Diwa smutku

Rozmowa z Ewą Kasprzyk

Wszyscy jesteśmy trochę jak krawcy. Bierzemy miarę z ludzi, fastrygujemy, prasujemy, dopinamy, myśląc, że będą w tych ubraniach chodzić. W pewnej chwili zastygam na scenie. Pojawiają się partnerzy Lucien Moris, Luigi Tenco, Richard Chanfrey, jak trzej muszkieterowie, o których piszę na ścianie "wybaczcie, ale moje życie stało się nie do zniesienia".

Z Ewą Kasprzyk rozmawia Bohdan Gadomski w Tygodniku Angora.

Bohdan Gadomski: Czy przypadająca w tym roku 85. rocznica urodzin sławnej francuskiej piosenkarki Dalidy była pretekstem do wystawienia sztuki Przemysława Malickiego "DalidAmore, czyli kochaj, całuj i płacz"?

Ewa Kasprzyk- Myślę, że to się fantastycznie zbiegło, ale nie było moim punktem odniesienia. Natomiast ja już dawno fascynowałam się karierą, życiem i wielkością Dalidy. Dzisiaj jej piosenki zostały trochę zapomniane przez młode pokolenie, więc chciałam ją przypomnieć. Przez pryzmat Dalidy chciałam dotknąć kondycji wielkiej artystki z wielkim światłem na scenie, a jednocześnie z nieszczęśliwym życiem osobistym. Postanowiłam zetknąć wielką artystkę w światłach sceny z cieniem rzuconym na jej życie.

Jak wpadła pani na pomysł zrobienia ze sztuki monodramu?

- Poprosiłam autora o napisanie monodramu, ponieważ czułam głód mojej własnej wypowiedzi, bo zagranie tej historii w sztuce wieloosobowej tego nie spełnia. Pojechałam do Indii, a Przemysław Malicki zabrał się do pracy. Po powrocie byłam pełna siły i zabrałam się do pracy. Pierwotnie w sztuce występowały manekiny, które symbolizowały poszczególnych partnerów Dalidy, ja postanowiłam je ożywić, angażując tancerzy - może trudniej, ale przyjemniej! Przypomnę, że wszyscy partnerzy gwiazdy popełnili samobójstwo.

Od zawsze lubiła pani Dalidę?

- Kiedyś zainspirował mnie do pomysłu zrealizowania sztuki o niej Tomasz Raczek, który powiedział, że mam coś z Dalidy. Zapamiętałam to.

Za co lubiła pani Dalidę?

- To kobieta, która wiecznie poszukiwała miłości. Uciekła z Egiptu i pomyślałam, jak wielką drogę musiała przejść w swoim życiu do osiągnięcia sukcesu. Wydała 180 płyt, miała muzycznego Oscara. Była jak Brigitte Bardot swojej epoki i ja chciałam przywrócić jej wielkość, przypomnieć o niej światu.

Domyślam się, że pracując nad monodramem o tej wielkiej gwieździe piosenki, żyła pani jej życiem?

- Przez dwa miesiące. Słuchałam jej piosenek, w których jej głos był spokojny i wyważony. Ona nigdy nie podlizywała się publiczności nawet wtedy, gdy zaproponowano jej śpiewanie muzyki dyskotekowej. Odkrył ją Barkley, który otworzył we Francji pierwszy klub dyskotekowy po wojnie. Dalida ma wiele twarzy. Nigdy nie pomyślałam, że będę Dalidą w skali jeden do jednego, dlatego że ten spektakl, który wyreżyserowałam, dzieje się po jej śmierci, kiedy idzie do raju. Poszła tam, bo jej się to należało za piekło, które przeżyła na ziemi.

Ciekawy jestem, w jaki sposób przygotowywała się pani do tego monodramu?

- Nie śpiewam na żywo, ale do spektaklu musiałam nauczyć się języka francuskiego. Gdybym była piosenkarką na miarę Dalidy, to pewnie zrobiłabym recital z jej piosenkami. Jestem aktorką, która w jakiś sposób chce chwycić jej aurę. Poznałam panią, która była na jej koncercie w Carnegie Hall i była zachwycona, a teraz zobaczyła we mnie Dalidę i jest to dla mnie najwspanialsza recenzja.

Czy widziała pani film "Dalida. Skazana na miłość"?

- Po obejrzeniu tego obrazu pomyślałam sobie, że jest to strasznie smutna historia. Wspaniała jest aktorka, która ją gra i przez moment pomyślałam sobie, że nie chcę robić monodramu o śmierci, bo byłby bardzo przygnębiający. Zrobiłam spektakl o miłości - jest metafizyczny i czasami odnosi się do realiów polskich. Druga część jest szalenie serio - to spotkania ze wszystkimi partnerami jej życia; przypominam też epizod, kiedy zakochał się w niej włoski student. Przyszedł do niej do garderoby i wręczył tomik wierszy.

Co było najbardziej charakterystyczne dla Dalidy?

