Damą być, ach damą być!

Rozmowa z Beatą Tyszkiewicz

Choć nazywano ją "Catherine Deneuve Wschodu" lub "Polską Sophią Loren" pierwsza dama polskiego filmu, ze skromnością i powściągliwością, z dużym dystansem podchodzi zarówno do swej urody jak i do zawodu.

A dama pije, pali i przeklina - taka jest jedna z ostatnich recept Beaty Tyszkiewicz na damę

Nie uważam się za osobę bardzo urodziwą. Wiem, że jestem jedynie fotogeniczna. Zawsze powtarzałam swoim operatorom, żeby mnie fotografowali pięknie, bo jak będę wyglądać tak jak w życiu, to nie będę miała za co żyć. Widziałam wiele pięknych kobiet, ale ja nie mam z nimi nic wspólnego - mówi Beata Tyszkiewicz. Chyba nieco kokieteryjnie, bo trudno uwierzyć, że nie jest świadoma swej jakże arystokratycznej urody.

Choć nazywano ją "Catherine Deneuve Wschodu" lub "Polską Sophią Loren" pierwsza dama polskiego filmu, ze skromnością i powściągliwością, z dużym dystansem podchodzi zarówno do swej urody jak i do zawodu.

A przecież zagrała w dziesiątkach filmów u wybitnych reżyserów: Wojciecha Hasa, Andrzeja Wajdy, Krzysztofa Zanussiego czy Claudea Leloucha. Była niezapomnianą Izabelą Łęcką w "Lalce" Hasa, wcześniej Beatą we "Wszystko na sprzedaż" Wajdy, filmie opowiadającym o tragicznej śmierci Zbigniewa Cybulskiego. Wystąpiła w filmie "Marysia i Napoleon" Leonarda Buczkowskiego i ponownie u Wajdy w "Popiołach". - Zagrałam w ponad stu filmach, zadowolona jestem może z piętnastu minut.

***

Zdążyła urodzić się przed wojną. W Wilanowie. W letniej rezydencji króla Jana III Sobieskiego. Dokładniej, w lewym skrzydle pałacu. Tam hrabiostwo Adam i Beata Braniccy udostępnili apartament jej rodzicom. Posmakowała dzieciństwa z przejażdżkami landem zaprzężonym w piękne konie. Z piknikami na trawie przed pałacykiem w Natolinie. Z podwieczorkami, które przygotowywała ciotka Branicka. Dziś twierdzi, że to beztroskie dzieciństwo wydaje się jej jak z literatury lub filmu.

Ostatnio nasza bohaterka herbu Leliwa zasłynęła powiedzeniem: Uważam, że dama pije, pali i przeklina, to jest moja recepta na damę. Nic złego w tym nie widzę. Potrafię mieć ze sobą na różnych przyjęciach taką małą srebrną piersióweczkę, bo czasem się trzeba rozgrzać, a czasem się postawić.

- Po zakończeniu wojny mama wyjechała z nami do Jeleniej Góry, gdzie prowadziła Dom Pracy Twórczej. Przyjeżdżali tam profesorowie: Michałowski, Tatarkiewicz, Pigoń, bywała Maria Dąbrowska. Z kolei, kiedy mama pracowała w "Szpilkach", miałam prawo siedzieć przy kawiarnianym stoliku z największymi: Adolfem Dymszą, Antonim Słonimskim czy Otto Axerem. To był czas szybkiego dojrzewania i nauki od wielkich autorytetów. Dziś, wśród moich rówieśników, bardzo mi ich brakuje - wspominała podczas spotkania.

***

Na plan filmowy trafiła będąc 16-letnią uczennicą liceum. - Był 1956 rok. W mojej szkole zjawił się asystent reżysera Antoniego Bohdziewicza. Szukał dziewczyny, która zagrałaby Klarę w "Zemście". Niezależnie od tego, moja przyszywana ciotka umówiła moją matkę i mnie z Bohdziewiczem. Tylko mama wiedziała, po co idziemy na spotkanie. Reżyser szukał autentycznej "dziewczyny z dworku", a ja taką właśnie byłam. Grono pedagogiczne szkoły było oburzone. Przecież wtedy dziewczęta nie grały w filmach! Na szkolnym świadectwie miałam więc 11 ocen niedostatecznych. Nie chcieli takiej uczennicy i wywalono mnie. To był protest pedagogów przeciwko mojemu występowi. Musiałam znaleźć nowe liceum.

W warszawskiej PWST studiowała zaledwie rok, bo ją z uczelni wyrzucono, co komentuje z właściwym sobie zdrowym rozsądkiem: - Zrobiono mi wielką przysługę. Chciałam grać w filmach, zarabiać pieniądze i być niezależną. A studentom szkoły teatralnej nie wolno było występować.

W teatrze wystąpiła tylko w dwóch sztukach. - Jestem zbyt leniwa na teatr, zmusza do straszliwej pracy. Pomyśleć, że Daniel Olbrychski zagrał Hamleta 450 razy. Na samą myśl o tym, chce mi się zemdleć - żartuje. Do końca lat 60. aktorka zagrała w 25 filmach, w tym m.in. w takich obrazach jak: "Dziś w nocy umrze miasto" Jana Rybkowskiego; "Spóźnieni przechodnie" Gustawa Holoubka; "Pierwszy dzień wolności" Aleksandra Forda, "Rękopis znaleziony w Saragossie", "Lalka" Wojciecha J. Hasa.

