Disney? Nie o to nam chodziło...

"Kopciuszek" - reż. Anna Smolar - Narodowy Stary Teatr w Krakowie

Na „Kopciuszka" Anny Smolar iść warto, a wręcz iść trzeba, bo z jednej strony gwarantuje interesująco (i niezwykle przyjemnie) spędzone dwie godziny – zarówno dla młodszych, jak i starszych grup wiekowych, a także stałych i bardziej okazjonalnych bywalców teatrów; natomiast z drugiej otwiera ogromną przestrzeń do rozmowy na niezliczona liczbę tematów – od zagadnień czysto teatrologicznych, aż po psychologiczne czy socjologiczne.

... i całe szczęście, bo trudno wyobrazić sobie większy fałsz, niż teatralną imitację disney'owskiej wersji „Kopiciuszka". Na szczęście twórcy spektaklu, który od 24 marca 2017 roku możemy oglądać na scenie kameralnej Teatru Starego w Krakowie, konsekwentnie idą na przekór estetyce, jakiej moglibyśmy się spodziewać, mając w pamięci animację z 1950 roku. Dzięki temu dostajemy przedstawienie łączące w sobie cechy świeżości formy i aktualności tematyki z doskonałym spektaklem dla młodszych (nie bardziej naiwnych!, o czym często się zapomina) widzów.

„Kopciuszek" Anny Smolar ucieka, przed chyba największym błędem, jaki można popełnić robiąc spektakl dla dzieci – nie popada w banalność i prostotę, wychodząc z założenia, że dzieci to tacy „gorsi i głupsi, mali ludzie", którzy mniej rozumieją, i którym można podać gorszy produkt niż ich rodzicom. Dostajemy bowiem pełnowartościową opowieść o młodej dziewczynie Kosi (świetna Jaśmina Polak, które w wyniku śmierci ciężko chorej matki, trafia ze średnio rozgarniętym ojcem (Zbigniew W. Kaleta) do szklanego domu macochy (Małgorzata Markowska) i jej dwóch słodko-demonicznych córek (Małgorzata Gorol i Marta Ścisłowicz). Zarys fabuły jest znajomy, jednak, o ile w funkcjonującej w naszej pamięci baśni problemy Kopciuszka odsunięte zostają na drugi plan i ustępują miejsca księciu i pantofelkowi, o tyle u Anny Smolar to właśnie one stanowią najważniejszy element spektaklu. Kosia zostaje zderzona z rzeczywistością, która nasycona jest zasadniczymi z punktu widzenia naszej codzienności sytuacjami, z jakimi muszą borykać się młodzi ludzie (a i nierzadko ludzie nieco starsi). Nowa żona jej ojca nie jest tylko „złą macochą", ale także osobą uwikłaną w konwencje i opętaną potrzebą awansu społecznego czy wpasowania się w narzucane kanony piękna. Jej przybrane siostry uosabiają jeden z silnie obecnych, a niezwykle niebezpiecznych trendów, obecnych zwłaszcza w społecznościach w szkolnych, w których jednostki są tyranizowane przez rówieśników, wykluczane z grona towarzystwa i podlegają nieustannemu naciskowi psychicznemu. Co więcej, musi również zmierzyć się z politycznie aktualnymi zagadnieniami feminizmu i płciowości („co to znaczy być kobiecą?", „czy płeć wróżki – genialny Bartosz Bielenia – ma jakiekolwiek znaczenie?"), które jednak zostają wprowadzone w tak subtelny i umiejętny sposób, że w żadnym wypadku nie rażą i nie zniechęcają – są raczej pytaniami, na które każdy musi sobie odpowiedzieć, a nie gotowymi odpowiedziami.

Na to wszystko nakłada się konieczność przepracowania traumy związanej z utratą matki. To kolejny silny element spektaklu Smolar – kwestia ta jest potraktowana ambitnie i bynajmniej nie schematycznie. Możemy przypuszczać, że bezpośrednia praca nad inscenizacją została poprzedzona badaniami nad zagadnieniem psychologicznych następstw utraty bliskich w młodym wieku. Niezwykle inteligentne jest dramaturgiczne przesunięcie, skutkiem którego ciężkie prace domowe, wykonywane przez Kosię, nie są jedynie obowiązkiem nałożonym przez macochę, ale przede wszystkim stanowią efekt samosądu Kopciuszka, który nie umie poradzić sobie z winą, ciążącą na niej w jej mniemaniu przez przerwę w nieustannym wspominaniu matki. W tym kontekście intryguje także postać księcia (w tej roli również wszechstronny Bielenia), który nie jest wymarzonym mężczyzną, z którym można by spędzić resztę życia, ale samotnym i nieśmiałym chłopcem, oszukiwanym przez ojca i wierzącym, że zadzwoni jego zmarła przed dziesięciu laty matka. Stanowi on swego rodzaju antagonistę, którego sytuacja pozwala wydobyć się Kosi z jej własnych traum (a równocześnie ona pomaga jemu – wyzwalając go z bolesnego życia w fałszu). W spektaklu Smolar sukcesem nie jest „i żyli długo i szczęśliwe", a raczej uporanie się z własnymi problemami.

Wszystko to zdaje się odkrywać przed nami głębszą myśl, która stała u podstaw realizacji spektaklu dla dzieci na deskach Teatru Starego w Krakowie. W sposób perfekcyjny obrazuje to scena balu, na który macocha wraz z mężem i córkami przychodzą ubrani w XVI-wieczne stroje dworskie, wystawiając się na pośmiewisko w oczach innych, zupełnie współcześnie ubranych, gości. Otóż tak jak nie można założyć, że tradycja balowa wymaga tradycyjnych (dawno zapomnianych) strojów, tak też nie powinno się zakładać, że zetknięcie dzieci ze współczesną sztuką i prawdziwymi (i prawdziwie przedstawionymi!) problemami pozostanie dla nich niezrozumiałe (co z automatu skazuje ich jedynie na teatralną estetykę rodem z ubiegłego wieku).

Na „Kopciuszka" Anny Smolar iść warto, a wręcz iść trzeba, bo z jednej strony gwarantuje interesująco (i niezwykle przyjemnie) spędzone dwie godziny – zarówno dla młodszych, jak i starszych grup wiekowych, a także stałych i bardziej okazjonalnych bywalców teatrów; natomiast z drugiej otwiera ogromną przestrzeń do rozmowy na niezliczona liczbę tematów – od zagadnień czysto teatrologicznych, aż po psychologiczne czy socjologiczne. Twórcy spektaklu podjęli się zadania niełatwego, ale efekt, który udało im się osiągnąć bez wątpienia może imponować. Także najpierw do Starego na „Kopciuszek" a następnie śledzić karierę Anny Smolar, bo o tym nazwisku jeszcze usłyszymy.

Maciej Guzy
Dziennik Teatralny Kraków
5 maja 2017
Portrety
Anna Smolar

Książka tygodnia

Paragon
Wydawnictwo Mamiko
Justyna Nawrocka

Trailer tygodnia