Dlaczego nie razem?

"Pinokio" - reż. Robert Drobniuch - Teatr im. Aleksandra Fredry w Gnieznie

,,To był bardzo długi spektakl na bardzo dużej scenie" – oto pierwsza myśl, która pojawiła się w mojej głowie, gdy próbowałam przypomnieć sobie gnieźnieńskiego ,,Pinokia". Jednak tekst Maliny Prześlugi wystawiony w Teatrze Fredry jest chyba ważnym przedstawieniem, wartym wspomnienia.

Scenografia spektaklu początkowo nie robi wrażenia, jednak ma ona kilka ciekawszych elementów. Kontener na śmieci, do którego można wejść, schować się w nim i za nim, zamknąć go, przejechać się w nim po scenie. Włochate, miękkie, duże piłki w krainie zabawy – w krainie osłów – jaka szkoda, że widzowie nie mieli okazji wejść z nimi w interakcję! Scena w tym długim widowisku często wydawała się pusta. Tylko dwa momenty przedstawienia wypełniły jej przestrzeń. Gdy Pinokio (Patryk Pietrzak) pływa w oceanie, podwojono cień bohatera zyskując ciekawy efekt wizualny. Najciekawszy chyba elementem scenograficznym był wieloryb – obiekt, instalacja, który był z jednej strony wydzieloną, kameralną przestrzenią, z drugiej zaś widzowie dobrze widzieli co się dzieje w środku. Scenę, w której główny bohater znajduje się w jego wnętrzu bardzo estetycznie zakomponowano. Wśród ciemnoniebieskiego światła stał lekko połyskujący wieloryb.

,,Pinokio" posiada interesujące motywy i odniesienia. Na początku spektaklu policjant (Leszek Wojtaszak) krzyczy, siedząc na widowni: ,,Hańba!" – jakby w nawiązaniu (chyba trochę spóźnionym) do skandalu w Teatrze Starym. Motyw teatru w teatrze zyskał dość przerażające, choć plastyczne odzwierciedlenie na scenie. Przedstawienie marionetkowe, na które przychodzi pajac było straszliwym spektaklem ucisku i cierpienia lalek, którego nieco diaboliczny (perfekcyjnie elegancki, z wymalowana na biało twarzą) demiurg to ogniojad (Wojciech Kalinowski). Scena przedstawienia została rozegrana w bardzo plastyczny i interesujący sposób pod względem ruchu scenicznego postaci, ich zwolnione, zautomatyzowane ruchy w pełni zastępowały sznurki. Co ciekawe, tekst Maliny Prześlugi stanowił pogłębioną wersję powieści Carla Collodiego, bo przemiana pajaca zaczęła się od utraty, a w zasadzie od poczucia straty kogoś ważnego – w tym przypadku ojca. Tylko ta wewnętrzna, nie do końca zrozumiała dla bohatera motywacja uczuciowa. Może doprowadzić go do przemiany.

Postać głównego bohatera w interpretacji Patryka Pietrzaka jest przede wszystkim naiwna i tępa (z początku), nie budzi tak do końca współczucia. Pinokio z krnąbrnego, chciwego pajaca staje się posłusznym chłopcem, ale wcale nie z powodu interakcji z niełatwą rzeczywistością. Świat, który go otacza, jest pełen niesprawiedliwości, pułapek, skomplikowanych nieuczciwych układów. Przychylny mu świerszcz (Bogdan Ferenc) i wróżka (Magdalena Pomierska) nie przekonują go argumentami do posłuszeństwa ojcu, złe doświadczenia związane ze znajomością z Knotem (Szymon Kołodziej) oraz Lisem (Maciej Hązła) i Kotką (Anna Pijanowska) też nie. Straszliwą siłą jest naiwność pajaca i tylko miłość do Dżepetta może go przemienić.

Wydaje się, że mimo atrakcyjności tego tekstu, inscenizacja gnieźnieńska nie była szczególnie ciekawa. Scenografia, muzyka i kostiumy nie były mocnymi punktami tego przedstawienia. Brakowało tu także interaktywnego charakteru sztuki dla dzieci. Wartość gnieźnieńskiego ,,Pinokia'' tkwi chyba przede wszystkim w tekście, w problemie, który porusza. Dobrze jest oglądać mądre spektakle dla młodych widzów, lecz szkoda, że nikt nie zaprosił ich do wspólnej podróży z Pinokiem.

Agata Łukaszewicz
Dziennik Teatralny Poznań
8 października 2014

Książka tygodnia

Ale musicale! Złote stulecie 1918-2018
Wydawnictwo Marginesy
Daniel Wyszogrodzki

Trailer tygodnia