Aktorka chętnie angażowana była też przez reżyserów zagranicznych. Zaprosił ją m.in. Andriej Konczałowski do roli Warwary Ławreckiej w "Szlacheckim gnieździe" według prozy Iwana Turgieniewa. W filmie zagrali Nikita Michałkow i Irina Kupczenko, a zdjęcia kręcił wybitny operator Georgi Rerberg. - Atmosfera była niezapomniana. Sceny wielkich przyjęć kręciliśmy w cudownych pałacach carskich pod Petersburgiem, które były oświetlone tysiącami świec. Dom Konczałowskich-Michałkowów położony niedaleko Moskwy też był jak ze sztuk Czechowa.

***

Pani Beata twierdzi, że nigdy nie przywiązywała wagi do stroju, choć uchodzi za osobę elegancką. Czy zdaniem Beaty Marii Heleny hrabianki Tyszkiewiczówny-Kalenickiej strój zdobi człowieka, jak zwykło się mawiać w "wyższych sferach"?

- Cóż, mówi się, że zdobi. Ale moim zdaniem jest to bardzo względne. Strój równie dobrze może zdobić, jak kompromitować. A kompromituje, kiedy za dużo piórek. Nie twierdzę, że nie należy nosić żadnego piórka, jeśli są one modne. Jak się chce, można nosić. Ale tak, by nie zgubić w tych piórkach siebie. Ważny jest umiar i takt, jak we wszystkim. Znam osoby, które przywiązują ogromną wagę do stroju. Wydają na ciuchy mnóstwo pieniędzy. Jeśli robią to dla siebie, po to, żeby sobie się podobać, podnieść samopoczucie do lekkiego stanu podgorączkowego, jest to fantastyczne. Ale gdy chodzi tylko o to, by spodobać się innym, najczęściej wychodzi z tego groteska.

Powiem tak: jak idzie się na czyjś ślub, trzeba uważać, żeby nie być lepiej ubranym od panny młodej. Bo nie wypada! - twierdzi w jednym z wywiadów. A w kolejnym dodaje: Jestem do znudzenia perfekcyjna, ale nie spędzam wiele czasu przed lustrem. Wolę robić przetwory, piec albo coś ugotować. Karolina, starsza córka, pod tym względem jest do mnie bardzo podobna. Mieszka na wsi i żyje zupełnie czymś innym niż stroje i makijaż. Bo, a to kury jedwabiste siedzą akurat na jajkach, a to urodziło się siedem kotów rasy Maine Coon, a to ptactwem ozdobnym trzeba się zająć. To są prawdziwe problemy. Nigdy nie marnowałam pieniędzy na szmatki, fatałaszki. Jeśli wydam raz na pół roku 500 złotych na garsonkę albo bluzkę, to góra... Irena Kwiatkowska powiedziała mi, że jeśli mam w szafie rzeczy, których nie noszę, to powinnam czuć się tak, jakbym je ukradła. Trzeba je nosić albo rozdać. I miała świętą rację.

Kiedy spotkałyśmy się przed kilkoma laty, zaskoczyła mnie swoją bezpośredniością, ujmującą wręcz życzliwością i poczuciem humoru. Wytworna, z charakterystycznymi gestami, przez niektórych uważanymi za manieryczne i arystokratyczne. W trakcie rozmowy podziwiałam jej opanowanie, nawet pewną flegmatyczność. Wydaje się, że sposobem na życie aktorki jest siła spokoju, że bardzo trudno wyprowadzić ją z równowagi.

- Mój sposób na życie opisałam w mojej książce "Kocha, lubi i żartuje". To są opowieści o ludziach, których spotkałam: o przyjaciołach, znajomych, ale też o nieznanych mi osobach, spotykanych na ulicy, mijanych w sklepie. Jacy są? Jaką odbyli drogę? Kim chcieli być? Co im w życiu nie wyszło? W jakich okolicznościach dojrzewali? To mnie zawsze bardzo interesowało. Odstawiłam więc na chwilę swoje życie, by przyjrzeć się otaczającym mnie ludziom spotkanym w różnych miejscach: w domach, na ulicy, w trakcie moich licznych podróży. Ciekawi mnie mijana kobieta: Dlaczego idzie taka sztywna i chłodna? Kim może być? Dlaczego zawsze chodzi sama? To jest szukanie odpowiedzi na pytanie: Kim są ludzie? Jaki los ich spotkał? Czy wykorzystali swoje życiowe szanse? W ten sposób odreagowuję nasz szalony, pędzący świat. Ja nigdzie nie pędzę, bo nie mam dokąd. Jestem bardzo pracowita i zarazem bardzo leniwa. Jeśli pracuję, to nie zawsze robię to, co bym chciała. A leniuchując - owszem: przygotowuję kolekcję płaszczyków, sweterków dla małych dzieci. Albo piekę, gotuję, robię konfitury lub coś piszę.

***

Nie tak dawno znów rozmawiałyśmy, plotkując m.in. o "Tańcu z gwiazdami", gdzie jest jurorem. - Kiedy patrzę na te wirujące pary, to moje serce aż rwie się do tańca, ale inni robią to znacznie lepiej.

Jak żyje na co dzień gwiazda, której wdzięk i urodę podziwiamy na kinowych i telewizyjnych ekranach? - Żyję normalnie, prowadzę dom, sprzątam, gotuję i na śniadanie jadam grzanki z pasztetem. Nie piję soków i nie mam trzech gospodyń, jak niektórzy to sobie wyobrażają. Jestem bardzo zajęta. I w związku z tym nie mam czasu, żeby rozpamiętywać ilość upływających lat, przybywających zmarszczek. I tego też życzę wszystkim Czytelnikom Seniorom na Święta.

Jolanta Ciosek
Dziennik Polski
22 grudnia 2015

Książka tygodnia

Teatr lalek w dawnej Polsce
Fundacja Akademii Teatralnej i Akademia Teatralna
Marek Waszkiel

Trailer tygodnia