- Myślę, że gdybym ją spotkała prywatnie, to znalazłybyśmy wspólny temat: jak odnaleźć się w życiu, jak się spełnić, dlaczego nie znajdujemy na swojej drodze życia takich mężczyzn, z którymi byłybyśmy szczęśliwe. Cały świat zazdrościł Dalidzie, że jest taka piękna i wspaniała, a ona zazdrościła wszystkim, którzy mieli normalne domy, normalne rodziny, dzieci i domowe ciepło. Ja sama nie mam do końca poukładanego życia i myślę, że dlatego jest mi ona bardzo bliska.

Od śmierci Dalidy minęło 30 lat. Sądzi pani, że udało się jej przetrwać próbę czasu i nadal fascynuje współczesnych miłośników piosenki?

- Niektórzy kojarzą, gdy podpowie się im tytuły największych przebojów. Mój dyrektor też nie wiedział, dopóki nie wygooglował. Na fali muzyki współczesnej Dalida może dziś ludzi nie kręcić, ale warto o niej pamiętać.

Jak spektakl o Dalidzie został przyjęty na przedpremierowym pokazie w Teatrze Kwadrat w Warszawie?

- Od dawna nie zdarzyło mi się, żeby ludzie wstali i klaskali. Historia wielkiej gwiazdy porwała ich. Byli w euforii.

Jest pani odważna, bo podjęła się reżyserii monodramu, a przecież wiadomo, że bardzo trudno jest reżyserować samą siebie.

- Reżyserzy mówią, że jestem trudna we współpracy, więc postanowiłam sobie zadanie utrudnić i sama ze sobą współpracować. Czwórka tancerzy oczekiwała, żebym ich też reżyserowała. Wychodziłam więc z roli i pełniłam rolę reżysera. Na szczęście odbyło się to bezboleśnie.

Ile piosenek śpiewa Dalida w tym monodramie?

- Trudno policzyć. Tyle co z pamięci to: "Gigi in paradisco", "Monday, tuesday", "Bang-bang", "Gigi L'amoroso", "Besame mucho", "Parole, parole", "Bambino" wersja arabska, "Ti amo", "Ciao, amore".

Jaki utwór kończy spektakl?

- "Kalimba de luna".

Dalida dużo tańczyła w swoich show. Kto przygotowywał choreografię?

- Jacek Wazelin. Moi tancerze na co dzień pracują w Teatrze Variete u Janusza Szydłowskiego; są tam przygotowani także do zadań aktorskich. To najlepsi tancerze. Wszyscy tworzą dwór Dalidy, są jej aniołkami. Jako reżyser musiałam ich trochę zdyscyplinować. Ciężko ich było zebrać razem. Oni mają energię, witalność. Kiedy byłam bardzo zmęczona i nie miałam siły, oni po prostu ożywiali spektakl swoimi pomysłami. Miałam też asystenta Andrzeja Andrzejewskiego, który tak bardzo był w to zaangażowany, że nieraz o 4 nad ranem wysyłałam mu swoje pomysły i on się nie obrażał. Od strony technicznej bardzo mi pomógł.

Czy szkolenie w programie "Taniec z gwiazdami" przydało się tutaj?

- Jak najbardziej, umiałam robić te wszystkie piwoty, nie miałam problemu z rytmem, z wejściem w układy taneczne.

Lubi pani tańczyć?

- Uwielbiam. I pomyślałam sobie o tym, kiedy miałam ciężkie chwile, bo miałam trzy operacje związane z nogą, że będę tańczyć. W chwilach słabości tańczę.

Posmakowała pani tańca estradowego i towarzyskiego. W którym czuje się pani lepiej i pewniej?

- Taniec towarzyski szalenie ogranicza. Najlepiej czuję się, tańcząc na stole.

Ile kreacji zmienia pani w ciągu jednego wieczoru z Dalida?

- Tylko dwie.

Dwie? Jestem rozczarowany...

- Ale te kreacje są mobilne, dzięki pomysłowości Maćka Chojnackiego mam sześć różnych elementów, które mogę odłączyć, wpiąć, w sumie robi się ich wiele. Pierwszy kostium jest estradowo biały z cekinami. Drugi to armagedon! Jest z pagonami i elementami, które zapinam, rozpinam i mam jeszcze maskę - okulary - którą zakładam do sceny śmierci. Do tego czarna suknia. Anioł śmierć rozkłada skrzydła i jest jak pomnik. Kreacje nie odbiegają od strojów Dalidy - jest element kiczu, a przecież nie ma nic lepszego niż dobry kicz.

Co jest najsmutniejsze w tej sztuce?

- Myślę, że podsumowanie jej życia. Dalida mówi: "Myślałam, że byłam piosenkarką, a w rzeczywistości byłam krawcową". Wszyscy jesteśmy trochę jak krawcy. Bierzemy miarę z ludzi, fastrygujemy, prasujemy, dopinamy, myśląc, że będą w tych ubraniach chodzić. W pewnej chwili zastygam na scenie. Pojawiają się partnerzy Lucien Moris, Luigi Tenco, Richard Chanfrey, jak trzej muszkieterowie, o których piszę na ścianie "wybaczcie, ale moje życie stało się nie do zniesienia". Zakładam astronomiczne okulary, a anioł śmierci ze skrzydłami woła Dalidę do siebie; ja kładę się na podeście, na którym występowałam, czyli jakby składam siebie na ołtarzu sztuki, i umieram. W tle słychać utwór "Je suis malade". Ludzie płaczą.

