Dla takich chwil chcę być na scenie

Rozmowa z Aliną Więckiewicz

- Cały smak teatru dla mnie opiera się na tworzeniu, więc jeśli uda nam się przekonać dzieci do procesu tworzenia, najpierw zwykłych najprostszych lalek, aż do rozbudowanych form, to mamy szansę obudzić w nich ogromny potencjał niezwykłej dziecięcej wyobraźni. Każde ziarenko twórcze ma szanse wykiełkować....trzeba tylko spróbować . Ja od początku swojej drogi, cały czas szukam inspiracji w dziecięcej wyobraźni, to ona jest moim pokarmem i sensem.

Z Aliną Więckiewicz - aktorką, lalkarką, reżyserką i scenografką, autorką spektakli dla dzieci- o źródłach, z których zrodziła się fascynacja teatrem dla dzieci, o posłannictwie zawodu aktora i lalkarza oraz o tworzonej scenografii i kostiumach do przedstawień, a także o relacjach aktor – młody widz - rozmawia Ilona Słojewska z Dziennika Teatralnego.

- Ilona Słojewska: W jakich okolicznościach „przyszedł" do Pani teatr lalek dla najmłodszej widowni?

- Alina Więckiewicz - Jak opisać coś co wciąż trwa? Potrzebny jest jakiś początek, jakiś impuls, który sprawił, że wybrałam lalki. Ale to było zupełnie zwyczajnie, ja nie spotkałam na swojej drodze strumienia światła i nie zobaczyłam lalki jako objawienia, tylko jako dziecko zawsze bawiłam się tworząc swoje zabawki. Jeśli dostałam lalkę, to sama początkowo nieudolnie, a potem całkiem sprawnie szyłam ubranka, misie dostawały stroje, rekwizyty... Zabawki były tworzone poprzez zabawę.

- Co ukształtowało Pani niezwykłą wrażliwość plastyczną? Pani spektakle są urokliwe i rozbudzające wyobraźnię najmłodszych widzów...

- Chodziłam do Liceum Plastycznego w Opolu, a tu jednym z wykładowców przedmiotów artystycznych był Wincenty Maszkowski, który uczył mnie malarstwa, kompozycji i po prostu w tak kameralnej szkole godziny spędzane na zajęciach malarstwa stawały się godzinami rozmów. Tam dowiedziałam się o niezwykłym teatrze, który był współtworzony właśnie przez Maszkowskiego. A był to teatr „13 Rzędów" Jerzego Grotowskiego w Opolu. „Teatr 13 Rzędów" stał się absolutną awangardą teatralną nie tylko w Polsce, ale przede wszystkim na świecie. Wincenty Maszkowski był sąsiadem Jerzego Grotowskiego i stąd wynikła niezwykła idea tworzenia sceny na 72 m2 w starej kamienicy na opolskim rynku. Jako młoda dziewczyna, stałam przy sztalugach i słuchałam opowieści, oglądałam niezwykłe zdjęcia ze spektakli i zobaczyłam zupełnie inny świat.

„Teatr 13 Rzędów" okazał się zbyt awangardowy na małe Opole, więc przeniósł się do Kamienicy na Rynku we Wrocławiu i tam za sprawą Maszkowskiego zaczęłam jeździć jako widz do „Teatru Laboratorium" Jerzego Grotowskiego. Wiele obrazów z „Teatru Laboratorium" z tamtego okresu dosłownie mną wstrząsnęło! Widziałam jako bardzo młoda licealistka spektakl „Apocalypsis cum Figuris" i po prostu oniemiałam.

- Kto miał największy wpływ na kształtowanie się w Pani własnej wizji na teatralnej scenie?

- Możliwość obcowania z wybitnym twórcą prof. Wincentym Maszkowskim otworzyła mnie na literaturę, teatr... W naszej szkole powstał teatr, który sami stworzyliśmy. Maszkowski był opiekunem pracowni, w której powstawała scenografia; sami wszystko robiliśmy, sami graliśmy ...Ta idea współtworzenia spektaklu poprzez pracę - od pomysłu do wykonania, łącznie z aranżacją przestrzeni, w której ma się odbywać spektakl, dała początek mojemu myśleniu o tworzeniu własnej wizji siebie na scenie. Szkoła teatralna, gdzie studiowałam we Wrocławiu na Wydziale Lalkarskim była naturalną kontynuacją mojego myślenia o teatrze. Warstwa plastyczna była dla mnie równoważna z warstwą aktorską... I tylko lalki dawały mi taką możliwość rozwoju. Nie wiedziałam tylko, że teatr lalek w Polsce poza Wrocławiem ma nieco inny obraz. We Wrocławiu bliskość „Teatru Pantomimy" Henryka Tomaszewskiego, „Teatru Laboratorium" Jerzego Grotowskiego, zajęcia z Janem Dormanem, „Wrocławski Teatr Lalek" ze scenografią Jadwigi Mydlarskiej-Kowal był moim światem... Ale poza nim, w innych teatrach lalek wciąż górowały parawany, aktor niewidoczny z lalką „na kiju", albo w maskach... Aktor oddalony od widza zaporą w postaci parawanu nie ma z nim żadnego kontaktu, nie widzi jego reakcji, nie może nawiązać interakcji... To był dla mnie szok. Jestem osobą nienachalną wzrostem, więc grając za parawanem, zawsze musiałam mieć buty na grubych koturnach (czasem jak w teatrze antycznym), co było sporym utrudnieniem w swobodnym poruszaniu się za parawanem... Dlatego szukałam dla siebie alternatywy.

