Dechowsk nad Olzą

"Gąska" - reż. Bogusław Słupczyński - Scena Polska Teatru Cieszyńskiego

Bez wątpienia „Gąska" Nikołaja Kolady w wersji zaproponowanej przez Bogusława Słupczyńskiego i aktorów Sceny Polskiej Teatru w Czeskim Cieszynie należeć będzie do najważniejszych realizacji tego dramatu na polskich scenach. Cieszyńska „Gąska" uwodzi i niepokoi.

Bogusław Słupczyński - reżyser – znany dotąd przede wszystkim ze sceny alternatywnej – tym razem sięgnął po współczesną klasykę – dramat Nikołaja Kolady „Gąska", której akcja rozgrywa się w gdzieś w Rosji, na przykład w Dechowsku.

Słupczyński i jego nieodżałowany (zamknięty w tym roku) teatr Cieszyńskie Studio Teatralne, dali się zapamiętać przede wszystkim jako twórcy kilkunastu niezwykłych spektakli – od „Drogi żywieckiej", przez dyptyk o bokserze Bolko Kantorze, po doskonałego „Szlemiela" według opowiadania I. B. Singera.

„Gąskę" - klasyczny dramat wystawiony w klasycznym teatrze – na Scenie Polskiej Teatru Cieszyńskiego – też zaliczyć trzeba do grona przedstawień niezwykłych.

Pomysł Słupczyńskiego, by sięgnąć po znany i cieszący się uznaniem na świecie dramat Kolady – dla tych, którzy znają drogę twórczą reżysera – wydawać się mógł karkołomny. Co najmniej z kilku powodów: sztuka jest dość często wystawiana, jest wyraźnie rosyjska, jej tematu trudno szukać na pierwszych stronach gazet, cieszyńska publiczność ma wyraźny rys (i potrzeby). Reżyser zaryzykował. Pomysł okazał się strzałem w dziesiątkę.

„Gąska" (Oryginalny tytuł „Kurica") w ostatnich latach wystawiany był na deskach polskich teatrów kilkanaście razy. Jeśli wierzyć statystykom od 2004 roku profesjonalne teatry repertuarowe sięgnęły po ten tekst 13 razy. Niektóre realizacje warto zapamiętać. W tej grupie są bez wątpienia „Gąski" w reżyserii Kariny Piwowarskiej (Teatr Polski w Poznaniu, 2004 r.), Tomasza Obary (Teatr Ludowy w Nowej Hucie, 2006 r.) i Mirosława Bednarka (Teatr im. Jana Kochanowskiego w Opolu, 2013 r.). Teraz do tego grona dołącza realizacja Słupczyńskiego.

Dla reżysera cieszyńskiego teatru granicą jest tylko wyobraźnia. W jego ujęciu „Gąska" to komedia ludzka, a więc poniekąd również minitragedia. Zresztą jako komedię ludzką czyta ją sam autor dramatu – tak przynajmniej deklaruje na swojej stronie internetowej. Inni reżyserzy często akcentują wątek komediowy „Gąski", zapominając, że w teatrze czasem warto płakać przez łzy. Słupczyński czyta tekst Kolady inaczej. Słowa głaszcze pod włos. Co więcej – świadomie rezygnuje ze scen najbardziej zabawnych i części humorystycznych dialogów.

Rosja „Gąski" Słupczyńskiego jest prowincjonalną Rosją rzeczywiście, ale jest też każdą prowincją (w pozytywnym znaczeniu tego słowa), jest więc też Cieszynem (i Czeskim Cieszynem), jest prowincjonalnym Wszędzie.

Oczywiście to, że widz ma możliwość zajrzenia do tego świata to przede wszystkim zasługa reżysera, jego koncepcji konstruowania świata, i sugestywnej gry jego aktorów. Ale trzeba też docenić pracę scenografki Marty Roszkopfovej. Zaproponowała proste rozwiązanie: szare konstrukcje – ściany, ustawione tak, że tworzą złudzenie głębi i dają widzom możliwość zaglądania na kilka planów. Mimo klasycznego podziału widownia – scena, taka scenografia daje odbiorcy poczucie, że jest krok bliżej akcji niż zazwyczaj bywa w tradycyjnym teatrze. Na jednej ze ścian prawosławna ikona, na sąsiedniej stary numer dziennika „Prawda" - rozdarta Rosja w pigułce, w jednej metaforze, w skrócie myślowym. Ale i rozdarta prowincja w pigułce, każda prowincja. Nota bene Marta Roszkopfová przygotowywała już scenografię do „Gąski" dla teatru w Czeskim Cieszynie. Niemal dokładnie rok przed polską premierą – dla sceny czeskiej. Obie propozycje organizacji przestrzeni – w polskiej „Gąsce", i w czeskiej – są zdecydowanie różne. To świadczy o niezwykłym wyczuciu scenografki, o unikatowym czytaniu intencji twórców na scenie - również czytaniu w myślach.

