Czy to jeszcze kultura?!

"Piątki Pełne Kultury"

Ale od początku. "Piątki" składają się przeważnie z trzech wydarzeń artystycznych z różnych dziedzin sztuki. Na imprezach tych bywają najczęściej młodzi ludzie, choć ostatnio pojawili się także przedstawiciele bardziej dojrzałego pokolenia.

Idea przedsięwzięcia jest taka, że pokazuje się sztukę niszową, dla której nie ma przyjaznego klimatu w instytucjonalnych jednostkach kultury. Poziom tych prezentacji jest zróżnicowany. Rzecz czasami okazuje się rewelacją, czasami żenującym popisem amatorskim. "Piątki" to takie jajko z niespodzianką. Nigdy nie wiadomo, co zastaniesz w środku.

A w ostatni "Piątek" niespodzianek nie brakowało... Jako pierwszy zobaczyliśmy spektakl "Murdas. Bajka" według opowiadania Stanisława Lema "Bajka o królu Murdasie" w wykonaniu Kompanii Doomsday i Białostockiego Teatru Lalek, a w reżyserii Pawła Aignera. Kompania Doomsday powstała w 2004 roku jako niezależna inicjatywa absolwentów Wydziału Sztuki Lalkarskiej Akademii Teatralnej w Białymstoku. W spektaklu wystąpiła trójka aktorów: Paweł Chomczyk, Dagmara Sowa i Robert Jurćo. Co można powiedzieć o tym spektaklu?! Że było to najlepsze widowisko, jakie ostatnio widziałam, a oglądam naprawdę sporo... Szapo ba!

Inscenizacja posiadała wszystkie cechy arcydzieła scenicznego. Było to jakby skrzyżowanie emocjonalności, żywiołowości i prawdy teatru amatorskiego z profesjonalizmem i kompleksowym znawstwem tematu - zawodowego. Po pierwsze - widowisko w znacznym stopniu różniło się od tego, co zazwyczaj oglądamy w teatrze. Po drugie - tekst utworu, na którym opierał się spektakl jest stosunkowo mało znany. Po trzecie - trójka młodych ludzi, która w nim wystąpiła naprawdę wyróżniała się dynamizmem i olbrzymim talentem. Tu wyróżnić trzeba na pewno Pawła Chomczyka w tytułowej roli, który miał w sobie taki ładunek energii, że mógłby z powodzeniem zastąpić kilka elektrowni atomowych. Serio! Po czwarte - w spektaklu z powodzeniem zaistniała muzyka na żywo, grana na kilku instrumentach, a obsługujący je multimedialny artysta - muzyk okazjonalnie bywał także aktorem. Strasznie to podniosło wyrazistość i moc artystycznego przekazu. Po piąte - inscenizacja została tak przemyślana, że żaden element się nie powtórzył, a w przypadku dłuższego spektaklu granego przez trzech aktorów jest to praktycznie niemożliwe. Po szóste: industrialno - informatyczna scenografia okazała się tak fascynująca, tak znakomicie ożywiona i wprawiona w ruch, że można by ten spektakl oglądać zupełnie bez użycia dźwięku, a zachowałby on swoją dynamikę. Natomiast podejście reżysera do kabli, komputerów, układów scalonych, myszek, procesorów, gwoździ i śrubek miało w sobie coś z fascynacji seksualnej i mistyki w jednym.

Całość - genialna! Na tym spektaklu można by zresztą zakończyć imprezę i byłaby ona udana. Jeżeli w inscenizacji miałabym się koniecznie doszukiwać jakiś wad, to zasugerowałabym jej skrócenie, bo jak powiedział znany artysta rockowy "trzeba wiedzieć, kiedy ze sceny zejść niepokonanym". Widowisko by na tym z pewnością skorzystało.

Potem mogliśmy obejrzeć wystawę grafik i multimediów studentów UMCS w Lublinie. Tu nastąpił pewien zgrzyt organizacyjny. Publiczność została podzielona na dwie grupy: jedna miała oglądać grafiki, druga multimedia. Potem na odwrót. Ale ponieważ impreza zaczęła się późno, a zakończyła jeszcze później - druga grupa już nie obejrzała prezentacji multimedialnych. Zresztą - nie wiem, czy było co żałować. Bo mam wrażenie, że uczestnicy imprezy oglądali te krótkie filmiki o treści różnej głównie z grzeczności.

