Do końca w zielone grał

Wojciech Młynarski (1941 - 2017)

Był piosenkarzem, satyrykiem, kompozytorem, scenarzystą, librecistą i poetą, a przede wszystkim jednym z najwybitniejszych twórców piosenki w historii polskiej kultury, autorem ponad dwóch tysięcy tekstów. Zmarł po ciężkiej chorobie. 26 marca skończyłby 76 lat, choć nawet gdyby dożył stu i tak byłoby to zbyt niewiele.

Kilka tytułów... „Żyj kolorowo", „Z kim ci tak będzie źle jak ze mną", „Jeszcze w zielone gramy", „Bynajmniej" i „Ogrzej mnie". Mało? To dodajmy jeszcze „Światowe życie", „Żorżyka gitarzystę basowego", „Prześliczną wiolonczelistkę", „Och, ty w życiu", czy „Moje serce to jest muzyk".

Listę tekstów, jakimi Wojciech Młynarski ozdobił wiele z najważniejszych polskich piosenek i pieśni ostatniego półwiecza, można by wydłużać niemal bez końca. Napisał ich ponad dwa tysiące, a przecież nie tylko do nich się jego twórczość sprowadzała.

Jednym z największych przebojów Młynarskiego, uważanego zresztą za najlepszego interpretatora własnych utworów, był „Jesteśmy na wczasach" z 1966 roku. - Nienawidziłem tej piosenki, bo gdziekolwiek się pojawiłem, to musiałem ją śpiewać - przyznawał. - Myślałem: „Boże kochany, cokolwiek bym napisał, to już tego nie przeskoczę".

Wszystko pod puentę

Zawieszaną przez siebie tak wysoko poprzeczkę jednak przeskakiwał i to regularnie. Był tytanem pracy, ale uważał, że o wartości tekstu wcale nie świadczy ilość spędzonego nad nim czasu. - Przez całe życie pisałem od piątej rano. Dlatego wielokrotnie po południu miałem nieprzyjemny charakter – przyznawał.

Niektóre piosenki pisał długo, odkładał na półkę, a potem do nich wracał, inne potrafił napisać w zadziwiająco szybkim tempie. Tak było na przykład z „Wszystko mi mówi, że mnie ktoś pokochał", którą stworzył dla Skaldów w zaledwie... dwadzieścia minut.

Przekonywał, że sam pomysł na piosenkę to za mało. – Najważniejsze mieć to, czym wypełnić, myśląc puentą. Piszę pod puentę. Nie wiem, jak to po drodze będzie, ale wiem, jak to się skończy.

Jak diabeł z pudełka

- Mam taką zasadę, że piosenkę piszę od końca – mówił w marcu 2015 roku „Gazecie Wyborczej". - To znaczy, wiem, jak się powinna rozpocząć, nie wiem, co będzie w środku i wiem, że końcówka powinna wyskoczyć jak diabeł z pudełka. A sama robota jest żmudna i długa, o czym nie każdy dziś pamięta. Teksty różnych najmłodszych autorów nie sprawiają wrażenia, jakby były specjalnie domyślane; raczej nie są.

Czy miał swoje ulubione własne piosenki? - Jest taka (...) dość dla mnie ważna, „W szkole wolności", o tym, czemu ta wolność taka trudna. I druga, którą szczególnie lubię, a która jest głosem wspólnym tych, którym zależy na inteligencji „Nie wycofuj się". Ostatnio często wracam do właściwie jedynego utworu lirycznego, jaki napisałem z panem Jerzym Wasowskim, „Gram o wszystko"; Ewa Bem to śpiewała.

Jego teksty śpiewali dosłownie wszyscy liczący się polscy piosenkarze i aktorzy. Dosłownie.

Aż tak źle to nie było!

Młynarski lubił opowiadać o swoich piosenkach, o roli kultury we współczesnym świecie, ale już mniej o sobie i o swoich sprawach osobistych. Zapytany kilka lat temu z okazji kolejnych urodzin, czy jest zadowolony z życia, odparł: - Człowiek nigdy nie jest zadowolony, ale uważam, że tak źle nie było!

- Staram się specjalnie nie przejmować upływającym czasem, ale kalendarz pokazuje to, co pokazuje. Najważniejsze, żeby było zdrowie i żeby można było jeszcze napisać coś, co się ludziom spodoba. Emerytura? Ciągle mam ochotę pisać, a emerytura w takich zawodach jak mój nie istnieje – mówił kilka lat temu.