- I gdzie ją Pani znalazła?

- W Teatrze Dramatycznym w Tarnowie spotkałam wspaniałą reżyserkę Ewę Marcinkównę, która po wielu szalonych rozmowach zaproponowała mi nie tylko rolę w spektaklu „Czerwona Czapeczka" Hanny Januszewskiej, ale przede wszystkim powierzyła mi wykonanie scenografii do tego spektaklu. Tak zaczęłam swoją „bajkę"... "Czerwona Czapeczka", otworzyła mi niedostępną wcześniej przestrzeń teatralną. Zaczęłam grać równocześnie na scenie dramatycznej oraz scenie lalkowej, którą współtworzyłam. Moi koledzy z grupy ze Szkoły Teatralnej, którzy razem ze mną współtworzyli zespół, idealnie weszli w dwie sceny: lalki i dramat.

- Ale nie tylko, otworzyła Pani przed przed sobą jeszcze kolejne dwie przestrzenie sceniczne – aktorską oraz scenograficzną

- Dla mnie jako aktorki, praca scenografa była dopełnieniem mojego rozwoju. Rola w spektaklu „Czerwona Czapeczka" przyniosła mi II nagrodę aktorską na Festiwalu Teatralnym w Opolu oraz otworzyła niezwykłą przygodę z objazdem artystycznym po kraju i za granicą. Wtedy odkryłam, że źródła z fascynacji „Teatru 13 Rzędów" mają sens. Potrafiłam aranżować scenerię spektakli w najróżniejszych miejscach, które często były sporym wyzwaniem. Grając dla dziecięcej widowni nauczyłam się niezwykłej sztuki interakcji i uważności dla widowni. Dla mnie jako twórcy bardzo ważne jest jej obserwowanie. Często czerpię inspirację z reakcji widzów i staram się zawsze podążać za ich odbiorem. W trakcie jednego z występów, gdy grałam mój najnowszy spektakl „Legendy Warszawskie", wplotłam animację materiałów podświetlanych światłem jako obraz mgły i w planie żywym animowałam „zwyczajne' tkaniny, które „ożywały" na scenie... Po spektaklu podeszła do mnie mała dziewczynka i zapytała, czy może dotknąć mgły... Wzięłam ją za rękę i razem z nią poprowadziłam patyk z materiałem w taki sposób, aby mogła zobaczyć jak porusza materiałem... A za chwilę już sama animowała „mgłę"... - Mamo popatrz moja mgła żyje! - zawołała. Dla takich chwil chcę być na scenie.

- Od lat proponuje Pani dzieciom wyjątkowo atrakcyjną działalność edukacyjną...

- Prowadzę autorskie warsztaty teatralne, na których na początku zawsze mówię, że nie będziemy zaczynali od robienia spektaklu... Tu widzę obraz rozczarowania... Tylko będziemy tworzyli teatr... Teraz widzę zdumienie i niepewność... - To co my będziemy robili? - słyszę.

To jest najtrudniejsze zadanie, przekonać do tego, że spektakl jest efektem końcowym, ale najważniejsza jest droga i samo tworzenie. Nie wszyscy są zachwyceni takim podejściem, część rezygnuje. - „Bo co my tam będziemy robili?" - pytają. Ale ci, co zostają, uczą się poznawania smaku niezwykłej radości z procesu tworzenia.

Przez kilka lat brałam udział w Międzynarodowym Festiwalu Teatralnym „Wertep", na którym miałam szczęście uczestniczenia w niezwykłym projekcie teatru wędrownego tworzonego na oczach widzów. Tam odkryłam publiczność, która dorasta przy teatrze, widzów, którzy przybiegają i wołają. - „A ja na Panią czekałam (em)!" - „Ja już sama ( sam) robię teatr!" To jest to niezwykłe uczucie widzenia sensu i wielkiej odpowiedzialności za to, co się robi. Jeśli spotykam widzów, którzy mówią, że na mnie czekali, to wiem, że warto dać z siebie wszystko, bo na takich widzów ja czekam.

- Czym jest dla Pani tworzenie scenografii do przedstawienia?