Jako ostatni punkt programu - znów na scenie - zaprezentował się Te\'Art Kam ze spektaklem "W drodze". Był to teatr eksperymentalny, teatr tańca, teatr ruchu. Tu również wystąpiła trójka aktorów: Kamila Jankowska, Kamila Jezierska i Witold Jurewicz. Co to było za widowisko?! Jeżeli mam być boleśnie dosłowna to zobaczyłam, jak jeden pan w średnim wieku i dwie młode dziewczyny przewalają się po scenie w różnych konfiguracjach erotyczno - artystycznych. Bardzo mało było tam tańca, niewiele przemyślanych układów choreograficznych, raczej taki spontan erotyczno - sadomasochistyczny. W założeniu artyści zapewne planowali stworzyć spektakl o miłości, namiętności, bliskości i zazdrości. W rzeczywistości wyszło widowisko, które epatowało wręcz nagością, przemocą, seksem i poza te tematy prawie nie wychodziło. Zgromadzona już nielicznie na widowni publiczność z przerażeniem obserwowała, jak aktorzy przekraczają kolejne granice dobrego smaku. A odwagi i determinacji w tym zakresie trudno im było odmówić. Nie pamiętam, żebym w jednym przedstawieniu zobaczyła takie nagromadzenie prowokacji i kontrowersji jak tutaj. Nagość na scenie mnie nie szokuje. Piękne ciało jest piękne. I może być uważane za specyficzne dzieło sztuki. Seks na scenie może zaistnieć, jeżeli jest uzasadniony artystycznie. Ale nagość, przemoc i seks razem to już absolutnie wybuchowa i bardzo niesmaczna mieszanka!

Oglądając to zaskakujące widowisko przez cały czas zadawałam sobie pytanie: czy to jest jeszcze sztuka?! Na pewno jestem zwolenniczką wolności wypowiedzi artystycznej. Zresztą w dzisiejszych czasach nikt przy zdrowych zmysłach nie ośmieliłby się krytykować nowatorstwa formalnego, nawet i najbardziej kontrowersyjnego, bo nikt nie chce uchodzić za prymitywa, który nie jest się w stanie poznać na prawdziwej sztuce. Ale czy nie jest to inna forma zniewolenia i dyktatury pseudoartystów, którzy nie zawahają się przed niczym, żeby zwrócić na siebie uwagę opinii publicznej?! Spójrzmy na casus Doroty Nieznalskiej... Średnio uzdolniona plastyczka wybiła się na ogólnopolską sławę dzięki kontrowersyjnym, mocno nagłośnionym, choć niespecjalne dobrym wystawom. Bo jeżeli artysta jest mało zdolny, a jednak chce zaistnieć w przestrzeni publicznej to zawsze mu pozostaje: akcja - prowokacja. Mam wrażenie, że tego typu myślenie legło u podstaw tego przedsięwzięcia. Bo nie zobaczyłam tam ani bogatej choreografii, ani nowatorskiej inscenizacji, ani dobrego warsztatu zawodowego aktorów. Stworzenie tego typu widowiska jest - przepraszam za szczerość - łatwe. Wystarczy do tego jedynie spora dawna odwagi, wręcz ekshibicjonizmu i sprawne, wygimnastykowane ciała. Tylko tyle!

Po obejrzeniu tego spektaklu dużo myślałam o wolności artystycznej. Że ogólnie jest potrzebna i nikt nie powinien wolnym artystom w wolnym kraju zamykać ust, ani czegokolwiek innego. Bo na tym opiera się demokracja, rozwój społeczeństw i ewolucja cywilizacyjna. Z drugiej jednak strony wolność artystyczna to także prawo recenzenta do nazwania słabego jakościowo widowiska, które budowane jest wyłącznie na sile prowokacji i kontrowersji wydmuszką i miernotą. Ktoś musi mieć odwagę powiedzieć, że król jest nagi. I się pod tym podpisać. To także wolność artystyczna.

(zs)

Małgorzata Tokarz
RESinet.pl
10 kwietnia 2009

Książka tygodnia

Tamara Łempicka. Sztuka i skandal
Wydawnictwo Marginesy
Laura Claridge

Trailer tygodnia

Artyści w spocie przec...
Andrzej Seweryn, Magdalena Boczarska,...