Był dwukrotnie żonaty. Jego pierwsze małżeństwo, z aktorką Adrianną Godlewską, rozpadło się po 29 latach, a jego owocem są córki Agata i Paulina i syn Jan. Drugą żoną artysty była Jadwiga Młynarska. - Moje drugie małżeństwo trwało rok. Jestem ciężkim partnerem w życiu codziennym – ucinał temat.

Ta ostatnia lektura

Wojciech Młynarski borykał się w ostatnich dwóch latach z poważnymi problemami zdrowotnymi, a wiosną 2014 roku przeszedł operację serca.

- Tam nie mówię, że się nie boję, tylko żeby lepiej się nie bać - przyznawał w rozmowie z „Gazetą Wyborczą". - Nie chcę tego specjalnie rozbudowywać, ale skoro mówimy o śmierci, nie chciałbym, żeby ona się stała jakąś opresją dla ludzi, dla świata, który mnie otacza. Wolałbym to zrobić tak, jak zmarł mój świętej pamięci dziadek, ojciec mamy - czytając „Pana Wołodyjowskiego". Miał serce słabe, położył się, otworzył książkę i nad tą książką umarł.

W książce Dariusza Michalskiego „Dookoła Wojtek. Opowieść o Wojciechu Młynarskim" wyznał, że od 1972 roku, podczas pracy nad librettem opery „Henryk VI na łowach" stwierdził u siebie objawy, które potem zdiagnozowano: „(...) że jestem chory na tak zwaną chorobę maniakalno-depresyjną. To znaczy, że mam okresy wzmożonego dobrego samopoczucia i mam okresy depresyjne. To choroba, którą się leczy i na którą choruję do dziś".

Czekając, co będzie dalej

Wojciech Młynarski urodził się 26 marca 1941 roku w Warszawie. - Byłem wychowywany jako półsierota – wspominał w „Gazecie Wyborczej". - Ja i moja siostra. Ojciec nasz umarł, kiedy był bardzo młody, w środku okupacji. Miałem wspaniałą, dobrą i mądrą mamę, która w życiowych sprawach nic mi nie nakazywała ani nie zakazywała, pozwalała myśleć samodzielnie, ale nieraz delikatnie podsuwała rozwiązanie.

Jako pierwsze swoje wspomnienie wymienił pobyt w dużym domu dziadków w Komorowie pod Warszawą w 1944 roku. W domu, w którym, jak wyznał, stacjonowali Niemcy. - Oni byli na parterze, a moja rodzina na piętrze. Pamiętam ręczne granaty, każdy z taką długą zawleczką, które były poustawiane w kątach na parterze. Na szczęście nie miałem świadomości wojny, byłem zbyt mały. Ale pamiętam pierwsze chwile po wojnie - jako w jakimś sensie dobre, wszyscy byli podnieceni, czekali, co będzie dalej.

Co z kogo miało być

W tym samym wywiadzie Młynarski wspominał szkołę podstawową, którą rozpoczął od razu od trzeciej klasy, i swój łobuzerski charakter, przez który ciągle miał obniżony stopień z zachowania. Wracał też pamięcią do nauki w Liceum im. Tomasza Zana w Pruszkowie, wagarów, pierwszych papierosów i polonistki, pani Ostrowskiej. - Uznała, że coś tam ze mnie może być. Prowadziła kółko polonistyczne, z którym jeździliśmy na przedstawienia do Warszawy, głównie do Dramatycznego.

- Jedną z najważniejszych chwil w moim życiu jest ta, kiedy się zastanawiałem, czy zostać na uczelni i pracować naukowo, czy wybrać drogę występu, estrady, kabaretu. I mama mnie nakierowała na to drugie, czego nie żałuję. (...) W moim przypadku najpierw były teksty dla kabaretu Dudek i nagrody na festiwalu w Opolu, a potem to już poszło jak z kopyta. Dużo pisałem, byłem zawsze pracowity i to w miarę mi się sprawdzało. Są i tacy, którzy uważają, że są świetni, tylko świat się na nich nie poznał. Ja raczej do takich ludzi się nie zaliczam.

Światowo i na wczasach

I rzeczywiście, choć Młynarski debiutował na początku lat 60. w klubie studenckim Hybrydy, batem, który popędził zaprzęg jego kariery, było zdobycie w 1964 roku dwóch głównych nagród na Festiwalu Piosenki Polskiej w Opolu - za utwory „Z kim tak ci będzie źle jak ze mną" w interpretacji Kaliny Jędrusik i „Spalona ziemia". Zaledwie rok wcześniej ukończył polonistykę na Uniwersytecie Warszawskim, broniąc pracy magisterskiej „O dramaturgii Witkacego".

