Czy to koniec?

"Marleni" - reż. Mikołaj Grabowski - Teatr Stary w Lublinie

W dniach 12-20 stycznia przez cały tydzień każdego wieczoru na deskach Teatru Starego w Lublinie lubelska widownia jeśli nie podziwia, to z pewnością jest zaintrygowana fabułą, z uwagą ogląda spektakl „Marleni"- po raz pierwszy wystawiony w polskiej wersji językowej.

Sztuka niemieckiej pisarki Thei Dorn wyreżyserowana przez Mikołaja Grabowskiego w obsadzie: Grażyny Dyląg jako Leni Riefensthal oraz Iwony Bielskiej w roli Marleny Dietrich jest opowieścią może zbyt krótką, jak słusznie zauważyła po spektaklu Iwona Bielska, o dwóch kobietach, które znalazły się pod dwóch stronach barykady. Jedna w faszystowskich Niemczech, druga mając męża żydowskiego pochodzenia po stronie Stanów Zjednoczonych.

Fabuła sztuki jest rzeczywiście krótka, Leni na początku lat 90-tych przyjeżdża do Marleny Dietrich do jej paryskiego mieszkania, aby zaproponować jej rolę w filmie, który chce wspólnie z nią nakręcić. Oczywiście, ta sytuacja nigdy naprawdę nie miała miejsca. Dialog między kobietami jest jakby majaczeniem sennym Marleny przed jej śmiercią. Surrealistyczną wizją, dialogiem z własnym sumieniem, który przypomina o Niemczech. Ale... jakich Niemczech? Tych, które zapamiętała Marlena jako młoda dziewczyna zakochana w poezji Goethego i w swoim mężu, czy też w Niemczech silnych, które zapamiętała Leni, dających jej siłę i wiarę w triumf, który może odnieść jako reżyser i operator kamery? Dla Marleny wspomnienie faszystowskich Niemiec może być tylko koszmarem sennym, zmorą, której najchętniej „odstrzeliłaby łeb". Sięga więc po pistolet, chce strzelić, brakuje jednak sił.

Leni Riefensthal, jak relikt przeszłości. Przypomina jej o tym co już utracone ale również wcześniej znienawidzone. Nienawiść i pogarda dla faszystów może mieć już tylko jedno ujście. Wszystkie nieczystości zgromadzone w nocniku pod łóżkiem, Marlena, jak ból swojej duszy, która nie może już krzyczeć, wylewa na twarz Leni. Mocna scena z ogromną siłą wyrazu nasuwa wspomnienia z roli filmowej w „Weselu" Smarzowskiego, gdzie z równą nienawiścią pomyje wylewane są na druhnę. Whisky pod poduszką i nadużywanie alkoholu, z kolei jest jakby połączone niewidzialną nicią z rolą alkoholiczki, z filmu „Pod mocnym Aniołem" tego samego reżysera.

Aktorki są w rzeczy samej „odzierane do kości", wszystko co mogłoby mieć fundamentalne znaczenie musi mieć swój rezonans akustyczny tu i teraz w sztuce. Mikołaj Grabowski zgodnie z nurtem teatru laboratorium Jerzego Grotowskiego zaciera dystans, jaki dzieli aktora od tego kim jest i jaką rolę odgrywa. Ewa Bielska i Grażyna Dyląg pod maską sztuki Thei Dorn tak naprawdę grają siebie. Nie robią zbędnych charakteryzacji upodabniających ich do Leni czy Marleny. Są dwiema kobietami, z których jedna pozostała w Polsce Ludowej, a druga wyjechała do Austrii realizując się jako wykładowca w szkole filmowej. Zaskakujący widownie kostium Marleny nie jedwabna koszula z lat 30-tych, którą pamiętamy ze srebrnego ekranu lecz wygodna piżama właśnie taka, która mogłyby być piżamą zarówno Ewy Bielskiej jaki i idącej z duchem czasu modnej Marleny, pozwala widzom odczuć, że to wszystko mogłoby się dziać także w jego domu. Czy Leni również staje się Grażyną Dyląg i na odwrót? Przez balkon do mieszkania Marleny wchodzi wysportowana seksowna kobieta w dresie przypominającym do złudzenia oficjalny olimpijski strój reprezentacji Niemiec z lat współczesnych. Tak, to Leni Riefensthal, która wzbudza ciepłe skojarzenia nie przywołując w pamięci żadnych emblematów faszystowskich. Czysta biel i głęboka czerń jakby odzwierciedlały jej ideały. Proponując wspólny film Marlenie, pragnęła osiągnąć swoje mistrzostwo, swój „intelektualny medal olimpijski".
Tak, Grażyna Dyląg również w pewnym sensie gra siebie. W spektaklu instruuje Marlenę, jak ma zachowywać się przed kamerą, powiela swoje schematy utrwalone w szkole aktorskiej, w której na co dzień pracuje ze studentami.

W sztuce nie ma przesady w naśladowaniu gestów typowych dla Marleny czy też salutów u Leni na cześć Hitlera. Nie to było celem Mikołaja Grabowskiego. Zauważalna jest natomiast ogromna dbałość o szczegóły, np. w zachowaniach, które charakterystyczne są dla osób starszych, cierpiących na wiele dolegliwości. Nie jest łatwo zagrać wszystkie starcze niedołęstwa osobie w sile wieku. Tym większe brawa dla Iwony Bielskiej, za zrozumienie i przeniesienie na sceniczne deski wszelkich starczych zachowań i za prawdziwość ducha starości ciała i umysłu kobiety.

Słowa uznania również dla pozostałych realizatorów, a zwłaszcza pracujących nad oświetleniem. Metafora śmierci, jako światła punktowego zmniejszającego swoją średnicę aż do zaniku twarzy Marleny, bez słów, powiedziała bardzo wiele. Światło reflektorów, które tysiące razy oświetlały Marlenę w całej jej krasie, teraz stopniowo zanika, aż wreszcie pozostaje tylko... ciemność. W ciemności i w ciszy pozostaje także widownia. Jakby śmierć przerwała coś, co nadal powinno trwać.

Spektakl nagle staje się zbyt krótki. Jak życie osoby, którą kochamy.

To już koniec? Pytamy.

Ale reżyser pozwala każdemu z widzów dopowiedzieć swój koniec.
A koniec? Koniec może być zaskakujący. Nawet dla nas samych.

Koniec.

Dorota Pogorzelska
Dziennik Teatralny Lublin
19 stycznia 2019

Książka tygodnia

Monty Python. Autobiografia według Monty Pythona
Czwarta Strona - Wydawnictwo Poznańskie Sp. z o.o.
Monty Python

Trailer tygodnia