- Tworzenie scenografii, która jest równoprawnym „aktorem", daje mi szansę na niezależność artystyczną. Mogę grać praktycznie wszędzie, w plenerze, na scenie, w bibliotece, w klubiku. Jednym z wyzwań był wyjazd do Londynu ze spektaklem „Dziadek do Orzechów, historia niezwykła", dokąd mogłam zabrać ze sobą dwie walizki i to wszystko. Ale wiedziałam, że będę grała na scenie, gdzie jest również stary magazyn teatralny i tam będę mogła skorzystać z rekwizytów teatralnych. Wymyśliłam, że skoro nie mogę zabrać ze sobą swojej scenki marionetkowej, to ją wydrukuję na płachtach materiału i podświetlę na scenie, a stare kosze z rekwizytorni dopełnią reszty.

Gdybym nie miała przygotowania plastycznego, nie byłabym w stanie podjąć takiego wyzwania. Spektakl udał się i teraz sama, w niektórych realizacjach, wykorzystuję wydrukowane elementy scenograficzne, które nie są niczym nowym, tylko nawiązaniem do teatru elżbietańskiego, dawnej tradycji teatru dworskiego, w którym trzeba było szybko budować scenografię i łatwo ją przewozić. Możliwość podświetlania materiałów na scenie stwarza iluzję przestrzeni, można wykreować i niejako „zaprojektować" percepcję widzów poprzez odbiór obrazu.

- Mówi się o Pani teatrze, że posiada moc „zaczarowania" dzieci...

- Po latach pracy na scenie, rozdział pomiędzy teatrem lalek i teatrem dramatycznym właściwie się zatarł. Większość spektakli dla dzieci, nawet tych lalkowych, odbywa się bez sztywnych parawanów, aktorzy animujący lalki są widoczni na scenie, tworzą relacje z lalkami, z widownią. Moje początki w klasycznym teatrze lalkowym „Baj" w Warszawie, też były za parawanem. Kolejne spektakle już znosiły tę barierę. Bycie aktorem na scenie dla dzieci? To jest po prostu bycie aktorem, z lalką, z maską, z rekwizytem. A widz dziecięcy jest tak wspaniałym odbiorcą potrafiącym zdemaskować każdy fałsz na scenie, że biada tym, którzy to zlekceważą. Dziecko, które się nudzi po prostu to pokazuje, nie zawsze pokojowo, ale jeśli uda mi się „zaczarować" i zaprosić widownię do mojego teatru, usłyszeć tę ciszę, gdy gram, a potem gdy dzieci biegną do mnie i pytają, czy mogą dotknąć lalki, albo ....mgły...to ja jestem szczęśliwa.

- Pomiędzy teatrem lalek a młodym widzem istnieje „zaczarowana" więź. Jak Pani ją wytłumaczy?

- Lalki towarzyszą dzieciom od zawsze; malunki w jaskiniach są tego jaskrawym dowodem, więc na pewno lalki będą towarzyszyły dzieciom dalej, będą się tylko zmieniały ich formy. To podlega modzie, mediom, pop kulturze, ale dla mnie jako aktorki i twórcy własnego projektu „Teatr w lesie", lalki są zarówno punktem wyjścia jak i celem. Sam proces tworzenia jest fascynujący, jak przekonać dzieci, aby spróbowały stworzyć własną lalkę w dobie konsumpcjonizmu, gdy sklepy dosłownie zalewane są zabawkami tak wymyślnymi, że wszelkie próby rękodzieła mogą być uznane za stratę czasu. Ale cały smak teatru dla mnie opiera się na tworzeniu, więc jeśli uda nam się przekonać dzieci do procesu tworzenia, najpierw zwykłych najprostszych lalek aż do rozbudowanych form, to mamy szansę obudzić w nich ogromny potencjał niezwykłej dziecięcej wyobraźni. Każde ziarenko twórcze ma szanse wykiełkować....trzeba tylko spróbować . Ja od początku swojej drogi, cały czas szukam inspiracji w dziecięcej wyobraźni, to ona jest moim pokarmem i sensem.

- Dziękuję za rozmowę i życzę Pani oraz „Teatrowi w lesie" jak największych sukcesów!
__

Alina Więckiewicz-Wiśniewska – aktorka teatralna, filmowa, radiowa, dubbingowa i lalkarka.
Urodziła się 16 września 1960 roku w Koźle.
Absolwentka Wydziału Lalkarskiego filii krakowskiej Państwowej Wyższej Szkoły Teatralnej im. Ludwika Solskiego we Wrocławiu (1987).

Ilona Słojewska
Dziennik Teatralny Bydgoszcz
9 listopada 2023

Książka tygodnia

Utalentowani jak Nardelli
Sekcja Krytyków Teatralnych ZASP
red.: Anita Nowak, Krystyna Piaseczna, Piotr Rudzki

Trailer tygodnia