W kolejnych latach zdobywał w Opolu następne wyróżnienia, w tym za „Polską miłość", „Światowe życie" i wspomniane „Jesteśmy na wczasach", z muzyką Janusza Senta, za sprawą których zdobył ogromną popularność.

- Najlepiej wspominam początki festiwalu: lata 60. i 70., kiedy często ten festiwal wygrywałem – mówił. - Potem miałem przerwę, ale nie zapomniałem doskonałej atmosfery Opola, zarówno na koncertach, jak i poza nimi. Wspólne biesiadowanie, pogadanki do rana, nierzadko wspólne śpiewanie.

Cud nie nad urną

Czy przemijanie skłaniało go do refleksji? – Tak, ale nic specjalnie oryginalnego tu do powiedzenia nie mam – przyznawał. W jego twórczości tej refleksji, połączonej z tęsknotą za tym, co minęło, jednak nie brakowało. W większości tekstów przewijały się dwa motywy: z jednej strony były uczucia i miłości, z drugiej ważny przekaz społeczny, niepozbawiony ironii i surowego spojrzenia. Nigdy nie ukrywał swoich poglądów.

Jeszcze w maju 2015 roku, tuż przed wyborami prezydenckimi, opublikował wiersz „Liczę na cud". Trzy pierwsze zwrotki brzmiały: „Nienormalni i normalni, skołowany polski ludu, Rodacy nieobliczalni, żyjący w krainie cudów. Nowa czeka nas atrakcja, którą tak bym zdefiniował, szykuje się demokracja policyjno-wyznaniowa. Na nowego Prezydenta, co podkreślam w tym wierszyku, będzie wpływać Trójca Święta, ustami swych urzędników".

Jego piosenki często nazywano śpiewanymi felietonami.

Szczęście to być w drodze

Młynarski podkreślał, że nie zna termometru, który mierzyłby ludzkie szczęście. - Dopóki coś robię, działam, to jestem relatywnie szczęśliwy. Mnie się wydaje, jak kiedyś napisałem w piosence, którą śpiewa Hala Kunicka, że „szczęście to jest iść do celu, w drodze być...". Więc ja uważam, że jeszcze tego celu nie osiągnąłem, może i nie osiągnę.

Pytany, jak ocenia współczesną muzykę rozrywkową w Polsce, stwierdził, że jest bardzo licha. – To mierne małpowanie tworów amerykańskich i angielskich. Jak to mówił Michnikowski, współczesna muzyka to permanentna transmisja z huty.

Dwa lata temu w programie TVP „Rozmowy poszczególne", w rozmowie z córką Agatą Młynarską, wskazywał na postępującą degradację języka, wynikającą z obecnego momentu cywilizacyjnego i upadku obyczajów. – Życie publiczne jest zaśmiecone przez tabloidy, głupkowate okropne programy, których się nie da oglądać. Siłą rzeczy ten człowiek, który jest bardziej wymagający, ten inteligent, troszeczkę się chowa.

Nie ukrywał, że tęskni za przeszłością. - Każdy tęskni. Nie wierzę, żeby było inaczej. To jest tak, że kiedy jest się młodym, nie zna się wagi różnych spraw, tylko zatyka się nos i skacze na głęboką wodę. Potem przychodzi rozwaga, świadomość ceny, jaką się za wszystko płaci. Tęsknię za tamtą kondycją duchową.

Pytania o imponderabilia

Młynarski nie lubił mówić o sobie „poeta". Jak podkreślał, był przede wszystkim entuzjastą dobrego rzemiosła. - Jest powiedzenie, że poetą się nie jest, poetą się bywa – przypominał w studiu Polskiego Radia. – Mnie się wydaje, że w niektórych tekstach, jak „Czas miłości", może się o poezję otarłem, ale napisałem bardzo wiele tekstów rzemieślniczych, przyzwoicie skrojonych, ze szlagwortem. Ale żeby one były poezją, nie powiem. Używam słowa tekściarz.

- Poetą piosenki był w moim mniemaniu Jonasz Kofta - dodawał w programie „Rozmowy poszczególne".

Kogo jeszcze z owych tekściarzy czy poetów pióra cenił najwyżej? - Miałem szczęście mieć do czynienia z rzeczywiście ważnymi poetami piosenki, jakimi byli Brassens i Brel z terenu francuskiego czy Okudżawa i Wysocki z rosyjskiego – mówił „Dużemu Formatowi". - Piękne teksty pisali też Dylan i Cohen. U nich wszystkich te imponderabilia, pytania o sens życia się powtarzają, od tego się nie ucieknie. Tylko że częstokroć oni co innego na to odpowiadają.

