Do czego potrzebne są kobiety?

"Danuta W." - reż. Janusz Zaorsk - Teatr Wybrzeże w Gdańsku

Danuta Wałęsowa dla wielu tylko żona Wałęsy, dla innych matka Polka, dla jeszcze innych autorka bestsellerowego pamiętnika spisanego przez dawnego opozycjonistę, Piotra Adamowicza. Dla tych, którzy nie przebrnęli przez tomisko, oglądnięcie spektaklu może okazać się jeszcze trudniejsze.

Nie chodzi wcale o aspekty politycznej naiwności, jaką prezentuje w czystej postaci pani Wałęsowa. "Danuta W.", to nieudolny, monodramatyczny wylew goryczy i rozczarowania nie tylko ojcem swoich dzieci, także sobą z powodu niedostarczenia dzieciom takiej dawki uwagi, na jaką zasługiwały. To, niestety, statyczny obraz sceniczny, właściwie słuchowisko teatralne, ogołocone z ruchu.

Kobieta, rocznik 1949, urodzona na polskiej wsi w województwie mazowieckim, opuściła dom rodzinny w wieku 19 lat, a na "odchodnym", kiedy wchodziła do autobusu wiozącego ją do Gdańska, powiedziała do matki, że nigdy już nie wróci. Sama pochodziła z wielodzietnej rodziny, miała ośmioro rodzeństwa, dlatego jako kobieta "pozwoliła" sobie na ósemkę własnych dzieci z człowiekiem, który był jej pierwszym i jest jedynym mężczyzną w życiu. Miała powody do radości z powodu wychowywania swoich pociech. Miała też powody, by się załamać w samotnej walce pielęgnacyjnej i wychowawczej, ponieważ mąż, częściej niż w domu, przebywał na spotkaniach, wiecach i w pracy. Nie mówi o swoim mężu, że jest prosty, choć opowiada, że nie jest czuły, wylewny, że nigdy jej nie chwali, że nie rozmawia z nią o sprawach ważnych i najważniejszych, że broni jak niepodległości dostępu do swego samochodu, że nie kupuje jej kwiatów (choć wręcza te, które sam dostał od kogoś). Ona trwa przy mężu, bo taki czuje wewnętrzy obowiązek, nie jest w stanie zmienić mężczyzny swego życia i nawet nie próbuje. Doświadczona zdrowotnie zapewne przez stres wynikający z bycia w częstym zagrożeniu emocjonalnym, kocha swój dom i ogród przy ul. Polanki w Gdańsku, bo tam odpoczywa. Poradziła sobie w obecności króla szwedzkiego, prezydenta Ameryki, premier Wielkiej Brytanii, wielokrotnie spotykała się z papieżem Janem Pawłem II. Zbudowała swoją filozofię życia, z której jest dumna. Polityki nienawidzi, choć opowiada się za prezydenturą Bronisława Komorowskiego.

Ta sama kobieta uparcie twierdzi, że mąż z nią nie rozmawiał o sprawach związanych z działalnością opozycyjną, bo ustawicznie bolała go głowa, gdy taki temat miał podjąć. Kobieta przekonuje, że od innych lub w przypadkowych sytuacjach dowiadywała się o Polsce i swoim mężu. Jest do dzisiaj przekonana, że wygrane w totolotka były objawem opatrzności bożej, co pozwalało jej przeżyć z gromadką dzieci. Ta sama kobieta przemilcza sytuacje trudne politycznie, kontrowersyjne dla zwykłego obywatela, którego przez wiele lat reprezentował jej mąż. Wybiórczo traktuje pewne fakty, innym nadając kształt wydarzenia. Zapomina o sprawach moralnie dwuznacznych, bo sytuacyjnie korzystnych.

Oto Danuta W., kobieta szlachetna, która wierząc w rodzinę, poświęciła się jej bez reszty, pozwalając sobie w wyjątkowych momentach na krzyk, załamanie i dopuszczenie do siebie strachu. Danuta W. to w dzisiejszym ujęciu kobieta przegrana, która nie zaistniała jako osoba, mająca w sobie tak wiele siły, aby pokierować życiem inaczej. Nie trudno mieć wrażenie, że gorycz jest najlepszym określeniem tego, co przedstawia czytelnikowi w książce i co zostało pokazane na scenie. Właściwie żal nam kobiety obarczonej obowiązkami ponad miarę jednego rodzica. Po latach udało się doprowadzić do sytuacji, kiedy mówi się o niej, kiedy zaprasza się ją do przewodniczenia różnym inicjatywom, kiedy wręcza się jej nagrody.

