Do Bytomia stale wracał

koncert barytonów poświęcony pamięci Andrzeja Hiolskiego

9 lat temu - w pierwszą rocznicę śmierci Andrzeja Hiolskiego - Opera Śląska dedykowała mu spektakl "Strasznego dworu", w którym artysta zawsze zachwycał. Jego interpretacja arii Miecznika "Kto z mych dziewek, w serce której"... nie miała sobie równej w powojennych dziejach teatru polskiego. W piątą rocznicę śmierci solisty otwarto w Operze Śląskiej salę śpiewu jego imienia i zorganizowano koncert barytonów

Obecnie, w dziesiątą rocznicę śmierci, 26 lutego br., również odbył się koncert barytonów poświęcony pamięci tego wielkiego artysty. Wzięło w nim udział 7 śpiewaków, stale współpracujących z bytomskim teatrem. Teatrem, w którym stawiał swe pierwsze sceniczne kroki i do którego stale wracał.

Prowadzący ten wieczór Tadeusz Kijonka przypomniał, że Hiolski niechętnie przyjmował zaproszenia do czcigodnych gremiów jurorów. Wyjątkiem była Opera Śląska - tu na Konkursy Didurowskie zawsze znajdował czas. Małgorzata Komorowska w niedawno opublikowanym na łamach "Ruchu Muzycznego" tekście "Hiol" (tak nazywali go studenci, aczkolwiek studenci nie jego, bo sam uczyć nie chciał) przypomina, jak to już, już "upolowano" Hiolskiego do poprowadzenia kursu mistrzowskiego na Festiwalu Szymanowskiego w Zakopanem. Ostatecznie jednak... i tym razem nie zgodził się.

Do Bytomia przyciągała go nie tylko atmosfera teatru, w którym spędził młodość i z którego wyjechał w 1963 (wyjechał - nie wyjechał, po prostu przestał pracować tu na etacie), także grób matki na cmentarzu Mater Dolorosa oraz młodszy brat, również baryton, Włodzimierz Hiolski-Lwowicz, którym się po trosze opiekował i który zmarł dokładnie rok po Andrzeju - 26 lutego 2001 roku. W trakcie rocznicowego wieczoru, siłą rzeczy mającego sepulkralny charakter, Tadeusz Kijonka zauważył, że życie Andrzeja Hiolskiego toczyło się w trójkącie trzech miast i trzech grobów: rodzinnego Lwowa, do którego przyjechał rok przed swoją śmiercią - wystąpił tam w byłym kościele Dominikanów i przystąpił do uporządkowania grobu ojca, Bytomia, gdzie pochował matkę i Warszawy, w której sam spoczął.

O tęsknocie obu braci do Lwowa wymownie świadczy pseudonim artystyczny młodszego z nich: Lwowicz. Na koncercie w Sali Koncertowej im. Adama Didura akcenty lwowskie były wyraźnie zauważalne, choćby ze względu na fakt, że w grupie siedmiu barytonów znalazło się aż trzech Ukraińców. Na dodatek z Ukrainy Zachodniej, czyli dawnej Galicji. Dla ścisłości Aleksander Teliga pochodzi z Zakarpacia, za Habsburgów należącego do węgierskiej części monarchii a między wojnami - do Czechosłowacji. Ale Stanisław Kuflyuk, to Iwano-Frankiwsk, dawny Stanisławów, a Andrzej Szkurhan - to położony niedaleko obecnej granicy polsko-ukraińskiej Sambor.

Każdy z nich oprócz arii operowych zaśpiewał też po pieśni ukraińskiej: Szkurhan i Kuflyuk utwory Mykoły Łysenki a Teliga - Kosa-Anatolskiego. Ba, całość zakończył Teliga piosenką "Lwów, ja kocham cię". Cóż dodać? Chyba to, że gdyby bohater wieczoru mógł być obecny na nim zapewne by się wzruszył. I zadumał nad faktem, jak to dawno temu Ukraińcy Salomeą Kruszelnicka i Michał Hołyński królowali - nie tylko na lwowskiej scenie - w operach Stanisława Moniuszki.

Razem z Ukraińcami w koncercie udział wzięli: Włodzimierz Skalski, Zbigniew Wunsch, Paweł Kajzderski i Rafał Songan oraz towarzyszące śpiewakom pianistki: Larysa Czaban, Halina Mansarlińska i Halina Teliga (też Ukrainki). Koncerty okolicznościowe i jubileusze, to niekoniecznie najbardziej odpowiednie imprezy do recenzowania.

Wspomnę więc jedynie o wirtuozerii połączonej z brawurą, jaką zaprezentowali: Szkurhan w scenie i arii Kaliny z mało znanej w Polsce opery Smetany "Tajemnica" oraz Teliga w słynnej basowej arii o plotce z "Cyrulika Sewilskiego".

Prowadzący słusznie podkreślił, że do najsławniejszych kreacji Hiolskiego należała tytułowa rola w "Eugeniuszu Onieginie" Czajkowskiego, nie tylko ze względu na walory głosowe, ale także postać którą stworzył. Arii z tej akurat opery w trzygodzinnym koncercie jubileuszowym jednak zabrakło. Szkoda. Za to przy okazji wspomnienia tejże roli, uzyskałem pełniejszą odpowiedź na swoje, zadane dawno temu panu Andrzejowi, pytanie o jego największe przeżycie sceniczne. Hiolski odpowiedział: "Występ przed Stalinem". Gdy w kulisach stali KGBiści z wycelowaną w artystów - na wszelki wypadek - bronią. Starsi Czytelnicy nie zdziwią się zapewne, że tego, skądinąd całkiem atrakcyjnego fragmentu, w swoim dawnym tekście nie wykorzystałem. Po co, i tak zostałby wycięty. Świadomy tego faktu nie naciskałem już swojego rozmówcy, notabene raczej niechętnie udzielającego wywiadów (potwierdza to także Małgorzata Komorowska) o szczegóły wydarzenia.

Rzecz przypomniał obecnie Tadeusz Kijonka. Otóż występ przed Stalinem miał miejsce podczas przedstawień właśnie "Eugeniusza Oniegina" i "Damy Pikowej", z którymi pojechała do Moskwy Opera Poznańska. Hiolski nigdy nie był śpiewakiem tej sceny. No ale był najlepszym polskim barytonem. W tej sytuacji jego "chwilowe" zaangażowanie do poznańskiego zespołu stało się poniekąd oczywiste.

Koncert rocznicowy w 10. rocznicę śmierci poprzedziło otwarcie wystawy obrazów córki solisty, Magdy Hiolskiej, niegdyś uczennicy bytomskiej szkoły muzycznej, obecnie mieszkającej w Wiedniu, gdzie przez lata grała na altówce w tamtejszej orkiestrze radiowej.

Andrzej Hiolski mieszkał w Bytomiu w trzech mieszkaniach; ostatnio przy ul. Olejniczaka. Może warto, by zawisła tam tablica poświęcona pamięci czołowego polskiego barytona drugiej połowy XX wieku, z myślą o którym Krzysztof Penderecki pisał swą "Pasję według świętego Łukasza" i operę "Diabły z Loudun".

Marek Brzeźniak
Śląsk 4/10
2 czerwca 2010

Książka tygodnia

Gilliamesque
Wydawnictwo Planeta
Terry Gilliam

Trailer tygodnia