Prowadzeni po raz pierwszy przez tego reżysera aktorzy grają ekspresyjnie. Chwilami nawet nadekspresyjnie. Jakby byli postaciami z dramatu Michela de Ghelderode albo ze sztuki Witkacego (po którego Słupczyński też wcześniej sięgał). W tej nadekspresji aktorzy zaufali reżyserowi. Widz też ma pewność, że świadomie przerysowano psychologię postaci. Ałła grana przez Małgorzatę Pikus od pierwszej sceny nadaje sztuce tętno i temperaturę. Jej ekspresja zaraża inne postaci. Spokojna Nonna-Gąska, w którą wcieliła się Joanna Gruszka, jest przeciwieństwem Ałły. Ale gdy trzeba też jest bliska szału. Ten jej szał graniczy ze szczerością. A spokój, szczerość i szał uwodzą widza. Diana (Lidia Chrzanówna) robi wrażenie najbardziej pogubionej w życiu ze wszystkich „trzech sióstr". Emocje częściowo ukrywa pod nałogiem.

W propozycji zespołu Słupczyńskiego postaci kobiece są zarysowane wyraźniej niż męskie. Choć i mężczyznom – Fiodorowi (Janusz Kaczmarski) i Wasilijowi (Dariusz Waraksa) nie brakuje wyrazistości, inny jest jednak jej „kaliber". Wszystkie postaci łączy jedno: zagubienie.

Z kolei epizodyczne postaci sąsiadów (Anna Paprzyca i Piotr Rodak) spawiają wrażenie uciekinierów z innej prowincji, być może tej znanej z dramatu Ivo Brešana „Przedstawienie Hamleta we wsi Głucha Dolna".

Temat sztuki, sceneria, konstrukcja postaci sprawiają, że skojarzenie z filmem Agnieszki Holland „Aktorzy prowincjonalni" nasuwa się samo. Twórcy cieszyńskiej Sceny Polskiej grają postacie wykreowane przez Koladę, znane z filmu Holland, ale też poniekąd i samych siebie. Czyż zagubienie nie jest w ogóle wpisane w profesję aktora? Nieważne czy grającego na Broadwayu, na West Endzie, czy w Cieszynie. Czyż zagubienie nie jest wpisane w życie prowincji? W Rosji, w Polsce, w Czechach, wszędzie?

Paradoksalnie – dojrzałość spektaklu Bogusława Słupczyńskiego – nie zawsze może tej realizacji pomagać. Wszystko bowiem – jak to w teatrze bywa - w rękach widowni. Profil widowni w dużym stopniu wpływa na „żywą legendę" spektaklu. Tak będzie zapewne i w przypadku „Gąski". Na premierze część cieszyńskiej publiczności nadspodziewanie często kaszlała. Wprawdzie premiera miała miejsce w okresie, gdy jeszcze wiosna nie widziała czy ma być raczej ciepła, czy raczej chłodna, ale nadreprezentacja przeziębionych widzów była zaskakująca. Teatralna wręcz. To mógł być sygnał wysyłany przez grupę widzów w stronę trupy „Gąski". Ale czy to źle? Jak podpowiada historia teatru podobnie reagowano przecież na przykład na pierwszych przedstawieniach „Czarodziejskiego fletu" Mozarta.

„Gąska" Słupczyńskiego zderzy się z różnymi widowniami. Spektakl ma być pokazywany w wielu miejscach po obu stronach Olzy. I każdy będzie miał szansą znaleźć dzięki niemu część swojego świata. Nieważne czy kaszląc, czy płacząc, czy śmiejąc się – nawet przez łzy.

Piotr Machul
Dziennik Teatralny
7 czerwca 2016

Książka tygodnia

Nice, cosie i duchy. Eseje o sztuce
Pewne Wydawnictwo
Michał Krawczyk

Trailer tygodnia