Czy można ocenzurować muzykę?

"Dziś umarł Prokofiew" - reż. Wiesław Hołdys - Stowarzyszenie Teatr Mumerus w Krakowie

Dla widza nieznającego anegdoty opowiadającej o próbie orkiestry WOSPR (dziś NOSPR) 6 marca 1953 roku, którą dyrygent Grzegorz Fitelberg rozpoczął słowami "Dziś w nocy śmierć zabrała nam wspaniałego człowieka. Straciliśmy geniusza, którego uwielbiałem i ja, i wy. Dziś w nocy zmarł wielki radziecki kompozytor Siergiej Prokofiew.

Proszę państwa o uczczenie jego pamięci minutą ciszy", a po złożeniu hołdu dodał, zwracając się do koncertmistrza: "A czy to prawda, że dziś też umarł Stalin?", tytuł spektaklu jest nieco mylący. Oglądamy bowiem nie opowieść o Prokofiewie, lecz o życiu innego wielkiego rosyjskiego kompozytora, Dymitra Szostakowicza. Obaj artyści byli wybitnymi postaciami w świecie muzyki, nie tylko rosyjskiej.

Żyjąc w czasach, gdy jedynowładcą Związku Radzieckiego był Józef Stalin, poddawani byli, jak wielu innych obywateli, nieustannej kontroli i ocenie. Gdy ich dzieła wydawały się zbyt awangardowe podlegali bezdyskusyjnej krytyce, w której pojawiał się zarzut formalizmu, nieprzystawania do socjalistycznej rzeczywistości. Tworzyli w świecie wypełnionej nieustannym lękiem o życie swoje i najbliższych, nieoczekiwanymi wezwaniami na przesłuchania, które mogły skończyć się utratą życia. Tworzyli, komponowali. Wydawałoby się, że tak bezcielesna sztuka, jak muzyka, nie może podlegać cenzurze. Jednakże wybitni znawcy tematu, wyspecjalizowani w ideologicznej analizie dzieła muzycznego, znajdowali w operach czy symfoniach treści nieprawomyślne, niemoralne i nie odpowiadające potrzebom radzieckiego człowieka pracy. Takie utwory podlegały zakazowi wykonywania, często i sam kompozytor stawał się persona non grata, a jego nazwisko znikało z repertuaru sal koncertowych i stacji radiowych. Śmierć cywilna dotykała artystę niekiedy na długi czas.

O tych wszystkich dramatycznych zdarzeniach opowiadam nam Dymitr Szostakowicz. Grający tę rolę Jan Mancewicz przez cały czas trwania spektaklu pozostaje na scenie i skupia na sobie uwagę widzów. Jego bohater przedstawia swoją historię spokojnie i nieco nieśmiało, jednak w miarę rozwoju opowieści zmienia się, nabiera pewności siebie, której kulminacją będzie finałowy wybuch „Chciałem tylko żyć i komponować!". W pamięci widza zostaje z pewnością poruszający fragment, gdy Szostakowicz opowiada o oczekiwaniu przez całą niedzielę na następne przesłuchanie i nieoczekiwanym zakończeniu sprawy. Kolejne lata życia kompozytora to na zmianę okresy względnego spokoju i nowych konfliktów i niechęci Stalina (Jacek Milczanowski), pojawiającego się w różnych momentach na drugim planie, bladego jak papier (a raczej jak trup) i wciąż groźnego.

Dwóm protagonistom towarzyszą na scenie również Sergiusz Prokofiew (Robert Żurek) i żona Szostakowicza, Nina (Ewa Breguła). Wraz z Anną Lenczewską i Mateuszem Dewerą tworzą oni grupę postaci nazwanych Formaliści. Wszyscy ubrani są w przedziwne, fantazyjne kostiumy projektu Danuty Morawetz przywodzące na myśl abstrakcyjne malarstwo, łączące wielobarwne plamy z fragmentami partytur. Formaliści komentują i dopowiadają monolog Szostakowicza, pojawiają się w ważnych momentach, ich sposób poruszania się (jeden z Formalistów jeździ na wrotkach) głosy i śpiew przełamują poważny nastrój spektaklu. Do momentu, gdy to właśnie im oraz trójce muzyków (kontrabasiście Michałowi Braszakowi, autorowi tak ważnemu w tym spektaklu opracowania muzycznego, perkusiście Michałowi Peikerowi i Alicji Margolin, multiinstrumentalistce, grającej między innymi na tereminie), przypada najbardziej dramatyczna, wręcz wstrząsająca scena wykonania VII Symfonii w oblężonym Leningradzie. Aktorzy siadają przy pulpitach trzymając przed sobą części bochenków chleba. Gdy rozlega się charakterystyczny rytm werbla, zaczynają grać na chlebie jak na instrumentach muzycznych, starając się jednocześnie uchwycić jego kawałki ustami by nasycić głód, który zabija mieszkańców Leningradu już od roku. Muzyka narasta, ruchy Formalistów są coraz gwałtowniejsze, grają jakby walczyli o życie. Tę scenę koniecznie powinni zobaczyć autorzy niefortunnej reklamy pewnej sieci „restauracji", którzy użyli w niej tytułu „Leningradzka".

Sztuka Moniki Milewskiej nie tylko przywołuje postaci wybitnych kompozytorów, ale również porusza zawsze aktualny temat niezależności artysty. Świat polityki, gdy jest ona powiązana z władzą, może wpływać na świat sztuki. Promować ją lub przeciwnie – ograniczać, cenzurując niechętne jej głosy. Czy artysta, człowiek żyjący tu i teraz może być wolny od wpływu otaczającej go rzeczywistości? "Chcę tylko żyć i tworzyć!".

Ideał, który jest bardzo trudny do osiągnięcia.

Anna Podsiadło
Dziennik Teatralny Katowice
7 czerwca 2021
Portrety
Wiesław Hołdys

Książka tygodnia

Dostojewski. Portret intymny
Wydawnictwo Prószyński i S-ka
Alex Christofi

Trailer tygodnia