Nie wiercić, a już słuchać

Twórczość Wojciecha Młynarskiego do samego końca zachowała uniwersalny i bardzo człowieczy charakter. Nie ukrywał, że ludzi, pomimo ich wad, bardzo lubił. - Tak ogólnie patrząc, generalnie, trzeba zakładać, że ludzie są w porządku – przekonywał na antenie Polskiego Radia. - Trzeba mieć do nich stosunek ciepły i wyrozumiały. Czasami zdarzają się oczywiście jakieś odchyły.

Jeśli z ludzi pokpiwał, zawsze robił to z dystansem, niekiedy ironicznym, za to pełnym ciepła. Lubił podnosić drobiazgi, z których składa się życie, do rangi opisującej je metafory. – Z tego składa się codzienny pejzaż – zauważał. I zarazem za jedną z największych wartości uznawał tolerancję. - Niech ludzie żyją sobie, jak chcą, byleby nie czynili zła. Tak mnie mama uczyła: żyj tak, żeby nikt przez ciebie nie płakał.

Do pewnego momentu uwielbiał występować na żywo, a za podstawowy warunek udanego koncertu uznawał otrzymanie braw na wejściu. – Jeśli się wychodzi i je dostaje, dodaje to otuchy. A jeżeli w trakcie pierwszego utworu publiczność się nie wierci, a już słucha, to wiadomo, że nie powinno być źle i ten koncert powinien się udać.

W ostatnich latach pojawiał się jednak na scenie sporadycznie.

Nikomu nie dokopywać

Jak przyznawał w marcu 2015 roku w rozmowie z „Gazetą Wyborczą", najgorszą rzeczą dla człowieka, zwłaszcza piszącego, jest samotność. - To chociażby brak okazji do wymieniania się swoimi opiniami albo po prostu do tego, że jak się coś napisze, ma się to w brudnopisie ledwo gotowe, to się leci i temu drugiemu człowiekowi czyta.

Pytany przez dziennikarkę, za czym w życiu jest, wskazywał na normalność, którą rozumiał jako „rozsądek w kierowaniu się swoimi uczynkami, sprawdzalność tego wszystkiego". - Żeby nie czynić sobie nawzajem specjalnego kłopotu - przekonywał, dodając, że zawsze starał się w swoich tekstach „nikogo nie chłostać" i „nikomu nie dokopywać", tylko próbować każdego zrozumieć. - Najwyżej czasem zażartować, po prostu tak mam rękę ułożoną – mówił. Dlatego nigdy nie pisał do końca pesymistycznie czy przytłaczająco. - Uważam, że nawet w najgorszych okolicznościach należy szukać iskierki nadziei, która gdzieś powinna być.

Sprawy ważniejsze i te mniej ważne

Często podkreślał, jak ważna w życiu jest własna tożsamość. – To, by w każdej sytuacji być wiernym sobie, swoim ideałom i punktom, które towarzyszą nam na drodze. Elastyczność też jest ważna... To wielość życia, jego koloryt. Poza tym są ważniejsze sprawy i te mniej ważne. Do tych ważnych – a może jednak mniej? - zaliczał także lampkę dobrego wina...

Ukochanym miejscem Wojciecha Młynarskiego była scena Teatru Ateneum w Warszawie, na której koncertował, a także realizował programy autorskie poświęcone innym wybitnym artystom i twórcom. Ostatnią przygotowaną przez niego premierą, z marca 2015 roku, był jednak spektakl Teatru 6.piętro „Młynarski obowiązkowo", stanowiący wyśpiewaną autobiografię mistrza piosenki literackiej towarzyszącego kilku pokoleniom Polaków.

„Jeszcze w zielone gramy, jeszcze nie umieramy, Jeszcze się spełnią nasze piękne dni, marzenia plany, Tylko nie ulegajmy przedwczesnym niepokojom, Bądźmy jak stare wróble, które stracha się nie boją" – śpiewał w jednym ze swoich największych przebojów.

Wojciech Młynarski zmarł 15 marca 2017 roku.

___

Paweł Piotrowicz - dziennikarz muzyczny i filmowy

Paweł Piotrowicz
Onet
17 marca 2017

Książka tygodnia

Trening fizyczny aktora. Od działań indywidualnych do zespołu
Wydawnictwo Biblioteki PWSFTviT
Rodowicz Tomasz, Jabłońska Małgorzata, Toneva Elina

Trailer tygodnia