Krystyna Janda jako adaptatorka książki "Marzenia i tajemnice" na potrzeby sceniczne i jednocześnie grając tytułową postać spektaklu "Danuta W.", pozwoliła sobie na silne emocje, co na premierze poskutkowało tak silną tremą, że aż niemożliwą u tak doświadczonej aktorki. Janda w wielu momentach nie pamiętała tekstu, myliła daty, próbując przykryć tremę lub niedyspozycję, szybkim artykułowaniem, grubo grając konwencją potocznej wypowiedzi. Zabrakło reżyserskiej ręki, mimo że reżyserem jest Janusz Zorski (który jest również odpowiedzialny za dobór mało czytelnych a nawet nieodpowiednich materiałów zdjęciowych, wizualizowanych na scenie), na scenie nie dzieje się nic. Ani jedna sytuacja nie została rozbudowana dramaturgicznie, ani razu, poza prawie dwugodzinnym robieniem jabłecznika, nie pokazano sytuacji, w jakiej codziennie znajdowała się tytułowa bohaterka, zajmując się wielodzietną rodziną i prowadząc dom obarczony znamieniem społecznie otwartego. Mimo dobrych rad Andrzeja Wajdy do Krystyny Jandy (umieszczonych w programie teatralnym), nie skorzystano z propozycji dosłownego pokazania realności codziennej matki ośmiorga dzieci. Punkt wyjścia, aby piec ciasto, był bardzo dobry, ale na tym skończyły się pomysły. Aktorka przez pierwszą godzinę stoi za stołem i mówi.

Wydaje się, że była Pierwsza Dama Rzeczypospolitej zasługuje na większą uważność w teatrze. Jeżeli nie rozdrapujemy ran związanych z próbą dojścia do prawd obiektywnych (wokół rodziny Wałęsów i Solidarności), winniśmy oddać chociaż szacunek kobiecie, mającej za sobą doświadczenie, do którego daleko większości kobiet. Teatralnie nie wybrzmiały dylematy, samotność, żal, strach, utrudzenie czy wyczerpanie fizyczne głównej postaci. Wiemy, jak wiele energii i pomysłowości Krystyna Janda jest w stanie włożyć w rolę kobiet, które gra. Tutaj zabrakło wszystkiego, co stanowi o wyjątkowości Krystyny Jandy, o jej wielkości jako aktorki. Zbytnia identyfikacja z postacią, brak oswojenia tekstu na poziomie przygotowywania roli, zawierzenie konwencji, która spycha bohaterkę i tekst w ramy zwyczajności, nie predystynuje tego przedstawienia do miana wydarzenia. A to wielka szkoda, ponieważ chociażby na poziomie naszej krajowej historii, nie zdarzyło się jeszcze, aby żona byłego prezydenta Polski, wypowiedziała się publicznie na tematy, które zmuszona była skrywać przed światem. Wyszła prosta hagiografia, bez napięcia dramaturgicznego, bez budowania przeciwwagi czy dystansu.

Mimo wielkiej życzliwości dla Krystyny Jandy za wszystkie ujawnienia, jakich "się dopuściła" artystycznie (a dorobek ma znakomity przecież), mimo autentycznego uznania za jej bycie kobietą w pełni i na co dzień, nie mogę uznać pomysłu na ten spektakl. Reżyseria nie wystąpiła, adaptacja nie przekonała, teatr "nie przemówił". Widzowie i tak przyjdą, tylko kto powie prawdę, że robota teatralna absolutnie jest do poprawki?

Katarzyna Wysocka
www.portkultury.pl
17 października 2012

Książka tygodnia

Nice, cosie i duchy. Eseje o sztuce
Pewne Wydawnictwo
Michał Krawczyk

Trailer tygodnia

"Powrót" - reż. Michał...
Michał Zdunik
Bywa tak, że odwiedzamy dom rodzinny ...