaje się. Rzecz jasna nie uwzględniam całego procesu pisarskiego ani pewnie poprzedzających realizację rozmów Prześlugi, Romańskiego i kompozytora znakomitej, czasem z lekka inspirowanej Brelem, Kozidrak, Sipińską, Kowalską, muzyki Tomasza Lewandowskiego. A lalki rzeczywiście wyciągnięto z lamusa. Wiele z nich ma już kilka dziesiątków lat. Zagrały ongiś w rozmaitych spektaklach (m.in. „Nocy wigilijnej", „Czerwonym Kapturku", „Wpadł Słoń...", „Kubusiu Puchatku"), ale jak to bywa spoczęły w magazynie. Zakurzone, zapomniane, niepotrzebne, a niestety nie na tyle ciekawe, by rozpocząć karierę muzealną. Prowadziły dotąd swój sekretny żywot, o którym była mowa na początku tego tekstu. Aż pojawił się reżyser, który dostrzegł ich inne osobowości, który uwierzył, że ich pragnienia mogą się spełnić. Dostały nowe role i jak to bywa z aktorami, odwdzięczyły się z nawiązką. Ich animatorzy i żywi partnerzy udział w tym spektaklu zapisać mogą pomiędzy swoje najwspanialsze kreacje. Magdalena Dehr, Julianna Dorosz, Aleksandra Leszczyńska, Katarzyna Romańska, Marcin Chomicki, Marcel Górnicki i Piotr Grabowski demonstrują nie tylko swoje umiejętności lalkarskie i wokalne, ale też aktorskie i taneczne. I mimo takiego bogactwa środków aktorskich „La la Lalki" są całkowicie lalkowym spektaklem. Lalki potrzebują animatora. Potrzebują też aktora-partnera nie tylko by mogły ożyć, ale i ukazać właśnie w relacjach z nim swoje możliwości. No i ten niezwykły czar współczesnego teatru, jego sensów i znaczeń! Siódemka aktorów niemal nie schodzi ze sceny. Są niemal zawsze widoczni. A jednak grając, koncentrują moją uwagę na animowanych formach. Nieustannie. To lalki są pierwszoplanowymi bohaterami tego przedstawienia. I mało prawdopodobne, by aktorzy odczuwali tu jakiś dyskomfort.

Ten, wydawało się środowiskowy, koncert piosenki aktorskiej okazał się zajmującym spektaklem teatralnym. Na dodatek jeszcze wzruszającym. Nie kryłem łez: radości, zaskoczenia, rozmaitych emocji. To nie takie znowu częste we współczesnej sztuce teatralnej. Oglądałem „La la Lalki" wraz z dużą grupą młodej, nastoletniej widowni. Ona reagowała żywiołowo. Przecież nie na konteksty teatralno-lalkowe. Chyba się nie pomylę, że ten teatr lalki i aktora, muzyki i choreografii, światła i zgrabnie zakomponowanej przestrzeni plastycznej porwał nastolatków także swoimi sensami: czy nie czują się ci młodzi widzowie jak Potwora Marcela Górnickiego: „Ja nie z tych, co spod ręki mistrza wyszli / Ja z tych, co mają odejść, zanim jeszcze przyszli / Ja z tych, co straszą, choć nie mieli przecież straszyć / Z tych, co powinni się w kąciku ciemnym zaszyć"? Albo szalony Kurczaczek na kółkach w wykonaniu Julianny Dorosz, któremu trafiła się w końcu solówka: „Chcesz poznać marzenie kurczaka? / Ja nigdy nie grałem główniaka.../ Zawsze trzeci, albo czwarty plan. / A tak wiele do zagrania mam..."

„La la Lalki" to gejzer emocji. Wychodząc z teatru miałem wrażenie, że wreszcie zrozumiemy, iż teatr lalek może być atrakcyjny, nowoczesny (nawet jeśli posługuje się starymi lalkami). Że może trafić nawet do młodzieżowej widowni. Kilka jednak warunków musi być spełnionych. O jednym z nich Prześluga tak mówi: „Co machasz, co machasz mną tak? / Co grałaś ostatnio – krzak? / Nie jesteś ty lekko zawiana? Na rany koguta, no! Zmiana!"

Może czas na zmianę?

Marek Waszkiel
Blog Marka Waszkiela
13 maja 2019

Książka tygodnia

Ksiuty z Melpomeną
vis-a-vis
Stefan Wiechecki

Trailer tygodnia

Maskarada – Międzynaro...