Już pani wie, dlaczego jej wszystkie związki kończyły się rozstaniami i w większości samobójczą śmiercią partnerów?

- Nie możemy sobie zaplanować, że nasze życie będzie szczęśliwe. Tak naprawdę nie wiem, jaka była Dalida w związkach z mężczyznami? Może nie potrafiła zapanować nad nimi. Postawiłabym w tym wypadku duży znak zapytania. A może oni byli słabi, może myśleli, że mając tak wspaniałą osobę, będą się ogrzewać w jej blasku? Odpowiedzi tak naprawdę nie mamy.

Czy była pani w Paryżu na pozłacanym grobie Dalidy?

- Jeszcze nie, ale widziałam ten grób i tę pozłacaną rzeźbę.

Chciałaby pani mieć podobny grób ze statuą naturalnej wielkości?

- A dlaczego nie?

Niedawno oglądałem panią w spektaklu "Kto się boi Virginii Woolf?". Jak pani sądzi, dlaczego została obsadzona w tej roli?

- Miała to grać inna aktorka, którą wybrał reżyser, ale autor musiał zatwierdzić i jej nie zaakceptował.

Co to za aktorka?

- Iza Kuna.

Wcale się nie dziwę, Kuna do tej roli zupełnie się nie nadaje.

- Zadzwonił do mnie Jacek Poniedziałek. Ja byłam wtedy w Grecji, a on powiedział, że bardzo chciałby, żebym to ja zagrała w tym spektaklu. Nie ukrywam, że była to rola mojego życia.

Tym spektaklem wróciła pani do repertuaru dramatycznego. Czy jednakowo dobrze czuje się pani zarówno w jednym, jak i w drugim gatunku?

- Zastanawiam się nad tym, który gatunek bardziej mi odpowiada. Kiedy gram komedię, to niewiele mnie to kosztuje, natomiast lubię się "przeorać", a po spektaklu "Virginii Woolf" tak się właśnie dzieje.

Jakim materiałem aktorskim była Violetta Villas, w którą wcieliła się pani w sztuce "Kallas"?

- To była kolejna osobowość, która mnie zafascynowała. Nie ma już takich jaśniejących gwiazd z tajemniczą aurą, dlatego po takie niezwykłe osobowości sięgam. Mnie interesuje coś, co wymyka się normom. Mój ojciec zawsze mówił: "Ty nie możesz być przeciętna, bo to jest najgorsze".

A jak odbierana jest gwiazda porno Patty Diphusa, którą pani zagrała?

- Patty jest bardzo kiczowata, ale ma swoje prawdy życiowe. Nie można ich dostosować do obowiązujących kanonów. Ona dotyka wszystkiego, co jest modne i abstrakcyjne, doczesne i perwersyjne. Żaden teatr nie chciał tego wystawić i moje pierwsze spektakle odbyły się w klubie "Madame", który już, niestety, nie istnieje. Pojechałam z tym spektaklem za ocean do Nowego Jorku, gdzie zdobył nagrodę publiczności i oczarował amerykańską widownię.

Prywatnie jest pani zupełnie inna niż grane postaci. Ale silny charakter ma pani taki sam jak one.

- Dokładnie pan trafił! Mam swoją drogę w życiu i jej się trzymam.

Jaka będzie Barbara Wolańska w filmie "Kogel-mogel", który macie kręcić po latach?

- Będzie uświadamiać społeczeństwo, jak ważny jest seks w życiu kobiety! Jest wyzwolona i odważna.

___

Ewa Kasprzyk - znakomita, popularna aktorka znów zaskakuje publiczność i wciela się w postać legendarnej gwiazdy francuskiej piosenki Dalidy w widowisku opartym na tekście Przemysława Malickiego "DalidAmore, czyli kochaj, całuj i płacz". W monodramie aktorce, która pełni także rolę reżysera, towarzyszą tancerze pod kierownictwem Jacka Wazelina. Spektakl przedpremierowy miał miejsce w warszawskim Teatrze Kwadrat i cieszy się ogromnym zainteresowaniem publiczności. Po rolach Violetty Villas, Patty Diphusa, Marthy w "Kto się boi Virginii Woolf?" Kasprzyk wspaniale odnajduje się w repertuarze dramatycznym, co czyni z niej aktorkę wszechstronną.

Bohdan Gadomski
Tygodnik Angora
7 maja 2018
Portrety
Ewa Kasprzyk

Książka tygodnia

Mitologia grecka i rzymska - Spotkania ponad czasem
Wydawnictwo Naukowe PWN SA
Katarzyna Marciniak

Trailer tygodnia